Słowiańskie przekleństwo

21:13


Recenzja: "Strzygonia. Dziedzictwo krwi" Sławomir Mrugowski

Pisząc tę recenzję, czuję się co najmniej tak, jakbym była odpytywana na ocenę w szkole, a wynik moich wysiłków był, zdawkowo mówiąc, marny. Dlaczego? Cóż… Za szybko pochwaliłam słońce przed zachodem i powiedziałam „hop” zanim skoczyłam. Podsumowując,  po pierwszych kilku stronach „Strzygoni”, oświadczyłam, że książka jest rewelacyjna…

Pewien czas temu, gdy zaczynałam swoją przygodę ze „Strzygonią”, książka niewątpliwie przypadła mi do gustu. Zachłysnęłam się dobrym pomysłem na fabułę, perspektywą następnej, polskiej książki fantastycznej, którą mogłabym polecić oraz bezapelacyjnie przyciągającą wzrok okładką. Jednym stwierdzeniem – cud miód i orzeszki. Płynęłam na fali reklamy, a powieść wraz ze mną. Co jednak począć dalej, gdy pierwsze wrażenie się wypali? Mój zapał osłabł po trzydziestu stronach, a czterdziesta zaczynała drogę przez mękę. Dokończenie czytania debiutu pana Sławomira Mrugowskiego zajęło mi dosłownie cały kolejny tydzień.

Wrzesień to miesiąc krwawy i łzawy. Wszystkie dzieci na świecie próbują przetrawić fakt kończącej się sielanki, a później nie wylewać potoku łez, które już na samo wspomnienie dni beztroskich, pojawiają się w oczach. Powrót do obowiązków i przystosowanie się do rzeczywistości, gdzie na powrót trzeba wracać do karnych miejsc pracy, zrzeszających wszechobecny  analfabetyzm, jest zadaniem trudnym i męczącym. Mój początek roku był inny, dziwny i w pewien niespotykany sposób -  wyjątkowy. Widzicie, smutna prawda jest taka, że tegorocznym motorem napędowym, który popędzał mnie w wir nauki, była „Strzygonia”.  Za każdym razem, gdy przyłapywałam się na tym, iż po raz któryś z kolei czytam to samo zdanie, albo co gorsza, muszę się wrócić o kilka stron, ponieważ wpędzona w głębokie refleksje, nie pamiętam co czytałam - zawsze wtedy sięgałam po książkę do matematyki. Albo  po podręcznik  do języka polskiego. Właściwie to nieistotne. Największym ewenementem jest fakt, iż „Strzygonia” to  powieść propagująca polską edukację. :-)

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że książka pana Mrugowskiego nie zniechęcała mnie nieprzemyślaną fabułą czy bohaterami bez potencjału. To nie jest tak, że „Strzygonia” to tylko ogromna garść banałów, schematycznych wątków, a książka jest tak okropna, że tylko na makulaturę się nadaje. Najbardziej przytłaczającym mnie faktem było, że potrafiłabym wykrzesać z siebie większą iskrę sympatii do bohaterów czy fascynacji światem przedstawionym, gdyby nie jedno – wszechogarniająca i niszcząca wszystko na swojej drodze… nuda. Debiut pana Sławomira autentycznie parokrotnie wykupił mi bilet do Morfeusza w jedną stronę i nie skarżył się, że przed wizytą u starego przyjaciela, samego darczyńcy ładnie na półkę nie odłożyłam.

Tak więc mamy już nudę i senność. Jakie jeszcze emocje wywoływała we mnie „Strzygonia”? Przede wszystkim – irytację. Za każdym razem, gdy autor posługiwał się obcym językiem, doprowadzał mnie do szewskiej pasji. Dlaczego? Otóż w książce nie jest podane tłumaczenie tychże wypowiedzi. Niby mogłabym sobie to wszystko wygooglować… Gdybym umiała wzbudzić w sobie chęć do zrobienia czegokolwiek rzecz jasna. Wrodzone lenistwo, zaprawione wieloletnimi praktykami dawały o sobie znać. Z drugiej strony, książka to w pewien sposób produkt gotowy. Zawiera wszystko, co autor chciał przekazać odbiorcy tekstu. Więc, chociaż totalnie denerwował mnie fakt, że nie mam jasnego obrazu sytuacji, to przyjęłam za oczywiste, że tak właśnie miało być. O!

Drugą sprawą, która poważnie potrafiłaby zdenerwować nawet największego wyjadacza, jest styl czy raczej stylizacja, jaką posługuje się autor. Otóż w całej książce, a specjalnie ją w celu sprawdzenia, przewertowałam, panuje niedostatek zdań złożonych. Odkładając powieść, kluczowym pytaniem, które może zadawać sobie czytelnik, na pewno nie będzie: Dlaczego bohater X to zrobił? Czy przeżyje? Co się stanie w kontynuacji?!? Nie wysnuwajcie błędnych wniosków – naprawdę nie jestem uprzedzona do zdań krótkich, pojedynczych. Niestety zauważyłam w „Strzygoni”, że stosowanie tylko takowych form wypowiedzi potrafi bardzo umiejętnie wytrącić mnie z rytmu czytania. Z resztą, czytając książkę, cały czas miałam wrażenie, że zapoznaję się z jakimś bardzo skomplikowanym sprawozdaniem. Brakowało mi plastyczności obrazu i rozległych opisów świata przedstawionego.

Bohaterowie. Ci mieli potencjał, ponieważ, chociaż było ich wielu,  zostali wykreowani bardzo dobrze. Posiadali różnorakie motywy, cechy charakteru, inne światopoglądy. Na życie jednych wpływały wydarzenia z przeszłości, inni zamartwiali się myślami o kolejnym jutrze. Niestety poszli na zmarnowanie.  Autor nie potrafił zaciekawić mnie losami swoich pociech, od czasu do czasu wydawało mi się, że bohaterowie są idealnymi przykładami greckich stoików. Niby były gdzieś tam emocje, czaiły się gorące uczucia, a książka była przesycona ludzkimi marzeniami i dążeniami, jednak żadna z tych rzeczy nie potrafiła porwać mnie na tyle, abym zaczęła przejmować się losami postaci i utożsamiać się z nimi.

Za nic w świecie nie chciałabym, aby „Strzygonia” była moją lekturą szkolną. Nawet „świeżo” po przeczytaniu książki, nie potrafiłam chronologicznie poukładać wszystkich wydarzeń. Akcja w książce gnała jak szalona, chociaż porządnie zasapana, nie ustawała w pogoni za niczym szczególnym.  W powieści bowiem zabrakło mi momentu kulminacyjnego, celu, do którego niezbicie mogliby dążyć bohaterowie.  Postacie wymienione w książce, a było to naprawdę liczne grono, wiele robiły, działały, nie ustawały w walce, jednak żadna z tych czynności nie prowadziła do jakiegoś punktu wiążącego wszystkie wydarzenia.

Jak wspomniałam wcześniej, „Strzygonia” jest debiutem literackim, co warto wziąć pod uwagę, gdy decydujemy się na sięgnięcie po jakąkolwiek literaturę. Książka niewątpliwie znajduje się pod pantoflem akcji. Ponadto  nuda, którą lektura tej powieści wyzwala w czytelniku, jest maksymalnie przytłaczająca. Jednak sama w sobie fabuła, powoduje błysk w oku i przyciąga. Nie można jej nazwać fenomenalną czy innowacyjną, jednak potencjał się uchował – mam nadzieję, że przejdzie na kolejne części, lecz, tym razem, zostanie lepiej wykorzystany.  Na samym początku mojej przygody z tą książką, kościste palce Moiry złapały mnie w swe kleszcze, aby później z widoczną niezgrabnością, puścić mą personę wolno. Szkoda, wielka szkoda, ponieważ wiem jedno – ta powieść od samego początku miała mnie zmuszać do zamknięcia oczu, jednak nie w celu flirtowania z Morfeuszem, a próbie ucieczki od całkowitego zatracenia i wciągnięcia się w świat Strzygoni, Goplany, Popiela czy Balladyny.


seria/cykl wydawniczy: Dziedzictwo Krwi tom 1
wydawnictwo: Fabryka Słów
data wydania:  21 wrzesień 2012
ISBN: 978-83-7574-704-1
liczba stron: 656
słowa kluczowe: fabryka słów, upiór, podania
kategoria: fantastyka, fantasy, science fiction
język: polski
typ: papier

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Fabryka Słów za co serdecznie dziękuję! :-)

Również może Ci się spodobać

9 nie zagryzła klawiatura

  1. Hmm zastanowię się nad nią jeszcze.

    OdpowiedzUsuń
  2. Szkoda, zapowiadała się dość ciekawie. Ale może jak będę miała okazję to dam jej szansę ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. O! Dość nieciekawie. ;/ Trochę się spodziewałam po tej książce, ale nudy to ja nie znoszę, bo czytam taką pozycję tygodniami. Na razie sobie odpuszczam, ale recenzja była bardzo ciekawa(i nie nudna!) :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Oj, to brzmi naprawdę kiepsko, a muszę przyznać, że zaciekawiła mnie jej zapowiedź na stronie fabryki słów

    OdpowiedzUsuń
  5. może i sięgnę w przyszłości, teraz mam za dużo zaległych tytułów na półce :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Oj tam, a ja z pewnością sięgnę ;D

    OdpowiedzUsuń
  7. Gdy zobaczyłam zapowiedź, myślałam, że to coś ciekawego, a tu klops. :/ Nienawidzę, gdy początek książki jest dobry, a środek i koniec pozostawia wiele do życzenia.

    OdpowiedzUsuń
  8. No i masz babo placek! A wydawało się, że będzie to taka świetna lektura. Po książkę raczej nie sięgnę, chociaż przydałby się jakiś usypiacz :)

    OdpowiedzUsuń

Prenumarata :)

zBlogowani

zBLOGowani.pl