Legenda o tym, jak ludzie pokoju stali się wojownikami

19:24


Recenzja:  Saga o Rubieżach tom 1 Liliana Bodoc 

Wszystko zaczęło się od tego, że przeczytałam wspaniałe rekomendacje.  Może tego nie wiecie, ale lubię siebie nazywać niespełnioną recenzentką. Sama pośród tłumu, bez perspektyw na wybicie się, pisząca od rzeczy i za każdym razem dziwiąca się, że ktokolwiek to czyta. Od czasu do czasu jednak napadają mnie moje własne marzenia. Nie w ciemnej uliczce, nie nocą, kiedy zwykle trzymam w ręku książkę, zamiast smacznie pochrapywać, a w świetle dnia, kiedy przeglądam nowe zapowiedzi, zastanawiając się „co by sobie tutaj poczytać…”. Czy by nie było wspaniale, widzieć na okładce książki cytat własnej recenzji, podpisany pseudonimem bądź nazwiskiem? No nie powiem, że nie. Moim zdaniem bosko! Dlatego też czytuję większość rekomendacji. Czasem dobre, czasem złe, nigdy nie wpływają na fakt czy po książkę sięgnę, ale momentami… momentami decydują o tym, czy sprawy nie przemyśleć jeszcze raz.


Tak więc, zanim sięgnęłam po „Sagę o Rubieżach tom 1”, zastanowiłam się nad tym dwa razy. Jak zwykle na moim pięknym regale leżało ogromne stoisko, a ja stojąc nad nim biadoliłam, że nie mam co czytać. Czy jeszcze jedna książka zrobiłaby mi różnicę? Nie (ale swoje i tak odleżała). Co ja mogę? Jestem książkoholiczką i dobrze mi z tym! Jakiś czas później (masę czasu później) zabrałam się za lekturę powieści pani Liliany Bodoc i po pierwszym rozdziale zdecydowałam, że jak na jeden dzień to mi wystarczy. Chociaż naprawdę, naprawdę starałam się zaabsorbować wydarzeniami, opisywanymi przez pisarkę i z całych sił, jakie udało mi się wykrzesać po dwóch wf-ach i czterech innych przedmiotach szkolnych, wydobyć z siebie choć jedną nadprogramową garść entuzjazmu, która wprawiłaby w ruch machinę optymistycznych myśli to… nic. Klapa. Nie udało się. Książka nie wciągnęła mnie od pierwszej strony, nie wciągnęła też od drugiej ani pięćdziesiątej. Czytałam ją właściwie tylko po to, żeby przeczytać, ale losy bohaterów były mi obojętne. 

Po lekturze powieści zaczęłam się zastanawiać, dlaczego właściwie mi się ona nie spodobała. W gust swój nie do końca trafiłam – to już wiedziałam, ale tak naprawdę – dlaczego? Przecież gdyby wszystko zależało od mojego widzimisię, to połowa książek, które mam teraz na półce, by na niej nie stała…  Dopiero po głębszej analizie zrozumiałam, że w tej książce było za mało energii. Śledziłam losy bohaterów przez ponad siedemset stron, podświadomie oczekując jakiegokolwiek napięcia, szybszej akcji, co w końcu w ogóle nie wystąpiło. Dalej miałam bohaterów, którzy istnieli tylko i wyłącznie po to, żeby uczestniczyć w wydarzeniach. To nie osoby w „Sadze o Rubieżach” były ważne, nie świat przedstawiony, a wcześniej wspomniane wydarzenia moi drodzy i przedstawione sytuacje.  To one grały tutaj pierwsze skrzypce.
Postacie wydawały mi się wręcz infantylne, chociaż najlepszym słowem jakim bym je nazwała to „niewinne”. Pewnie głupio to brzmi, nazywać bohatera, który przez autorkę jest pokazany jako wielki i potężny wojownik „niewinnym”, a jednak!  Nie ma co oczekiwać zaskoczenia przy ich rozwoju. Autorka stworzyła swoje postacie w dość  bajkowy, przewidywalny sposób. Ci co mają być źli, będą źli, zawsze i wszędzie stając naprzeciw siłą dobra i uczciwości.  Stworzeni tylko po to, żeby zostać wykorzystanymi przez Autora Dzierżącego władzę, bohaterzy nie pozwalali mi, jako czytelnikowi, zbliżyć się do siebie, bliżej ich poznać, utożsamiać się z nimi. Trzecioosobowa narracja całkowicie przesądziła sprawę. 

Świat przedstawiony został całkiem ciekawie wykreowany, jednak nie sposób nie porównać go do rzeczywistości. Czyż Żyzne Ziemie nie przypominają Ameryki? Czy nie trudno zauważyć, jak wiele Stare Ziemie mają z Europy? 

Styl autorki był dla mnie generalnie bardzo ciężki. Do jego głównych cech można zaliczyć przesycenie archaizmami, porównaniami homeryckimi, a przede wszystkim zwrotami nawiązującymi do kultury Ameryki Południowej. Na początku było mi najtrudniej przyzwyczaić się do tego. Z czasem przywykłam, chociaż i tak, za każdym razem gdy odkładałam książkę, nie przejawiałam żadnej wielkiej potrzeby, żeby do niej powrócić.

Nie wiem, może w przyszłości zostanę olśniona przez wydawnictwo, jednakże na dzień dzisiejszy nie widzę jakiegokolwiek sensu w wydawaniu dwóch tomów z trylogii jako jednej książki i tytułowaniu tejże powieści jako „Sagę”. Jak w takim razie zostanie nazwany trzeci i ostatni tom? Zagadka. 

Dla kogo więc jest książka pani Bodoc? Bowiem, moim zdaniem, na pewno nie dla wszystkich. Nie mam żadnych wątpliwości co do nazwania tej książki ambitną. Dokończenie jej jednocześnie wzbudziło we mnie ogromną satysfakcję i ulgę. Nie jest to książka na jeden wieczór. Trzeba ją sobie odpowiednio dawkować, żeby nie stracić zapału do dokończenia lektury. Jestem pewna, że książka przypadnie do gustu fanom fantastyki, którzy są już przyzwyczajeni do takiego typu literatury. Musi to być jednak wytrwały i odważny, a może lepiej – uparty jak osioł czytelnik, aby dobrnąć do końca i jeszcze pragnąć zapoznania się z kontynuacją. 


tłumaczenie: Iwona Michałowska-Gabrych
tytuł oryginału: Los días del Venado oraz Los días de la Sombra
seria/cykl wydawniczy: Saga o Rubieżach tom 1-2
wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: sierpień 2012
ISBN: 9788378392675
liczba stron: 728
kategoria: fantastyka, fantasy, science fiction
język: polski



Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Prószyński i Ska.

Również może Ci się spodobać

9 nie zagryzła klawiatura

  1. Hm... hm... Jestem uparta jak osioł, kocham "cegiełki". To chyba pozycja dla mnie. W sumie już po twojej recenzji widzę w niej pewne wady, które będą mnie denerwowały podczas lektury, ale cóż: do odważnych świat należy.^^

    OdpowiedzUsuń
  2. Hah. :) To faktycznie książka dla Ciebie. :P
    Zdaj relację jak przeczytasz! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Zdam zdam.:D Mam nadzieję, że dość szybko ją sobie zamówię. Ale najpierw powinnam chyba się wziąć za książki, które już mam.:D

    OdpowiedzUsuń
  4. Hahaha... Tak ja też POWINNAM, ale za bardzo nie widzę jak to robię. :P

    OdpowiedzUsuń
  5. @Julie - No ja nie wiem. Osobiście uważam, że jestem normalna, ale moi znajomi mają inne zdanie na ten temat. :-P Książkoholizm - po prostu. ^^

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie byłam specjalnie zainteresowana tą książką i dalej nie jestem, no szczególnie po takiej recenzji. Sama męczyłabym się z nią nie tylko nawet dlatego, że by mnie nie wciągnęła ale ostatnio przechodzę kryzys czytelniczy co mnie DOŁUJE!! A stosy czekają..

    OdpowiedzUsuń
  7. Jednym słowem mówiąc, mój instynkt po raz kolejny mnie nie zawiódł. Od samego początku jakoś nie bardzo podchodziła mi ta książka :D Dzięki Ci, że mnie w tym upewniłaś :P

    OdpowiedzUsuń

Prenumarata :)

zBlogowani

zBLOGowani.pl