Bosonogi Gen

15:59

Nie jestem wielką znawczynią mangi czy komiksów, zaczęłam po nie sięgać dość niedawno, gdy odkryłam, że moja przyjaciółka posiada bardzo interesujący zbiór tychże, którym może mnie uraczyć. Podobnie jak wcześniejsze mangi trafiające do moich łapek, tak i Hiroszima 1945 została mi polecona i pożyczona. Nie czekała długo na swoją kolej, a gdy już zaczęłam czytać, wsiąknęłam w świat wojny, cierpienia i żalu, który nie wypuścił mnie dopóki nie dotrwałam do samego końca historii.

Rzecz dzieje się w Japonii, podczas drugiej wojny światowej. Opowiadana o zwykłej, wielodzietnej rodzinie,  która – wyznając idee głoszone przez ojca – nie pochwala wojny, bitw czy wysyłania żołnierzy na pewną śmierć, w efekcie czego każdy jej członek jest uważany za zdrajcę narodu. Autor zamiast działań wojennych i wstrząsających relacji, serwuje czytelnikowi codzienność zwykłego Japończyka, człowieka któremu brakuje ryżu, batatów. Człowieka starającego się utrzymać rodzinę, zaopiekować nią, a jednocześnie wyznawać własne racje, tak bardzo sprzeczne z ideami państwa i narodu. 

Powiem szczerze, że spodziewałam się niemałej idealizacji samej Japonii, jak i jej mieszkańców, skoro sięgnęłam po historię przedstawioną z punktu widzenia Japończyka. Nic bardziej mylnego. Chociaż, co prawda, dostałam bardzo osobistą relację tamtych wydarzeń, nacechowaną wieloma silnymi emocjami, to jednocześnie wszystkie te sytuacje, przeżycia głównego bohatera nie były ubrane w gloryfikacyjny, lśniący uznaniem płaszcz, a raczej stare i zniszczone ubrania surowej prawdy i budzącej rozpacz wiedzy.

Na początku zraziła mnie troszkę kreska autora, którą uznałam za zbyt prostą, toporną i niewprawną. Dopiero później przekonałam się, że być może właśnie taki był zamysł pisarza, że być może chciał on skierować uwagę czytelników na sam przekaz płynący z treści oraz na rozwój przedstawianych wydarzeń. Jakiś czas temu odkryłam też, iż taka kreska jest rozpoznawalna przede wszystkim w tych wcześniejszych, o wiele starszych wydaniach mang – pierwszych z pierwszych – gdy ta sztuka dopiero raczkowała, rozwijała się w jeden z najbardziej rozpoznawalny, firmowy wręcz, znak kultury Japońskiej.

Cytując notkę znajdującą się na okładce mangi:

Pewne historie po prostu muszą być opowiedziane, bo wydarzyły się naprawdę.

Sama zaś jeszcze dopowiem, że pewne historie muszą być po prostu poznane, abyśmy nigdy nie zapomnieli o grozie, strachu i cierpieniu tych milionów ludzi. Aby nam samym nigdy nie przyszło jej zaznać.

tłumaczenie: Katsuyoshi Watanabe, Monika Gaczyńska
tytuł oryginału: Hadashi no gen
wydawnictwo: Waneko
data wydania: 2004 (data przybliżona)
ISBN: 83-89894-25-8
liczba stron: 288
kategoria: historyczna
język: polski
typ: papier

Również może Ci się spodobać

6 nie zagryzła klawiatura

  1. Chętnie zapoznałabym się z tą mangą :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, bo manga naprawdę jest warta poznania! :)

      Usuń
  2. Oceniłaś! I nawet miałam swoje parę sekund w jednym ze zdań. :D
    Recenzuj mangi częściej, liczę, że w końcu sama dopadniesz jakiś tytuł, z którym nie miałam kontaktu...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach, właśnie coś mnie tknęło, żeby taki tenst napisać. Tylko czekałam, aż zauważysz. :)

      Poczekamy, zobaczymy - na razie cały czas możesz pełnić rolę mego mangowego guru. ^^

      Usuń
  3. jeszcze nie próbowałam mangi bo irytowały mnie te wszystkie dziewczyny z tą obsesją na jej punkcie... ale w sumie można by spróbowac :D

    OdpowiedzUsuń

Prenumarata :)

zBlogowani

zBLOGowani.pl