Pewnego razu…

13:57

... Ktoś zesłał na Blair szajs



Pierwszy sezon „Once Upon A Time” lub - jak kto woli – „Dawno, dawno temu” obejrzałam w całości. Dopiero przy ostatnich odcinkach zaczęłam się martwić o swoje zdrowie psychiczne, bo serial zaczął mi się nawet podobać! Dlaczego? A może macie tak czasami, że gdy wracacie po ciężkim dniu do domu, jedyne o czym myślicie, to sen? Ja jestem tak wyjątkową personą, że zanim pozwolę memu umysłowi dryfować w odmętach snu, najpierw muszę sobie zaserwować porządny odmóżdżacz. Coś, czego normalnie kijem od szczotki bym nie tknęła. Kto by pomyślał, że w momencie, gdy będę czuła się jak maszyna, która ma już załączony tryb autodestrukcji, w chwili, kiedy czekolada przestanie się sprawdzać jako antydepresant, kto by pomyślał moi drodzy, ŻE W TAKIEJ CHWILI (!), produkt odmóżdżający odnajdzie mnie pierwszy, jeszcze zanim zdążę powiedzieć „Bum!”. 

Akcja „Zesłać Blair jakiś szajs”  przebiegła zgodnie z zamierzeniami, a obfitowała w takie wydarzenia, że zapewne Tarantino nie powstydziłby się nakręcić na jej podstawie kolejnego filmu. Najpierw krwawa rzeźnia, bo wynikły problemy z odtworzeniem kolejnego odcinka „Supernatural”. Później szybka akcja „zabrać laptopa Młodemu”, a na sam koniec punkt kulminacyjny w postaci wyszukiwania czegokolwiek, co by działało, odmóżdżało, uspokajało i w miarę interesowało. Więc co miałam zrobić?  Wykrzyknęłam "Challenge Accepted!" i rozpoczęłam swą przygodę z „Once Upon A Time”. 

Fabuła pierwszego sezonu kręciła się wokół faktu, że Zła Królowa sprowadziła postaci z bajek do nie magicznego świata, a konkretyzując, do miasteczka Storybrooke. Niestety na Kopciuszka, siedmiu krasnoludków i resztę kompanii rzuciła także klątwę, przez którą żadne z nich nie pamiętało, kim naprawdę byli. Jedyna nadzieja tkwiła w Emmie – córce Śnieżki i Księcia – którą uratował cały bajkowy świat, poprzez włożenia owej, wtedy jeszcze nowonarodzonej, dziewczynki do pnia specjalnie na ten cel wykonanego drzewa. Z plastiku to ono nie było… Chyba.

Ale jak to?! Pewnie zapytacie. Jak Emma mogła uratować postaci z bajek, skoro sama była dzieckiem, gdy zUe rzeczy się dokonywały? Jak mogła to zapamiętać? A więc… 

Nie zapamiętała! Przez całe 28 lat żyła ze świadomością, że jest zwykłym, pospolitym człowieczkiem, którego życiową misją jest tylko i wyłącznie, prowadzenie szarej egzystencji na tym ziemskim, nie magicznym świecie… Na szczęście w grę wkracza on! Dziesięcioletni chłopiec z naiwnością wymalowaną w oczach, podający się za oddanego do adopcji syna Emmy, którego wychowania podjęła się Zła Królowa vel Regina (nie patrzcie na mnie, to nie ja dałam najczarniejszemu, charakterowi w serialu imię po papierze toaletowym!). Henry (wcześniej wspomniany chłopiec, nadążacie?) w ręku dzierży książkę (kanon z obrazkami), dzięki której jego życie odzyskało sens! Teraz to od niego zależy czy Emma przywdzieje pelerynę i zdejmie okulary…

 Pierwszy odcinek był obiecujący – to trzeba przyznać. Szkoda tylko, że streszczanie wszystkich ważkich wydarzeń wydawało mi się masakrycznie nużące. Wreszcie, po pokonaniu tych niewydarzonych wstępów, które trwały dłużej niż trwać powinny… Akcja wkroczyła do akcji moi Drodzy! Jednak nie miała lekko! Biedaczka w każdym meczu była odsyłana na ławkę. Wszystko przez niezbyt lotnego trenera, który nie potrafił docenić duetu Akcja & Magia i na siłę zmieniał go duetem Nuda & Rzeczywistość. Ale cóż można poradzić? Blairowy kibic nie potrafił ocenić czy w ogóle cokolwiek miało sens, więc do finałów siedział cicho, myśląc tylko: „Może da bór liściasty, może jeszcze coś będzie z tej drużyny?”

Ha! Kto mówił, że nadzieja matką głupich? Otóż, wychodzi na to, że nie wszystko było takie do końca be! Gdzieś po 2/3 sezonu aktorzy wreszcie zaczęli łapać, iż postacie przez nich odgrywane niekoniecznie muszą być pustymi kukłami, których głównym zajęciem jest mówienie i chodzenie, wyłączając z tego myślenie. Fakt faktem, że gdyby ktoś mi powiedział, że jestem postacią z bajki, mającą za zadanie uratować matkę i ojca, którzy w dniu dzisiejszym wyglądają na młodszych ode mnie, pierwszym co bym zrobiła, byłoby wykonanie telefonu do najbliższego szpitala psychiatrycznego. Jednak naprawdę po X odcinkach wypieranie się Emmy robiło się nudne. Właściwie ową większość sezonu można podsumować poniższym dialogiem:

 - Ale ty jesteś córką Śnieżki! Jesteś bohaterką! Pochodzisz z książki! - Ależ oczywiście Henry, kocham Cię, więc Ci wierzę.
 - Uratujemy razem postacie z krainy magii?
 - Nie, bo kraina magii nie istnieje.
 - Ale mówiłaś, że mi wierzysz!
 - Oczywiście, że Ci wierzę Henry… 


Byłam pod wrażeniem, kiedy akcja serialu koncentrowała się na wydarzeniach z przeszłości, które miały miejsce w krainie magii. Reinterpretacja bajkowych historii w „Once Upon A Time” była naprawdę interesująca! Jestem pewna, że serial by wiele zyskał, gdyby jego fabuła koncentrowała się tylko w magicznej krainie. Widzicie, chociaż sam pomysł przeniesienia Czerwonego Kapturka, Kopciuszka czy Łowcy „do reala” i obdarzenie ich Alzheimerem był całkiem niezły, to wykonanie wręcz fatalne. Nie mogę pojąć, jak dziesięcioletni chłopiec po przeczytaniu książki, naprawdę zaczyna widzieć wzorzec wokół siebie i doznaje olśnienia, że bajkowe postaci wyszły z kart powieści. Historię z dzieciakiem można jeszcze naciągnąć na Dzieci mają przecież bujną wyobraźnię i nie są tak ograniczone, jak dorośli. Tylko niech ktoś łaskawie wyjdzie na ulicę i paluchem wskaże latorośl, która czyta książki zamiast grać na komputerze. A później jeszcze niech mi ta  sama osoba pod nos podstawi dziecko, potrafiące uwierzyć, że to co było napisane w powieści, to prawda...

Bardzo interesującym miejscem było też samo Storybrooke. Małe miasteczko, z którego nikt nie wyjeżdża, do którego nikt nie przyjeżdża, mieścina, przez którą nikt nie przejeżdża, żeby dojechać do celu… Powiało grozą? A to dopiero początek! Storybrooke było bowiem ogromną zamrażarką, napędzaną przez bliżej nieokreślone czary wykonane przez speca, mogącego zawstydzić samego Pottera! Czas stanął tam w miejscu, ale tylko do momentu… Dopóki granic miasteczka nie przekroczyła nasza jedwabista główna bohaterka! Jak to się stało, że przez 28 lat ludzie funkcjonowali w małym mieście, nie zastanawiając się, skąd się bierze jedzenie (chyba, że z ogródka sąsiada, no to okej..), dlaczego nigdy nie wyjeżdżają na wakacje i z jakiego powodu nie mogą doczekać się emerytury (a już myślałam, że gorzej niż u nas, to nikt nie będzie miał!). Trzeba przecież przyjąć, że ludzie jakoś sobie żyli w tym miasteczku, skoro wychował się tam dziesięcioletni, całkiem zdrowy na umyśle chłopiec, prawda? I jak się tam czuł Henry, jeśli tylko on dorastał, a reszta dzieci miała kompleks Piotrusia Pana? 

Tak więc, jeśli jesteś emocjonalnie rozchwianą nastolatką, która w dodatku już od dawna zarzuciła odwyk i spotkania Anonimowych Czekoladoholików, a świat sprawia, że nic nie ma sensu... Ten serial jest właśnie dla Ciebie! 




twórcy:  Adam Horowitz, Edward Kitsis
gatunek: Dramat, Fantasy

muzyka:  Mark Isham
zdjęcia:   Steven Fierberg , Stephen Jackson



Również może Ci się spodobać

7 nie zagryzła klawiatura

  1. Pierwszy sezon "once..." bardzo mi się podobał, był taki ciepły i otulony w magię. Podobały mi się alternatywne wersje znanych bajek. Niestety 2 sezonu nie jestem w stanie oglądać. Poziom drastycznie spadł i całość zaczęła mnie potwornie nudzić...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mi najbardziej podobała się się historia Czerwonego Kapturka. W dzieciństwie nie za bardzo darzyłam sympatią tę bajkę, a tutaj... Kto by pomyślał? :)

      Skoro już pierwszy sezon mi się nie spodobał to wątpię czy zacznę drugi.

      Usuń
  2. Niestety odmóżdżacz też musi być na odpowiednim poziomie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W momim przypadku na odpowiednim braku poziomu. xD
      Głupotę też trzeba dawkować.

      Usuń
  3. Jeśli to jest to, co myślę, że jest, to przetrwałam ledwo kilka minut oglądania owego...

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak możesz?! A mi się strasznie podoba ten seria. Tak główna bohaterka, należy do typu osób, które wszystkie emocje wyrażają jedną miną i gra sztywno, jak kij od szczotki, ale sam serial jest dla mnie magiczny. Bywały nudniejsze momenty, ale nie jest źle. :D
    Szkoda, że Ci się nie podoba. :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sam serial był bardzo magiczny w magicznych momentach, kiedy akcja nie działa się w naszej rzeczywistości. Nie mogę przetrawić tego, że ta jedna połowa mi się podobała, a ta druga...

      Szkoda, szkoda, ale najwidoczniej istnieje jakiś limit na ilość seriali, które, oglądając jednocześnie, w takim samym stopniu mi się podobają. xD

      Usuń

Prenumarata :)

zBlogowani

zBLOGowani.pl