Recenzja: Czerwień rubinu - Kerstin Gier

23:14

Opis wydawcy:
Trylogia Czasu jest tak wciągająca, że w zasadzie należałoby powiedzieć: „wsysa”; jest dowcipna, a zarazem totalnie romantyczna. Pewnego dnia piętnastoletnia Gwen odkrywa, że jest posiadaczką genu podróży w czasie – niespodziewanie przemieszcza się o sto lat wstecz. Okazuje się, że nie jest jedynym podróżnikiem - istnieje całe tajne bractwo, zajmujące się kontrolą dwunastu podróżników w czasie – Gwen jest ostatnim z nich. Szybko odkrywa, że jedenastym jest bardzo atrakcyjny dziewiętnastolatek: Gideon. Ale zakochiwanie się nie jest takie proste gdy się skacze tam i z powrotem w czasie i gdy trzeba wypełnić niebezpieczną misję w XVIII. wieku.


Ta książka wystawiła moją cierpliwość na próbę. Bardzo długo się na nią czaiłam, a każda nowo przeczytana recenzja na jej temat powodowała u mnie skurcz żołądka. Co było w tej książce takiego, że nawet bez czytania potrafiła poruszyć? Czy te emocje przełożyły się na drugą część czy raczej wygasły?
Gwendolyn i Charlotte są kuzynkami. Właściwie oprócz więzów krwi nic ich nie łączy. Dziewczyny są jak ogień i woda. Wychowane przez taka samo skontrastowane matki, mają różne cele i poglądy na świat. Charlotte niestety nie jest uważana za normalne dziecko. Od kiedy pamiętała zawsze była przyuczana, aby gdy podrośnie, umieć poradzić sobie ze zjawiskowym genem podróży w czasie. Wspomniany gen przenosi się tylko na wybrane dziewczynki w rodzie. Matki wiedzą, że ich dziecko będzie jego posiadaczem ze szczegółowo obliczonych danych. Jest on chlubą danej postaci, a dzięki niemu dana osoba jest szczególnie traktowana. Niestety składa się tak, że zachodzi pomyłka. To nie Charlotte, a Gwen jest posiadaczką genu, o czym Gwendolyn boleśnie dowiaduje się podczas inicjacji. Następuje zwrot, a możliwość podróżowania, otwiera przed dziewczyną drzwi do wielu przygód. Od teraz wraz z przystojnym Gideonem będzie musiała wykonać bardzo ważne zadanie… a jednocześnie przekonać się kto naprawdę jest jej wrogiem…
„Czerwień rubinu” to pierwsza część trylogii czasu. Bardzo lubię, gdy autor wykorzystuje  motyw podróży w czasie w  książce. Zawsze w ten sposób budzi moje pytania. W głowie rodzi się niezliczone „a co jeżeli…?”. Tutaj nie było wyjątku. Być może książka zadziałała na mnie w ten sposób, ponieważ chciałam ją przeczytać od dłuższego czasu, ale się udało. Od początku do końca, nie było momentu, żebym była niezadowolona z lektury. Akcja była ciekawa, a każdą minioną stronę żegnałam z żalem.
Tak więc, co było takiego ciekawego w powieści?
Nie licząc fabuły, postacie. Tak, one przede wszystkim. Główna bohaterka mnie urzekła. Miała poczucie humoru, a jednocześnie w odpowiednim momencie potrafiła być poważna. Podziwiałam jej podejście do rodziny. Oczywiście do tej „gorszej” części familii. Ja bym już dawno zaczęła się na nich wydzierać, przy czym ze zdenerwowania, moje serce stanęło by już kilkanaście lat temu. Dziewczyna miała zdrowe podejście do życia. Potrafiła przejść nad trudną kwestią do porządku dziennego. Nie lamentowała przez kilkanaście godzin, nie wiedząc co począć. Zawsze brała sprawy w swoje ręce, co ogromnie mi się podobało, ponieważ zrodziło masę przewrotów akcji.
Gideon zafascynował mnie od samego początku, a później ukrócił mój zapał do postawienia mu w domu ołtarzyka. Facet gra na kilka frontów? Lepiej nie, jeżeli nie chce poznać mojego gniewu…
Nie licząc tego małego szczegółu chłopak jest bardzo inteligentnym  i pomysłowym młodym mężczyzną. Wątki z udziałem jego postaci czytało mi się bardzo przyjemnie. Jednocześnie bardzo trudno było mi go rozszyfrować. Czasami był zmienny, potrafił zaskakiwać.
Książka brała czytelnika w obroty już od samego prologu, a w epilogu nastąpiła taka zmiana wątku, że aż musiałam go sobie jeszcze raz przeczytać. Oba rozdziały nie były przedstawione z punktu widzenia głównej bohaterki, ale dane postacie były bardzo powiązane z fabułą książki, a jak się później okaże, także z samą Gwen.
Narracja była pierwszo osobowa, co powitałam z prawdziwym aplauzem. Autorka świetnie przedstawiła wydarzenia ze strony głównej bohaterki i bardzo mnie to ucieszyło. W ten sposób na fabułę kładł się cień opinii Gwen na dany temat. Wprowadzało to więcej emocji, a także powodowało, że nie nudziłam  się przeczytanym tekstem.
Wcześniej wspomniany wątek podróży w czasie został bardzo ciekawie przedstawiony. Nie wystąpiło zbyt dużo opisów na czym polega, ale mogliśmy sami to wywnioskować  z fabuły. Bardziej zaciekawiło mnie pojęcie dwunastu podróżników i przypisanych im kamieni. Drżałam na samą myśl o dogłębnym wyjaśnieniu tego wątku.
Po miesiącach szaleńczego wyczekiwania, w końcu skończyłam czytać książkę. W wielkim skrócie – zawiodłam się. Poważnie zawiodłam się na autorce i  na samej książce. Żeby napisać tak mało? Powinno być jeszcze minimalnie dwieście stron! Kończąc ostatni rozdział, całkiem serio, sapałam z oburzenia, a mój teraźniejszy stan można uznać za załamanie. Każda część mojego ciała, krzyczy „więcej!”. Nie pozostaje mi nic innego jak wybrać się do księgarni po następną część…
Moja ocena : 10/10

Również może Ci się spodobać

5 nie zagryzła klawiatura

  1. Kiedy wstawisz recenzję "Błękitu szafiru" ?
    "Czerwień rubinu" była świetna, ale waham się nad zakupem następnej :-/

    OdpowiedzUsuń
  2. Postaram się do połowy grudnia :-/
    Przesunęły mi się nieco terminy, bo mam osobiste urwanie głowy :-/

    OdpowiedzUsuń
  3. Pierwszy tom podobał mi się bardziej od drugiego. Teraz nie mogę się doczekać następnjego :-)

    OdpowiedzUsuń
  4. przeczytałam wszystkie części:) jestem pod ogromnym wrażeniem. Najbardziej jest mi szkoda, że nie ma kolejnych części:) bo nie wszystko zostało wyjaśnione:)

    OdpowiedzUsuń
  5. świetna jest ta książka , poprostu uwielbiam ją od pierwszej kartki , już od samego początku wiedziałam ze będę chciała więcej , jest tak napisana że czytelnik wręcz ją pochłania i przenosi się do tamtego świata ;0 uwielbiam takie ksiązki ;)

    OdpowiedzUsuń

Prenumarata :)

zBlogowani

zBLOGowani.pl