Love story kontra Żelazne zasady

17:39


Przed przeczytaniem książki, dwa razy zapoznawałam się z  jej opisem, a nawet za drugim nie byłam pewna czy do końca rozumiem, o czym dokładnie mowa. Okładka też nie obiecywała za wiele. Steampunk? No jasne! Chętnie! Jednak, nawet nie otwierając książki już wiedziałam, że dużo go w powieści nie będzie, albo raczej - przez co zostanie przytłumiony. Ale co tam! Znajoma powiedziała Blair, że "Żelazny Książę" nie powala (chyba, że sugestywnymi opisami tegoż osobnika), no to Blair stwierdziła, że sama obliczy moc tego nie powalania. 

Początek wiele obiecywał. Właściwie pierwsza 1/3 część tej książki była naprawdę niezła i coś mogłoby z tej historii być. Niestety owo "coś" zostało wywalone z pomieszczenia zwanego Fabułą, gdy tylko próg tego pokoju przekroczył Romans. I po ptokach. Większa część  powieści kręciła się wokół braku miłości, tworzącym się związku i przeciwnościach losu, a wszystko to zostało obleczone dużymi dawkami erotyzmu i melodramatyzmu.
Właściwie to szkoda. 

Autorka bardzo ciekawie wykreowała bohaterów, stworzyła świat, który nie był aż tak trudny do ogarnięcia, jak sądziłam po przeczytaniu opisu. Dzięki wartkiej i emocjonującej akcji nie zauważałam mijającego czasu i zanim się obejrzałam - książka była przeczytana. Tak naprawdę nawet gdyby wszystko tutaj było fe, ble i ogólnie spalić, to przeczytałabym "Żelaznego Księcia" dla Miny - głównej bohaterki, którą polubiłam już na wstępie. 

Niestety mam też wiele do zarzucenia tej powieści.

„Żelazny Książę” to tak naprawdę nieudolne połączenie paranormalnych romansów, które wychodzą spod klawiatury J.R. Ward oraz barwnie przedstawionego świata  i interesujących postaci, wyrwanych prosto z rąk Gail Carriger. Zauważalny jest tutaj naparsteczek posapokaliptycznego klimatu, któremu bliżej do „Lasu Zębów i Rąk” aniżeli „Resident Evil”. Połączenie nanotechnologii, żelaza i pary zagwarantowało mi nie tylko ciekawą akcję, ale także odmienny obraz wiktoriańskiej Anglii, która została przedstawiona w momencie pozornego pokoju, w czasach wyzwolonych bardziej, niż czytelnik mógłby sądzić. Dzięki zastosowaniu przez autorkę kilku zabiegów, nietrudno byłoby mi zapomnieć, iż akcja ma miejsce w XIXw. Wszystko przez pozbawione pruderii damy, uwspółcześniony język i brak pewnych zahamowań i zachowań, charakterystycznych dla tamtych czasów. 

Właściwie ze strony na stronę elementy steampunku były coraz to bardziej śladowe, sytuację ratowały tylko napomnienia o maszynach i nanotechnologii.  W opisie niejasno i zawile przedstawiona fabuła, z każdym rozdziałem robiła się coraz to bardziej skomplikowana. W „Żelaznym Księciu” autorka dosłownie i w przenośni rzuca czytelnika na głębokie wody, nie trudząc się nawet tak nieważkim w tej sytuacji zadaniem, jak zademonstrowanie teorii pływania. Każdy nowy trop można porównać do nowego okruszka, który pozostawili za sobą Jaś i Małgosia. Już nie wspominając o początkowym zbombardowaniu czytelnika masą „ważnych” i „potrzebnych” informacji na temat świata przedstawionego. W ten sposób już po rozdziale nie tylko główna bohaterka ma pierwszego podejrzanego, ale także czytelnik zna pełną biografię co ważniejszych postaci i zna historię fikcyjnej, wiktoriańskiej Anglii, którą serwuje autorka, lepiej, niż datę powstania listopadowego. 

I co z tego, że główny trzon fabuły został dopracowany, skoro wątkiem wiodącym pozostaje tylko do czasu, aż nasza kochana główna bohaterka napatoczy się na tru loffa? Warto wspomnieć, że robi to już na siódmej stronie…
 W momencie, w którym pogodziłam się z faktem, że nie ma wybacz/przebacz, Palec Ałtorski potrafi zmieść z powierzchni ziemi każdego, kto zagraża miłości głównej pary (oprócz najważniejszych oprawców tego związku – ich samych), a melodramatyczne wydarzenia, żywcem wycięte z Mody na sukces, są o wiele istotniejsze od samej intrygi, dałam sobie spokój ze skupieniem, które praktykowałam, żeby choć przez chwilę w wątku kryminalnym się nie pogubić. 

Oczywiście o wiele mroczniejsze kary czekały tych, którzy spróbowaliby skrytykować sceny opisujące namiętny związek głównych bohaterów. Nigdy nie wolno źle się wyrażać o „odważnych scenach erotycznych”, którym bliżej do kiepskich opisów porno, będących oczywistym fundamentem, a zarazem cementem na wieczność tworzącym, pomiędzy pewnymi osobnikami, nierozerwalną więź.

Najbardziej zainteresowały mnie jednak te momenty, w których bohaterowie parokrotnie dostawali nagłego, niczym nieprzewidzianego olśnienia. O! Albo te chwile kiedy czytali sobie  w myślach, odpowiadając na rzeczy, które rodziły się w głowie drugiego  - bezcenne. Jednak się nie czepiajmy! Wszystko przez to, że ścieżki przeznaczenia i losu jeszcze nie są nam do końca znane. Jestem c-a-ł-k-o-w-i-c-i-e pewna, że kiedy trafimy na przepowiedzianą nam osobę, też będziemy jej czytać w myślach. Niczym Edward Belli… a nie! Oni mięli jakąś barierę zajeżdżającą marysuitowością.

Z tego co zdążyłam się zorientować, kolejne tomy serii "Opowieści Żelaznych Mórz" to nie tylko nowe przygody, ale też nowi bohaterowie, więc... Nie sądzę, żebym miała sięgnąć po następne części. Jeśli zostaną wydane, oczywiście.

tytuł oryginału: The Iron Duke
wydawnictwo: Dwójka bez Sternika
data wydania: lipiec 2012
ISBN: 978-83-62432-12-7
kategoria: fantastyka, stampunk, paranormal romance,
język: polski



Również może Ci się spodobać

10 nie zagryzła klawiatura

  1. Mam w planach, jednak nie najbliższych. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nigdy nie byłam specjalnie zainteresowana tą książką... czytałam nie wiele recenzji... No i teraz pomimo tego, że mam zamiar zacząć zaznajamiać się z gatunkiem dla mnie jeszcze tajemniczym, jakim jest steampunk, to chyba sobie podaruję ten tytuł;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak steampunk, to sięgnij po "W dziwnej sprawie skaczącego Jacka".
      :)

      Usuń
  3. Może kiedyś przeczytam... jednak na razie się na nią nie skuszę,,,

    OdpowiedzUsuń
  4. Hahahahahahahahahahahaha. Mogłabym tak bez końca! Recenzja świetna, a książkę posiadam, więc sama obczaję, wszystkie szczegóły. ;D Od 7 strony romans... Będzie ciekawie. ;D
    I taki szczególik... Edward nie miał, co Belli czytać w myślach, ponieważ... ona ich nie miała! Czy nikt do tego nie doszedł? :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O rany! Sherlocku, Watson kłania się przed Twoim niewątpliwie bystrym umysłem! xP

      Usuń
  5. A mi książka nawet się podobała :P Chociaż rzeczywiście w wielu momentach, aż na kilometr widać było, że jest nie do końca dopracowana. Były także chwilę, w których odniosłam wrażenie tak jakby autorce zbrakło pomysłów na dalsze prowadzenie fabuły :D Jednak ogólna moja ocena jest naprawdę dobra :P

    OdpowiedzUsuń
  6. Wiele dobrego o niej słyszałam, więc mam nadzieję, że kiedys będzie mi dane ją przeczytać.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ano właśnie, początkowo ma się jeszcze nadzieję, że w nagrodę za nasze usilne zrozumienie zagmatwanych opisów i kiełkujących intryg, czeka już tylko upragniony steampunkowy paradajs ;-) Niestety nic z tych rzeczy, pisarka szybko wszelkie mrzonki nam z głowy skutecznie wybija i serwuje, miejscami toporne, oczywiste i do bólu przewidywalne PR.

    Zwłaszcza, że wzbudzającą z miejsca sympatię, postać Miny wykreować jej się calkiem nieźle udało. Pozostałe postacie od momentu przeczytania, a sporo czasu już jednak upłynęło, jakoś mi z głowy błyskawicznie wyparowały ;P

    OdpowiedzUsuń

Prenumarata :)

zBlogowani

zBLOGowani.pl