Między młotem, a kowadłem

19:50


Recenzja: „Wrzawa śmiertelnych” Eric S. Nylud

„Wrzawa śmiertelnych” ogromnie mnie zaintrygowała swym opisem. Przez to, że młodzieżówki z wątkiem mitologicznym, w większości wypadków, dobrze mi się kojarzą, postanowiłam sięgnąć też po książkę pana Erica Nyluda. Po drugie, całkiem znaczący był też fakt objętości powieści – prawie 900 stron! Jak tu się nie pokusić na taką lekturę? Zarezerwowałam sobie dłuższą chwilkę czasu i zabrałam się za czytanie. 


Eric Nylund na co dzień pracuje w Microsoft Game Studios (współtworzył m.in. „Mass Effect” i „Gears od War”). Jego poprzednie książki to historie osadzone w uniwersach ze znanych gier, jak chociażby „Halo”, ale także samodzielne powieści fantasy. Za „Miasteczko Dry Water” był nominowany do World Fantasy Award.

Elliot i Fiona żyją pośród morza zasad. Z resztą na ich istnienie też pewnie znalazł by się kruczek. Jeśli tylko ich pospolite życie, można by było nazwać normalnym, zrobiła bym to. Niestety nie widzę niczego zwykłego w chodzeniu w ciuchach, które szyje prababcia, uczęszczaniu do pracy, zamiast do szkoły i pobieraniu nauki u domowego Cerbera (czytaj: babci). Wydarzenia, które następują po piętnastych urodzinach bliźniąt, przechodzą jednak ludzkie pojęcie. Dopiero wtedy zaczyna się jazda. Brat z siostrą, będą musieli udowodnić, że przynależą do rodziny od strony matki, albo zginą. Upodobnią się do familii  ojca – zginą. Trzy próby świadome i trzy nieoficjalne. Czy podołają wyzwaniu? Co ich będzie czekać później?

Na początku „Wrzawę śmiertelnych” porównywałam do powieści pana Ricka Riordana, do których mam ogromną słabość. Niestety książka pana Erica jakościowo jest o wiele gorsza. Problem sprawiało mi niepotrzebne wydłużanie wątków, naszpikowane zbędnymi szczegółami opisy sytuacji oraz wlokąca się akcja. Historia zawarta w powieści liczącej prawie 900 stron, mogłaby być tak naprawdę o połowę krótsza, a i tak zawierałaby najpotrzebniejsze aspekty fabuły bez zbędnego wstrzymywania akcji.  Aby przebić się do ciekawszej części „Wrzawy śmiertelnych” trzeba poradzić sobie z ponad stu stronicowym wprowadzeniem, gdzie autor przedstawia czytelnikowi życie głównych bohaterów.

Plan dnia codziennego Eliota i Fiony wydawał mi się absurdalny. Nie mogłam dać wiary, że piętnastoletnie bliźniaki, bez żadnych przejawów buntu, godziły się na respektowanie wymyślnych reguł i korzystanie z szamponów domowej roboty, czy ubieranie się w ciuchy wykonane własnoręcznie przez prababcię. Wszystkie te sytuacje były tłumaczone faktem, że dzieci nie chciały starszej pani zasmucić czy zdenerwować. Jednak powiedzmy sobie szczerze, czy ja bym na to pozwoliła? W życiu! Nawet wtedy, gdy mogłabym zranić czyjeś uczucia. Na tym świecie istnieją po prostu jakieś granice.

Przedstawieni bohaterzy byli jedną z zalet powieści. Niezwykła mieszanka charakterów sprawiała, że mogłam odróżnić jedną rodzinę od drugiej, wytypować „tych dobrych i tych złych” oraz co ważniejsze, kibicować głównym bohaterom. Patrząc na to z boku, trzeba stwierdzić, że tworzenie postaci wyszło autowi o wiele lepiej niż prowadzenie akcji. Eliot i Fiona to osoby niezwykle dynamiczne. Na kartach powieści zmieniają się praktycznie nie do poznania. Z biernych i potulnych dzieciaczków, stają się dorastającymi nastolatkami, którzy chcą wziąć los w swoje ręce, a nie patrzeć z boku, jak ktoś prowadzi za nich bitwy.  Bardzo widoczną cechą obu Postów była solidarność. Jedno zawsze miało na względzie dobro drugiego. Razem byli silniejsi, lepiej zorganizowani, potrafili stawić czoło światu. Jeśli zaś chodzi o same rodziny, to niewątpliwie Piekielni, przypadli mi do gustu bardziej. Familia ze strony ojca była bogatsza ekspresyjnie, co sprawiało, że moja ciekawość rosła. Żadna osoba nie była nigdy prostolinijna. Zawsze istniało drugie dno, inne wyjście, lepszy interes. Czasami aż czułam, że z nimi trzeba mieć się na baczności.

„Wrzawa śmiertelnych” to  bezapelacyjnie dobra lektura młodzieżowa, jednak od następnej części, na pewno będę wymagała więcej. Pisarz pokazał na co go stać, teraz niech zaprezentuje czytelnikowi rozwój swojego, godnego podziwu, warsztatu. Pomysł na fabułę był naprawdę bardzo dobry. Właściwie nie nowy, ale od samego początku bardzo intrygujący. Niestety to wrażenie zostało zbałamucone przez zbędne dłużyzny, występujące w książce. Jeśli tylko autor zlikwidowałby niektóre niepotrzebne wątki oraz nie rozpisywał wszystkich szczegółów, byłaby to powieść godna pióra Ricka Riordana.

tłumaczenie: Joanna i Adam Skalscy
tytuł oryginału: Mortal Coils
seria/cykl wydawniczy: Fiona i Eliot Post tom 1
wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: maj 2012
liczba stron: 888
kategoria: fantastyka, fantasy, science fiction
język: polski
typ: papier

Nie znalazłam satysfakcjonującego mnie zwiastunu, promującego powieść, więc
 brzmieniem na dziś jest:




Egzemplarz otrzymałam od wydawnictwa Prószyński i Ska za co serdecznie dziękuję ;-)

Również może Ci się spodobać

11 nie zagryzła klawiatura

  1. Czytałam już jedną recenzję o tej książce i dla mnie wydała się dość ciekawa ta książka. Dlatego w najbliższym czasie postaram się ją przeczytać (:

    OdpowiedzUsuń
  2. Napisz później jakie wrażenia :-D

    OdpowiedzUsuń
  3. o tej książce sporo dobrego już się naczytałam, więc pewnie w swoim czasie po nią sięgnę :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak tylko ją gdzies zobaczę to z chęcią po nią sięgnę :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Dużo dobrego czytałam już na jej temat, więc kiedyś na pewno po nią sięgnę. :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Trochę ostudziłaś mój zapał wobec tej książki, ale chyba i tak dam jej szansę. :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Jak trafie na te pozycje to z pewnoscia przeczytam ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Jestem tą książką zainteresowana, ale niezbyt przesadnie.

    OdpowiedzUsuń
  9. Brzmi ciekawie, rozejrzę się za nią w bibliotece :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Na razie do książki jestem nastawiona sceptycznie ale nie mówię jej nie :)

    OdpowiedzUsuń

Prenumarata :)

zBlogowani

zBLOGowani.pl