Recenzja: Miłosone Przysięgi Nora Roberts

14:46


Recenzja: Roberts Nora – Miłosne Przysięgi

„Miłosne Przysięgi”  to już moje czwarte, a zarazem ostatnie spotkanie z czterema wspaniałymi przyjaciółkami, które przyjaźnią się od dzieciństwa i prowadzą własny biznes. Z poprzednich części pamiętamy, że Mac, wspaniały w swej branży fotograf znalazła swoją miłość. Niedługo odbędzie się jej ślub z Carterem, ale na miejscu nie potrafi wysiedzieć także Emma. Wrażliwa florystyka, która nad życie pokochała Jacka. Zaręczyny Lauren i Dela to jeszcze świeża sprawa.…  Samotna pozostaje nam Parker. Dziewczyna czuję się dobrze. Ma wspaniałą pracę i rodzinę, o której wielu mogłoby tylko marzyć. Czego więcej potrzeba?




Być może fabuła książek wydaje się banalna. Do złudzenia przypominająca operę mydlaną. Na szczęście taka nie jest. Saga książek „Kwartetu weselnego” to ciepłe opowieści o zdobywaniu tej jedynej miłości, ale przede wszystkim o nierozerwalnej więzi, która może pewnego razu połączyć cztery malutkie dziewczynki… na zawsze.

Każda z nich jest oryginalna. Osobiście najbardziej polubiłam Lauren, która zwyczajnie przypomina mi samą siebie. Zawsze zabawna, potrafiąca ironicznie podsumować każdą sprawę. Jednocześnie  Emma prawie zawsze potrafiła mnie rozczulić. Mac rozśmieszyć, a Parker… ona była po prostu sobą i za to ją pokochałam. Nie licząc faktu, że sama umiałaby pokierować całym zespołem NASA. Bez najmniejszego wysiłku. Jest w tej sadze coś takiego, co kazało mi czekać na kolejne tomy. Wyczekiwać ich. Być może cieniem kładzie się tutaj fakt, że postaci kojarzą mi się z moimi cudownymi i kochanymi przyjaciółkami ;-) (Po podlizuję się jeśli już czytają, a co mi tam ;-P)

„Miłosne Przysięgi” dają nam bliżej zapoznać się z Parker. Dziewczyną pełną wyrafinowania i smaku. Posiadającą spory majątek i przystojnego  braciszka, który bezwzględnie potrafi egzekwować Kodeks Starszego Brata jak na prawdziwego prawnika przystało. Parker wiele już przeszła. Przeżyła śmierć rodziców, dzięki czemu jeszcze bardziej umocniła swoją więź z przyjaciółkami. Od pewnego czasu wszystkie one są zaręczone, a Parker? Brązowowłosa kocha swoją pracę. Uwielbia w niej to, że się spełnia, że może wykonywać coś co lubi z osobami, które kocha. Pozostaje jeszcze tylko Malcolm. Mężczyzna ze swoimi przejściami. Zabawny, czasami arogancki. Potrafiący nie przejmować się „płaszczem spadaj”, co jest wielkim osiągnięciem wśród kwartetu…

Czy teraz kolej na ich historię? A może tylko podadzą sobie przyjacielską dłoń?

Prawda jest taka, że nawet nie czytając książki dobrze wiemy jak się skończy. To po prostu taki typ, a jeśli historia ma być opowiedziana w jednym tomie, to zakończenie jest banalne. Jednocześnie poprzeczka troszeczkę idzie w górę. Skoro czytelnik zna zakończenie, oczekuje czegoś więcej od środka. U pani Roberts dostaję to prawie za każdym razem, a na żadnej części „Weselnego Kwartetu” się nie zawiodłam. Czytanie tej powieści, tak jak każdej poprzedniej było dla mnie prawdziwą przyjemnością.

Najzabawniejsze były dialogi i sytuacje. Momentami potrafiłam pokładać się ze śmiechu. Te wszystkie skróty i anegdoty ze ślubów… Panny Młode wydzwaniające o drugiej nad ranem, żeby zapytać się czy ich sen będzie rzutował na ceremonię… Zwyczajnie pokładałam się ze śmiechu. Miałam także dziką satysfakcję, gdy jedna z dziewczyn zrównywała z ziemią Lindę, apodyktyczną matkę Mac. To było po prostu piękne. Widzicie? To właśnie zrobiła ze mną pani Roberts. Chociaż nienawidzę Lindy – to postać o najgorszym charakterze, który tylko można by było sobie wyśnić, to i tak chciałabym jej więcej. Czy to nie sztuka? Tak pisać książkę, aby czytelnik pragnął więcej sytuacji ze znienawidzonym bohaterem?

Jednym słowem, polecam! Warto na kilka godzinek odciąć się od familii, zrobić sobie naprawdę dobrą kawę z pianką, otulić się kocem na kanapie i … poczytać. Czas minie tak szybko jak każda obrócona kartka. Zanim się spostrzegłam, pożegnałam się na dobre z całym kwartetem. Szkoda. Mogło być ich pięć…

Ocena: 8/10

Również może Ci się spodobać

12 nie zagryzła klawiatura

  1. Haha :) Obiecuję, że zastosuję się do twoich poleceń z jednym zastrzeżeniem - zamiast kawy będzie gorąca czekolada z pianką :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Spotkania z bohaterami książek pani Roberts jeszcze przede mną - aż wstyd się przyznać, ale nie czytałam żadnej jej książki! :) Okładki całej serii są świetne, chętnie ją poznam przy najbliższej okazji... W książkach tego typu przeważnie już od początku znamy zakończenie (a przynajmniej jego zarys), ale raczej nigdy nie zmniejsza to radości czytania :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Zacznę od tego, że książeczki dostały przepiękne oprawy. Okładki naprawdę zachwycają. Ponadto, choć nie lubię tego typu powieści, Twoja recenzja zaszczepiła w moim sercu ziarenko, które z pewnością rozkwitnie wielką chęcią przeczytania chociaż jednego tomu.

    OdpowiedzUsuń
  4. Tej serii Nory Roberts nie czytałam, ale jak do tej pory na jej książkach nigdy się zawiodłam

    OdpowiedzUsuń
  5. Jeszcze nie czytałam ani jednej powieści pani Roberts, więc może kiedyś się skuszę... ;) Ale to kiedyś, kiedyś :)

    Pozdrawiam serdecznie i dziękuję za odwiedziny ^.^

    OdpowiedzUsuń
  6. Zdarzyło mi się przeczytać coś z twórczości Roberts, ale nie na tyle pałam do niej sympatią, żeby ryzykować wkręceniem się miłosną serię. Chociaż nie mówię nie, w końcu przyszłość jest zagadka ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. muszę przyznać, że pierwszy raz słyszę o tej autorce i o serii książkowej, ale nie mniej zaciekawiłaś mnie swoją recenzją i naprawdę chętnie sięgnęłabym po te książeczki, potrzeba mi trochę czegoś "babskiego" (;p), a ta seria wydaje się nadawać idealnie. jeśli tylko dorwę gdzieś te książki... :)

    OdpowiedzUsuń
  8. oho, zapomniałam dodać, że okładki całej serii są ucztą dla oka, piękne i subtelne, takie jakie lubię :)))

    OdpowiedzUsuń
  9. Jeszcze nie miałam okazji zapoznać się z tą Autorką, ale w planach mam recenzyjną lekturę "Pięciolinii uczuć" - jeśli mi się spodoba, może warto będzie sięgnąć i po tę ;)

    OdpowiedzUsuń
  10. Znam autorkę i to bardzo dobrze, jednak jej najnowszych książek nie czytałam, zresztą tych ciut starszych również - brak czasu. Po twojej recenzji z miłą chęcią wrócę do twórczości pani Roberts:)

    Dodaję cię do obserwowanych :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Nigdy nie czytałam nic Roberts, ponieważ nie przepadam za tego typu literaturą :) Po Twojej recenzji jednak poważnie się nad tym zastanowię :D

    OdpowiedzUsuń
  12. Chętnie bym poznała historię tych czterech sióstr ;)

    OdpowiedzUsuń

Prenumarata :)

zBlogowani

zBLOGowani.pl