Samotna Góra wzywa, czyli znów wracamy do Śródziemia

19:10

Źródło

Po ostatnim poście pełnym zachwytów nad nowym odcinkiem Sherlocka, Blair spokojnie, z czystym sumieniem zasiadła przy swym laptopie, zabierając się za recenzje Hobbita. Co prawda, mogła ten tekst napisać już dawno (na seansie była tydzień temu), lecz jak w ubiegły piątek weszła do kina, tak jeszcze mentalnie z niego nie wyszła.  Gorzej! Wasza ukochana blogerka na krótki czas zapadła na chorobę zwaną "Śródziemie", charakteryzującą się ogromną potrzebą zamieszkania pośród elfów i zaprzyjaźnienia się z kilkoma hobbitami. Peter Jackson bezlitośnie wyrwał Blair wszelkie chęci i pomysły na robienie czegokolwiek innego, niż bezmyślnego wgapiania się w ekran i zapominania o świecie na rzecz nieustannych powrotów do Śródziemia.  

Zły Peter Jackson. 

Tym bardziej, że Pustkowie Smauga, wcale nie przypadło Blair aż tak bardzo do gustu, jak Niezwykła podróż. Być może dlatego, że kontynuacja przygód sympatycznego hobbita została potraktowana z jeszcze większą fantazją niż ta pierwsza? Szczerze powiedziawszy Blair już idąc na seans Hobbita, wiedziała, że idzie na Hobbita - wytwór wyobraźni Petera Jacksona, a nie na Hobbita - wytwór wyobraźni Tolkiena, zekranizowany przez Jacksona. Już pomijając kwestię tego, jak przyjąłby to sam Tolkien, wasza ulubiona blogerka naprawdę nie jest do końca pewna czy wersja Petera Jacksona jest gorsza. Po pierwsze, trzy filmy zamiast jednego to o wiele więcej czasu spędzonego w Śródziemiu, co samo w sobie jest największym plusem. Po drugie trzy filmy, a nie jeden to możliwość zaciągnięcia przed ekrany fanów Władcy Pierścieni; przypomnienie sobie słodkich czasów Władcy Pierścieni oraz możliwość podziwiania ulubionych aktorów na wielkim ekranie, którzy od tamtego czasu lekko się postarzeli i nie wyglądają już tak dobrze - a to ogromnie pozytywny kopniak dla każdego wrażliwego ego! 


Źródło
Martin Freeman potrafił pokazać do kogo przede wszystkim należał ten film. :) Team Bilbo!

Dlaczego więc Blair sądzi, że Pustkowie Smauga to już nie to samo, co Niezwykła podróż? Otóż widzicie, wasza szanowna blogerka jest głęboko przekonana, że nadmiar jest tam samo szkodliwy co niedomiar. Druzgocąca prawda zaś prezentuje się w ten sposób, że w najnowszej części przygód Bilbo Bagginsa pojawiło się zdecydowanie zbyt wiele pobocznych wątków (których nie było w książce), co bardzo źle oddziaływało na najistotniejszą w tym wszystkim sprawę, czyli wielką podróż jednego hobbita wcześniej kopniętego zaszczytem podróżowania z kilkunastoma krasnoludami i jednym w swoim rodzaju Gandalfem.    

W takim wypadku nasuwa się pytanie - czy Bilbo (Martin Freeman) pozwolił, aby odsunięto go na drugi plan? Otóż nie! I to jest zaś najlepszy argument, który potrafi obronić Pustkowie Smauga.  W filmie o przygodach hobbita było za mało tego uroczego hobbita, lecz każda scena z nim związana była małym dziełem sztuki. Ogromną rolę w tym zwycięstwie niedającego się zdegradować głównego bohatera oczywiście odgrywa Martin Freeman, który wspaniale pokazał zmiany zachodzące w protagoniście. Do jednych z najlepszych sytuacji pokazujących widzowi dobrego, starego Bilbo z Niezwykłej podróży, Blair zaliczyłaby rozmowę hobbita z egocentrycznym i zadufanym w sobie Smaugu (smok z resztą to temat na osobny akapit, który znajduje się gdzieś poniżej). W momencie, gdy inny bohater wybrałby walkę czy ucieczkę, Bilbo zaczyna rozmawiać ze smokiem, jednocześnie cały czas kontynuując swoje nieporadne poszukiwania cennego klejnotu.  Momentem, gdy widz widzi zachodzące w głównym bohaterze zmiany, jest sytuacja, gdy po walce z pająkami - gigantami hobbit rozpaczliwie poszukuje pierścienia. To jest ta chwila, gdy po skórze widzów przechodzą ciarki, ponieważ uświadamiają sobie oni, że Bilbo za bardzo przypomina wtedy Golluma. 


Źródło
Albo to jakieś nowo odkryte skrzywienie Blair, albo naprawdę w "Hobbicie" krasnoludy prezentują się o wiele lepiej, niż te z "Władcy Pierścieni". No i kogo w taki wypadku interesuje rozmiar? 

Nie tylko Martin Freeman był aktorem, który w Pustkowiu Smauga miał przed sobą zadanie pokazania zmian zachodzących w swoim bohaterze. Na wielkim ekranie bowiem można  było też podziwiać nieporadne próby Richarda Armitage, grającego Thorina Dębową Tarczę. I tutaj Wasza ulubiona blogerka znalazła pewien zgrzyt. Otóż wcześniej wspomniany krasnolud to postać, którą z początku widz mógł z miejsca polubić. Świetny dowódca, biorący odpowiedzialność za swoich poddanych; prawy; chętnie słuchający rad starszych i bardziej doświadczonych. Im bliżej Thorin był Samotnej Góry, tym bardziej jego zachowanie się zmieniało. Stawał się bardziej władczy, nie znoszący sprzeciwu. Krasnolud był gotowy opuścić współtowarzyszy w chwili słabości, tylko i wyłącznie dlatego, że opóźniali oni jego Wielką Wyprawę. W czym jednak Blair zauważyła zgrzyt, skoro tak pięknie potrafiła to wszystko opisać? Otóż dla niej na ekranie wszystko to wyglądało w ten sposób, jakby pan Armitage chciał to całym sobą przekazać, lecz nie potrafił. Wyszło więc troszeczkę kulawo, przez co nie każdy widz byłby w stanie spostrzec zmiany zachodzące w krasnoludzie, co jest już wielkim minusem. Osoby, które czytały Hobbita będą bardzo dobrze wiedzieć dlaczego, a reszta dowie się na seansie Tam i z powrotem. :)


Źródło
Blair sądzi, że Smaug jest tak samo jedwabiaszczy, jak sam Benedict, a to już o czymś świadczy. :)


Kolejną postacią, której jak najbardziej należy się osobny akapit w Blairowskim tekście, jest oczywiście Smaug. Musicie bowiem wiedzieć, że po seansie - po tym świetnym, niesamowitym widowisku jakie zapewnił wszystkim widzom Pustowia... Smaug - jedyną myślą nieustannie zajmującą umysł Waszej blogerki było: Muszę mieć smoka! Teraz, zaraz! Choć po chwili Blair mogłaby się zgodzić na samego Benedicta Cumberbatcha. Dlaczego? Otóż smok na wielkim ekranie robił piorunujące wrażenie. Nie licząc efektów wizualnych, które naprawdę trudno podsumować jakimikolwiek innymi słowami zamiast, jednego, wiele mówiącego : WOW!,  pozostaje jeszcze kwestia niewyobrażalnie dobrze przestawionego charakteru samego Smauga. Smok dostał więcej niż pięć minut na swoje sam na sam z kamerą i świetnie ten czas wykorzystał. Stał się bohaterem godnym legend, które o nim krążyły i strachu, jaki siał w umysłach innych stworzeń. 


Źródło
Blogerka co prawda nie wie, co sądzić o rudowłosej elfce, ale to nie zmienia faktu, że Evangeline Lily zagrała ją wspaniale. :)

Skoro jesteśmy już przy Benedictcie Cumberbatchu, od razu pozwolę sobie wspomnieć o Nekromancie, czyli postaci, która w ogóle w Hobbicie nie powinna zostać wspomniana, a miała swój czas przy adaptacji i z lekkim żalem Blair musi przyznać, że świetnie go wykorzystała. Wasza blogerka chyba nawet przy Władcy Pierścieni nie miała takich ciarek, wpatrując się w oko Saurona, jak miało to właśnie miejsce na Hobbicie. Podobna rzecz miała miejsce, gdy w pewnym momencie obok krasnoludów w Mrocznym lesie pojawiły się elfy, a wraz z nimi rudowłosa elfka z łukiem. Blair do teraz ma mieszane uczucia czy wątek rudowłosej elfki z łukiem był aż tak bardzo potrzebny, choć sama lubi i waleczne elfki, i łuki.  Tym bardziej, że z tą rudowłosą pięknością o imieniu Tauriel reżyser wprowadził delikatny wątek miłosny między trojgiem bohaterów, co już w Hobbicie pasuje Blair tak, jak pięść do nosa.  


Źródło

Blair jest tak jakby zła/ obrażona na Thranduila, że odebrał Legolasowi miano najfajniejszego elfa z uniwersum Tolkiena. A pojawił się na ekranie z trzy razy max.! Chociaż to też pewnie wina samego Legolasa, bo w "Pustkowiu Smauga" wyglądał bardzo sztucznie. Jak Barbie, ale jednak jeszcze nie Ken...


Na chwilę pozostając w Mrocznej Puszczy, blogerka musi wam przyznać, że nie potrafi ujrzeć w elfim władcy -Thranduilu - tak wiele dobrego, jak po seansie na jego temat się naczytała. Choć fakt, faktem, że ukazując w takim, a nie innym świetle jednego elfa, Peter Jackson pokazał, że nie zawsze przy tej rasie możemy się spodziewać odważnych, szlachetnych, a nawet zabawnych Legolasów; nie zawsze wyodrębnimy spośród nich tajemnicze, uśmiechające się niczym Mona Lisa Garadiele. Czasem dostaniemy właśnie takiego zapatrzonego w siebie i swój lud Tharaduila, elfa władającego żelazną ręką. Wersję bardziej mroczną, straszną i niebezpieczną. 


Źródło
Oooo! To jeszcze nie wiesz co przed Wami, słonko. :D

Podsumowując, Hobbit w wersji Petera Jacksona nie jest wcale gorszy od wersji Tolkiena, ale powiedzmy to sobie szczerze – nie jest też lepszy. Zdjęcia, jak zwykle są piękne i zachwycają faktem,  że naprawdę można odnaleźć Śródziemie  w Nowej Zelandii. Pustkowie Smauga w tym momencie ani troszkę nie odstaje od całej trylogii Władcy Pierścieni* czy Niezwykłej podróży.  Widać w drugiej odsłonie przygód sympatycznego hobbita podpis Petera Jacksona. To jest film, w którym od początku do końca widać jego udział. To jego film. To jego Hobbit. Widzowie, jak najbardziej mogą cieszyć się pięknymi krajobrazami, wspaniałą akcją i śmiać się z zabawnych działań Bilba. Mogą cieszyć się powrotem do Śródziemia. 

Wtedy fakt, że Pustowie Smauga to tak naprawdę film bez początku i bez końca; film tak właściwie i wszystkim, i o niczym, nie jest ważny i nie ma racji bytu.  Po prostu niepotrzebnie psuć zabawę, która przynosi nam tak wiele radości. 


gatunek:        Fantasy; Przygodowy
produkcja: Nowa Zelandia, USA
premiera: 27 grudnia 2013 (Polska) 2 grudnia 2013 (świat)
reżyseria: Peter Jackson
scenariusz: Guillermo del Toro, Peter Jackson, Fran Walsh, Philippa Boyens



_____________________________
* Blogerka jest świadoma faktu, że Władca Pierścieni Tolkiena to nie trylogia. Jeśli nie jest to oczywiste z akapitu, śpieszy wyjaśnić, że miała na myśli trylogię filmową. Prosi więc hejterów, żeby się wstrzymali. :)

PS. Blair też przeprasza, że publikuje post z poślizgiem. Po prostu trudno jej było kończyć wpis, jednocześnie pakując się w pośpiechu, gdy odkryła, że jednak ma wracać do domu o dzień wcześniej, a autobus będzie odjeżdżał za godzinę....


Również może Ci się spodobać

5 nie zagryzła klawiatura

  1. Ogółem to się nawet z Tobą zgadzam. Ale, przepraszam bardzo, "nieporadne próby Richarda Armitage"? Kulawo? Na Rysia nie można powiedzieć złego słowa, bo ja go kocham (Benedicta też kocham, Benedict jest mój). I dla mnie był świetny. I dla samego jego głosu dałabym się pokroić. A on tym głosem robił cuda, chwała mu za to, bo biedny nie mógł się za bardzo pochwalić mimiką - miał na twarzy kilka warstw, z tego co wiem. (A jak Blair nie wierzy, że Ryś jest świetnym aktorem, to niech obejrzy N&S).
    Legolas też mi trochę nie pasował, jednak Orlando za bardzo się postarzał. A elfka była fajna, ruda i waleczna. I miała tak niesamowity motyw muzyczny, że nikt mi już nie wmówi, że była niepotrzebna.

    OdpowiedzUsuń
  2. Natalia Patorska5 stycznia 2014 21:19

    Prócz tego fragmentu o Armitage'u (zapatrzona w niego, niezdolna jestem do racjonalnej oceny jego gry aktorskiej), podpisałabym się pod tą recenzją chętniej niż Bilbo Baggins umowę z krasnoludami. :D
    To robimy tak: ty bierzesz Benedicta, ja Martina Freemana (bo on jest przecież zrobiony z małych kotków, każdy to wie) i Armitage'a, i wszyscy będą zadowoleni. :D

    OdpowiedzUsuń
  3. No ba! :>
    Kto by się nie zgodził na tak wspaniałe warunki?

    OdpowiedzUsuń
  4. Kobieto wykończysz mnie! Jak ja mam wytrzymać? Skoro nawet nie wiem kiedy nadarzy się okazja, aby obejrzeć filmy :( Ehh... :P

    OdpowiedzUsuń
  5. Wierzę, że jakoś dasz sobie radę. :-P
    Albo szybciej znajdziesz czas, żeby je obejrzeć. ^^

    OdpowiedzUsuń

Prenumarata :)

zBlogowani

zBLOGowani.pl