"Królestwo czarnego łabędzia" Caroll Lee

21:35


Spojrzałam na streszczenie i jedyne co rzuciło mi się w oczy to słowa: „szkatułka”, „otworzyć” i „chaos”. Od tamtego momentu wiedziałam, że będę musiała przeczytać tę książkę. Miałam nadzieję, że znajdę w powieści reinterpretację autorów mitu o Pandorze i jej sławnej puszce. Wielkie było moje zdziwienie, kiedy odkryłam, że zamiast starożytnej klątwy i gniewu greckich bogów, znalazłam wampiry, wróżki i inne tego typu stworzenia. Wcześniejszy zachwyt wyparował, pozostawiając po sobie tylko cichutko tlącą się nadzieję.



Carroll Lee to tak naprawdę pseudonim literacki małżeństwa -  Carol Goodman, autorki poczytnych kryminałów i jej męża Lee Slominskie’go , poety i menadżera funduszu hedgingowego.  Małżeństwo mieszka w Great Neck w Nowym Yorku.

Garet James ma problemy i to duże. Lekkoduch, który jest jej ojcem, wziął ogromny kredyt na wszystko co posiadają i zainwestował w sztukę. Szkoda, że zrobił to w momencie, kiedy wszystkie ceny lecą na łeb na szyję, a gospodarka przeżywa kryzys. Teraz oboje mają problem. Jeśli nie spłacą kredytu, wszystko stracą i wylądują na bruku. Dziewczyna musi wziąć sprawy w swoje ręce. Wracając od prawnika, który nie przekazał jej zbyt dużo dobrych wieści, błądzi wśród uliczek Nowego Yorku. Nagle staje i odkrywa, że zgubiła się w rodzinnym mieście. Wchodzi do starego antykwariatu i nagle zauważa starą szkatułkę. Przedmiot nie przyciągnąłby jej wzroku, gdyby nie to, że widnieje na nim taki sam symbol jak na jej sygnecie – łabędź. Miły staruszek, do którego należy antykwariat prosi ją, aby spróbowała otworzyć szkatułkę. Następne wydarzenia występują po sobie jak efekt kuli śnieżnej.

Jak wspomniałam wcześniej, moje zdziwienie było ogromne, gdy w końcu zrozumiałam fabułę książki. Przyznam, że troszeczkę się rozczarowałam, jednak żadna przygoda z książką nie jest zła, tak więc otrząsnęłam się i kontynuowałam czytanie.  Nie znalazłam, żadnego punktu zaczepienia, dzięki któremu z czystym sumieniem, mogłabym powiedzieć, że była to świetna książka, a ja czytając ją, bawiłam się jak nigdy. Przeczytanie powieści zajęło mi ponad dwa tygodnie, czyli siedem razy więcej niż powinno. Jakby tego było mało podczas tego czasu zdążyłam jeszcze przeczytać trzy inne powieści. Po którymś z kolei  dniu z inną książką w dłoni stwierdziłam, że dobrze to dla „Królestwa czarnego łabędzia” nie wróży.
Można szczerze powiedzieć, że autorzy troszeczkę zmodyfikowani przetarte motywy.  Choć dzięki temu książka jest troszeczkę ciekawsza, to i tak cały czas pozostaje jedną z wielu pozycji, które możemy spotkać w bibliotece, księgarni czy w ręku mojej koleżanki. Wampiry  i wróżki nie uzależniają. Bohaterzy, którzy są przedstawiani w ten sposób muszą być naprawdę dobrze wykreowani, żebym mogła powiedzieć, iż powieść jest w porządku. Nie dziwcie się – ileż można czytać o nieszczęśliwej miłości wampira do dziewczyny? Znamy to? Znamy !

Najciekawsi byli dla mnie Oberon i John Dee. Główna bohaterka – Garet i tajemniczy amant o imieniu Will spłynęli po mnie jak woda po kaczce, nie wzbudzając  dosłownie żadnych emocji. Mogliby mnie przynajmniej wkurzyć, nawet to, było by już „czymś”. Oberon, czyli pielęgniarz, którego główna bohaterka spotyka w szpitalu jest najpierw barwną postacią. Zabawnym mężczyzną, który wszystko umie, wszystko wie. Później staje się… i właśnie to „później”, spodobało mi się najbardziej :-P
John Dee, czyli wróg numer jeden. Na początku nie wiele o nim wiemy, a końca nie można nazwać przypływem informacji na temat tej postaci. Dlaczego go wyróżniłam?  Był to bohater, który przyspieszał bieg akcji, barwił ją oraz zmieniał jej tor.

„Królestwo czarnego łabędzia” wzięłam w rękę z ciekawością, a odłożyłam z obojętnością. Nie żałuję, że przeczytałam tę powieść, ale poradziłabym sobie bez niej. Była to kolejna pozycja, która nie potrafiła się u mnie się wybić na tyle wysoko, abym codziennie musiała wstawać rano i sprawdzać w Internecie, kiedy pojawi się następna część.  Już pomijając, że zakładałam całkowicie odmienny sens fabuły, uważam, że nawet z krwiopijcami, mogło wyjść dobrze. Przydałoby się tylko więcej tajemniczości, zawartej w fabule i sprzecznych uczuć u bohaterów.

Ocena: 5/10

Również może Ci się spodobać

4 nie zagryzła klawiatura

  1. Szkoda, że dosyć niska nota, ponieważ miałam na nią ochotę. Prószyński to moje ulubione wydawnictwo i naprawdę bardzo im ufam, więc pewnie i tak spróbuję ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Myślę że za jakiś czas tak czy siak - przeczytam. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Mam podobne odczucia Catalino, ale piątka to i tak połowa, więc nie zrażaj się za bardzo i spróbuj
    :-)

    Cassiel - mam nadzieję, że prędzej, czy później jeszcze podzielisz się wrażeniami ;-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Książka jest fajna, ale szału nie ma ;) Jednak kontynuację przeczytam ;)

    OdpowiedzUsuń

Prenumarata :)

zBlogowani

zBLOGowani.pl