Od Zera do Bohatera

00:06

Obejrzałam „Hancocka” tylko ze względu na fakt, że odtwórcą roli głównej był Will Smith, a musicie mi uwierzyć, że bardzo lubię tego aktora. Ostatnimi czasy niechętnie wybieram się na ekranizacje, w których motywem przewodnim jest walka bohatera przez wielkie „B” z resztą świata, który także trzeba uratować. Czy nie lepiej wybrać się na melodramat? Wyjdzie prawie na to samo. Troszkę uparł się mój rozemocjonowany brat, po części i ja pragnęłam na ekranie dojrzeć przemiany zagranicznego kina. Czy mi się udało? Może spostrzegłam w produkcji  filmu coś, co niewątpliwie mogłoby zostać  użyte jako dowód w sprawie o uniewinnienie?


Są na świecie bohaterowie... superbohaterowie... i jest Hancock (Will Smith). Duża władza wiąże się z dużą odpowiedzialnością i wszyscy o tym wiedzą... Wszyscy, z wyjątkiem Hancocka. Wiecznie podirytowany, skonfliktowany z otoczeniem, sarkastyczny i nierozumiany Hancock, może i ratuje życie wielu osób, dzięki swoim popisom, zawsze jednak pozostawia po sobie spore zniszczenia. Mieszkańcy Los Angeles mają tego dosyć – chociaż cieszą się, że mają swojego miejscowego bohatera, zastanawiają się jednak, co takiego zrobili, że zasłużyli właśnie na Hancocka. Mężczyzna zupełnie nie troszczy się o to, co myślą o nim inni – aż do dnia, w którym ratuje życie szefa ds. PR Raya Embreya (Jason Bateman). Wtedy właśnie zgryźliwy superbohater zaczyna zdawać sobie sprawę, że może posiada jednak tę drugą, wrażliwą stronę osobowości. Stawienie temu czoła może być największym wyzwaniem Hancocka. Żona Raya, Mary (Charlize Theron), twierdzi bowiem, że jest on nieuleczalnym przypadkiem.*

„Hancock” to bez wątpienia film inny niż poprzednie. Twórcy ekranizacji przedstawiają całkowicie odmiennego bohatera, postać wręcz odbitą w krzywym zwierciadle. Dzięki temu małemu szczegółowi na chwilę w moim sercu zapłonął płomyczek nadziei. Był oczywiście jeszcze Will Smith jako odtwórca roli głównej. Tego aktora pokochałam już przy „Facetach w czerni”, a nawet jeśli „Jestem Legendą” uważam za chałę, to film dostał by u mnie chociaż jeden punkcik za obsadę aktorską.  Dlaczego? Z prostego powodu. Pan Smith zalicza się do osób, które grając, próbują nadać swojej postaci charakter i choć troszkę realizmu. Gdy tylko producenci i scenarzyści na to pozwolą oczywiście. Tutaj tego nie zrobili.

Chociaż obsada aktorska była zadowalająca, to ekipa twórców filmu nie chciała dać im przejąć władzy nad postaciami.  Proporcjonalnie do upływającego czasu, główni bohaterowie wygłaszali coraz to głupsze kwestie w łzawym tonie. Film pierwotnie przeznaczony dla dorosłego odbiorcy, został przerobiony na kino rodzinne i właśnie ten aspekt jest jednym z głównych mankamentów tej ekranizacji. Tak podjęta decyzja, która miała zwiększyć grono odbiorców, jednocześnie także zaszkodziła całości. Na pewno znajdą się osoby, którym „Hancock” przypadnie do gustu, jednakże serce ściska, gdy porówna się wersje taką jaką miała być pierwotnie i tą, która powstała.

Kilku aktorów od czasu do czasu próbuje wycisnąć coś ze scenariusza, jednakże większość widzów tego nie dostrzeże, ponieważ reżyser całkowicie postawił na efekty specjalne i demolkę. Co druga scena to rozróba, bardzo spektakularna oczywiście.  „Hancock” jest nimi do bólu przeładowany. Gdyby tego było jeszcze mało, gdzieś od połowy filmu, zapał zaczyna spadać. Nic dziwnego, skoro większość przyszła obejrzeć na wielkim ekranie bohatera – menela, a nie faceta, który ma problemy z alkoholem i przystosowaniem, przy czym ekranizacja pertraktuje o jego wielkiej, wewnętrznej przemianie. Cóż… Mówi się trudno. Wytrzymałam. Tama mojej cierpliwości pękła przy wątku, gdy na wierzch zaczęły wychodzić dziwne powiązania głównej postaci  i żony jego najlepszego, i właściwie jedynego, przyjaciela.

Określając „Hancocka” jednym słowem, można powiedzieć, że był to film z potencjałem i byłabym bardzo wdzięczna, gdybyście w tym zdaniu zauważyli czas przeszły. Oczywiście ekranizacja przyciągnie przed ekrany wielu fanatyków efektów specjalnych, czy też ludzi, którzy potrzebują dużej dawki humoru. Jego też tutaj nie brakuje. Największym atutem „Hancocka” jest główny bohater, tak więc przez większość czasu poziom akcji, albo nie będzie spadał, albo będzie robił to bardzo powoli. Podsumowując, kolejna produkcja, która nie ma szans na wybicie się ponad inne. Być może przy kontynuacji, ale na nią bym nie liczyła. Części drugie zwykle i tak są gorszymi kopiami pierwowzorów.

Ocena: 4/10


czas trwania:1 godz. 42 min.
gatunek:FantasyAkcja
premiera:11 lipca 2008 (Polska) 16 czerwca 2008
produkcja:USA
reżyseria:Peter Berg
scenariusz:Vince GilliganVincent Ngo

* Opis filmu pochodzi ze strony http://www.filmweb.pl

Również może Ci się spodobać

7 nie zagryzła klawiatura

  1. oglądałam wraz z mężem i nie powiem, nawet sympatyczny film :) oczywiście nic wyszukanego, czy bardzo ambitnego, bo do tego mu daleko, ale przyjemnie spędziliśmy czas :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Tytuł obił mi się nie raz o uszy, więc na pewno obejrzę :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jeszcze w tym roku ma być premiera części drugiej. Chociaż za bardzo nie jestem przekonana, to kto wie? Może obejrzę? XD

    OdpowiedzUsuń
  4. A mi się nawet podobał - trochę się przynajmniej pośmiałam :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie jestem wielką fanką filmów z nadmiarem efektów specjalnych, jednak mimo wszystko myślę, że kiedyś "Hancock'a" obejrzę ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Uuuuu widzę, że słabiutko.. a filmy i tak rzadko kiedy oglądam.

    OdpowiedzUsuń
  7. Oglądałam go kilak razy i według mnie nie był wcale taki zły ;)

    OdpowiedzUsuń

Prenumarata :)

zBlogowani

zBLOGowani.pl