Dawno, dawno temu…

15:11


Recenzja: „Saga księżycowa” Marissa Mayer

Dawno, dawno temu, gdy byłam mała, uwielbiałam oglądać bajki. Praktycznie  się na nich wychowałam. Nie byłam jedną z tych dziewczynek, które w wieku dziecięcym zaginają rzeczywistość, żeby zostać księżniczkami i królewnami. Nie należałam też do tej grupy małych istotek płci pięknej, które dorastały trzymając w ręku takie atrybuty jak klocki lego czy samochody. Wolałam przejmować rolę bohatera, dzierżącego niebezpieczną broń. Zabijać potwory i żyć w chwale swych dokonań. Takim właśnie dziwnym  oryginalnym dzieckiem byłam. 

Jednak to co było -  minęło i nieprawda – jak lubi powtarzać moja babcia. Tak więc, po „Sagę księżycową. Cinder” nie sięgnęłam po to, żeby jeszcze raz odpłynąć w przeszłość, kiedy to życie było mniej skomplikowane i bardziej fascynujące. Właściwie, to nie przeczytałabym tej książki do dzisiaj, gdybym nie dostała jej w prezencie od Mikołaja. Oczywiście, gdy zaczęły pojawiać się informacje o premierze tego tytułu, wiernie je odnotowałam w pamięci. Kiedy czytałam pozytywne recenzje, powoli zaczęłam aktywować swoje zaciekawienie. Powiem Wam jednak szczerze, że na zbyt wiele się nie nastawiałam. Czego właściwie można oczekiwać po książce, która bazuje na interpretacji bajki? Pozwolę Wam zgadywać, a i tak na 100% jestem pewna, że ani przy pierwszym, ani przy drugim razie nie zgadniecie…

Powieść nie zaabsorbowała mnie od razu. Co to, to nie! Jednakże, ze strony na stronę, czułam, że coraz bardziej przekonuję się do historii, którą tak barwnie opisywała pani Marissa. Każdy akapit przyciągał bardziej, rozdziały następowały po sobie jedne po drugim aż… w końcu się skończyły. Nie mogę powiedzieć, że „Cinder” nie była nie przewidywalna, przecież autora bazowała na pewnym schemacie, schemacie, który świetnie udało jej się zmodyfikować, zmienić, przeobrazić i wtłoczyć do barwnie oraz różnorodnie stworzonego, futurystycznego świata. Chociaż szkielet fabuły opierał się na opowieści o Kopciuszku, bajce, która w dzieciństwie średnio mnie interesowała (przecież z tej dziewczyny żaden Rycerz nie był!) to pierwszymi dwoma przymiotnikami, cisnącymi mi się na usta, gdy myślę o debiucie pani Meyer, nie jest „banalna” i „oklepana”, a raczej „czarująca” i „nietuzinkowa”.

Jest to świetny mix klasycznej bajki i futurystycznej powieści. Autorka na każdym kroku dawała mi odczuć klimat książki, przypominała o zdziesiątkowanym przez plagę mieście, przekazywała plastyczny obraz życia, jakie prowadziły postacie. Tym bardziej, że główna bohaterka została wykreowana na cyborga, czyli obywatela drugiej kategorii. Pierwszoosobowa narracja była świetnym zabiegiem, użytym przez pisarkę. Dzięki temu o wiele łatwiej było mi wczuć się w sytuację Cinder, dziewczyny, która tak naprawdę nic nie wiedziała o swoim pochodzeniu, dzieciństwie, jakimkolwiek innym życiu, jakiego mogła zaznać przed mieszkaniem z macochą.

Pani Meyer  w ten zachwycająco wykreowany świat, wprowadziła obłędnie nakreślonych bohaterów. Różnorakie, intrygujące postacie zostały przedstawione bardzo skrupulatnie. Chociaż wyraźnie widać, że to na Cinder ma się przede wszystkim skupiać akcja i cała uwaga czytelnika, to trudno nie zauważyć, że reszta postaci jest daleka od niedoskonałości. Mi samej lektura książki szła niezwykle szybko, ponieważ bardzo łatwo kupiłam to, czym tak szczodrze w swej książce obdarowywała mnie autorka. Zżyłam się z bohaterami, mało tego! Zapałałam sympatią do Cinder! Widzicie, Kopciuszek w wersji pani Meyer to jedna z takich postaci, z którymi bardzo trudno jest się nie utożsamiać, lub przy których czytelnik naprawdę musi się namęczyć i zmuszać siebie samego, aby im nie kibicować.

Pozostając jeszcze przy bohaterach, czytając książkę, nie miałam kłopotu z podzieleniem jej na czerń i biel. Bardzo łatwo, już po pierwszych rozdziałach, wskazać palcem, które z postaci są „dobre” i należy wchodzić w pakty ze wszelkimi wynaturzeniami, aby tylko ci „źli” przegrali. Nie zaliczam tego jednak do minusów tej powieści. Jak wspomniałam wcześniej, fundamentem tej książki jest baśń, a czy to nie właśnie w bajkach dobro wewnętrzne łączy się z tym zewnętrznym, a gracze drużyny lepszego jutra są na wskroś wyidealizowani i upiększeni?

Chciałabym się tutaj do czegoś przyczepić, przynajmniej do jednej rzeczy, to naprawdę – nawet po głębokim zastanowieniu! – nie potrafię. Nie wiem, może się starzeję, ale „Saga księżycowa. Cinder” ma coś w sobie, a ja nie mam zamiaru kłamać, że jest inaczej. Chociaż po przeczytaniu zapowiedzi kolejnych tomów i biorąc pod uwagę sposób, w jaki autorka ma zamiar kontynuować serię, mam bardzo złe przeczucia i wiele wątpliwości czy pani Marissie uda się dokonać tak karkołomnego zadania… To i tak te wszystkie obiekcje są spowodowane kontynuacją książki, a nie nią samą, więc zgodnie z zasadami Blair (może w końcu spiszę regulamin?) się nie liczą, a ja z tego powodu wcale nie wzdycham z zawodu… No może troszeczkę. Tak o ciupinkę.

Bo co, jak co, ale Wredotę trzeba kontrolować. Niekontrolowana Wredota, która choć w minimalnym stopniu nie może się objawić w każdym przypadku, niszczy zdrowie swojej właścicielce, więc…

OKŁADKA MI SIĘ NIE PODOBA! 
ORYGINALNA JEST ŁADNIEJSZA!

Piszę to całkiem serio. Może jestem optycznie upośledzona (ślepa – nie brzydka!), ale ta ilustracja za grosz do mnie nie przemawia. Chyba, że jedno oko zamknę, a drugie przymrużę. xD



Czy istoty twojego pokroju wiedzą, czym jest miłość? Czy ty w ogóle coś odczuwasz, czy to jedynie kwestia... oprogramowania?”


tłumaczenie: Dorota Konowrocka
tytuł oryginału: Cinder
seria/cykl wydawniczy: Saga księżycowa tom 1
wydawnictwo: Egmont Polska
data wydania: październik 2012
ISBN: 9788323753056
liczba stron: 360
kategoria: fantastyka, fantasy, science fiction





Również może Ci się spodobać

19 nie zagryzła klawiatura

  1. Intrygująca recenzja. Myślę, że jak książka trafi w moje ręce to na pewno przeczytam. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. bardzo chętnie poświęciłabym tej książce swój czas :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ciekawa recenzja, a książka w planach :)

    OdpowiedzUsuń
  4. książkę kiedyś na pewno przeczytam, jest w planach - okładka jest okropna :( widzę kolosalne zmiany na blogu, trudno się połapać :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, już od pewnego czasu. :)
      Mam nadzieję, że można się przyzwyczaić, bo następny raz, kiedy mam zamiar zmieniać wygląd bloga, nie nadejdzie szybciej niż za dwa lata. :-P

      Usuń
  5. Ja także jestem tą pozycją zachwycona, ale w przeciwieństwie do Ciebie ja jestem urzeczona okładką, ma w sobie "coś" :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Serio? Hmm.. Nie, i tak wolę oryginalną. xD

      Usuń
  6. Zgadzam się z Tobą ;) Fajnie się ją czytało i naprawdę trudno jej coś zarzucić ;) Czekam niecierpliwie na kontynuacje ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że wydarzą "Scarlet" jeszcze w pierwszej połowie tego roku. Czekanie jest straszzznie dobijające. xD

      Usuń
  7. I choć wredna nie byłaś, bardzo przyjemnie spędziłam czas przy Twojej recce. Książka oczywiście w planach, Mam jednak nadzieję, że niedługo trafisz na nieświeżą krew,( nie to, żebym Ci źle życzyła), a prawdę pisząc już dawno nie upaskudziłam monitora

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fajnie. :)
      A nieświeżą krew już zapożyczyłam od koleżanki - "Dziewiąty mag. Zdrada" ponoć lektura bardzo niskich lotów, że już niższych się nie da. xD Mi też od czasu do czasu brakuje takich książek. :)

      Usuń
  8. Tylko spróbuj, może i niskie loty, ale mnie się podobało

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli, że nie nieświeża krew? xD Jeszcze zobaczę, na razie książka do mnie leci, a przede mną kilka innych. Wcześniej zapoznam się jeszcze z pierwszą częścią, więc może najpierw będzie recenzja pierwszej. :)

      Usuń
  9. Wolę wredne recenzje. :P
    Coś musi być w tej książce, jak nawet Ty nie możesz się przyczepić. :D
    Mi też okładka oryginalna bardziej się podoba! ^^

    OdpowiedzUsuń
  10. Jak się okazuje można, bazując na klasycznej wersji i ciekawym pomyśle, stworzyć coś futurystycznie unikalnego, od kreacji świata, przez niekonwencjonalnych bohaterów, a kończąc na kapitalnym odświeżeniu wizji słynnego "pantofelka".

    Meyer udowodniła, że posiada nieograniczoną wręcz wyobraźnię i azjatyckie wyczucie, a jej Cinder, w przeciwieństwie do Kopciuszka, potrafi być odważna, nieustraszona i waleczna, a zarazem nieśmiała, wrażliwa i bezgranicznie oddana tym, na których jej najbardziej zależy.

    Zresztą, tak jak zauważyłaś, pozostałe postacie zostały nakreślone w równie wyrazisty i zapadający w pamięć sposób, w tym moja ulubiona Iko czy tajemnicza postać lekarza. Jeśli chodzi o Królową Lunarów to czytałam w jednym z wywiadów z pisarką, że w kolejnych tomach poznamy podobno jej bohaterkę nieco bliżej, w tym nieoczywiste motywy jej "evil" postępowania. Jeśli kiedykolwiek powstałaby ekranizacja, to w wyobraźni już widzę w tej roli Charlize Theron :)

    Kolejnych tomów podobnie się trochę obawiam, ale i trzymam kciuki za powodzenie oraz niecierpliwie wyczekuję jak uda się Meyer taką zwiększoną ilość odmienionych, baśniowych bohaterów pomieścić oraz jaką spełnią w powieści faktyczną rolę.

    Z jedenj strony zapowiada się nieco tłoczno, ale tak sobie myślę, że przecież Cinder w starciu z Levanną, potrzebna będzie spora ilość sprzymierzeńców, z których część może nie być taka skłonna do współpracy ;-)

    P.S Tak to z tym Mikołajem bywa, czasem lubi zaskoczyć^^
    "Ucztę Dusz" mam w najbliższych planach, które całkiem niedawno zostały nieoczekiwanie pokrzyżowane przez niejaką Kate ;D Ale spokojnie, na pewno nadrobię.

    OdpowiedzUsuń
  11. A okładka akurat pasuje mi idealnie (choć dobrze, że nie widzimy jednak twarzy, której daleko do azjatyckich rysów ;-), choć ta oryginalna przyznam również niczego sobie :)

    OdpowiedzUsuń

Prenumarata :)

zBlogowani

zBLOGowani.pl