Wyjątkowość szkodzi zdrowiu... na śmierć

12:27


Już dawno nie miałam do czynienia z powieścią, która w jakiś sensowny sposób wykorzystywałaby wątek mitologiczny. Jeśli pomyśleć o książkach poruszających tematykę bogów - greckich, rzymskich, nordyckich, jakichkolwiek - przeczytanych przeze mnie w ubiegłym roku i godnych wspomnienia, jestem w stanie wymienić tylko z trzy, góra cztery tytuły. To mało. Bardzo mało. Albo moje poszukiwania nie są zbyt owocne, kiedy nachodzi mnie głód czytelniczy na powieść z mitologią w tle, albo takich pozycji jest po prostu niewiele (wciąż pozostając przy zakresie dobra książka z mitologią).  Dlatego też byłam niezwykle zachwycona, gdy sięgając po Zaginione wrota, trafiłam na świetną powieść z różnymi wierzeniami, bogami, reinterpretacjami mitów, zabawą schematami i ogromną ilością magii. 

Nie mogłam się nadziwić, że po tak długich poszukiwaniach konkretnego rodzaju książki, trafiłam na nią wręcz przypadkiem.

Możecie nie uwierzyć, ale po fiasku z Buntem bogini, stwierdziłam że na jakiś czas wystarczy mi już tego złego. Sięgnęłam więc po książkę Orsona Scotta Carda. Czy tego pana trzeba przyznawać? Jeśli tak, to wspomnę, że w ubiegłym roku została zekranizowana jedna z jego powieści, Gra Endera, pierwsza część cyklu, dzięki któremu pisarz zdobył swą renomę. Książki są naprawdę dobre - czytałam i wiem - ale stały się pewnego rodzaju problemem, jeśli mowa o twórczości Carda. Każda jego następna książka wypada blado w porównaniu z przygodami Endera. Pisarz ma więc niemały kłopot z przebiciem samego siebie. A przebija innych autorów? Jak najbardziej! 

W jaki sposób? Muszę przyznać, że sama jeszcze do końca nie rozgryzłam tego fenomenu. Nie można jednak wątpić, że pisze błyskotliwie i interesująco. Potrafi nawet latami rozwijać swoje projekty, tak, aby wszystko w nich znalazło swoje miejsce - jak można dowiedzieć się z samego posłowia w Zaginionych wrotach. Poza tym, chociaż spotykałam się z opiniami, że w niektórych powieściach zaczyna opowiadać daną historię powoli, umiarkowanie, to sama jeszcze się z tym nie spotkałam. Wszystkie powieści Carda, jakie udało mi się złapać w łapki , pochłaniały mnie od pierwszych rozdziałów, nie wypuszczając. Zostawały ze mną na dłużej, gnieżdżąc się w moim umyśle i wijąc sobie ciepły kątek. Tak było też w przypadku Zaginionych wrót

Jak wspomniałam wcześniej, spotykamy się w tej powieści z wątkiem mitologicznym. Biorąc pod uwagę, że mam naprawdę nie małą słabość do pozycji, w których główną rolę (no dobrze, nie oszukujmy się - poboczną też!) odgrywają mity - umówmy się - taka książka ma już z miejsca niemałe fory. W Zaginionych wrotach jednakże autor nie idzie na łatwiznę i postanawia pobawić się tymi wszystkimi starożytnymi historiami, coś posplatać, coś pozmieniać, urozmaicić, a przy okazji niebywale napsocić. Historia może mieć tyle wersji, ilu było gawędziarzy chętnych ją opowiedzieć, a Orson Scott Card nie jest wyjątkiem od tej reguły. 

Zaś historia, którą chce opowiedzieć pisarz w Zaginionych wrotach, to życie pewnego młodego chłopca, który urodził się w magicznej rodzinie... całkowicie niemagiczny. Danny North, ponieważ tak on właśnie się nazywa, to dziecko ze związku dwójki najpotężniejszych magów, jakich mogło mieć dane pokolenie. Wychowywany tylko w towarzystwie wielu wujków, cioć, babć, dziadków, kuzynów i kuzynek, chłopak nie miał zbyt wielu szans, aby znaleźć sobie inne towarzystwo. Z początku hołubiony, później pogardzany, stara się odnaleźć właściwą drogę i odróżnić to co dobre, od złego. Równolegle jest też opowiadana historia pewnego Kluchy, który mieszka w kompletnie innym... wymiarze. 

I chociaż ten drugi, równoległy wątek Kluchy z każdym następnym rozdziałem zaczyna nabierać na znaczeniu, a przy tym staje się także intrygujący i wabiący, powoli acz nieustannie oczarowując czytelnika nie tylko nowym światem, lecz także i jego bohaterami, ja od początku do końca pozostałam pod urokiem wątku Dana. Dlaczego? Widzicie, na początku Orson Scott Card daje mi tutaj to, co wielu innych pisarzy w wielu innych książkach - bohatera, który się nie wyróżnia. Autor jednak troszeczkę to przekształca i mamy bohatera, który - nie wyróżniając się - już się wyróżnia. Urodzony w magicznej rodzinie, bez jakichkolwiek magicznych umiejętności Danny miał pod górkę. A gdy już okazało się, że może jednak coś z niego będzie? Oczywiście wtedy wynikły z tego tylko większe problemy. :)

Dostajemy więc pewien schemat, ale wystarczająco zmieniony, aby nawet nie mieć powodu, żeby kręcić nosem. I tym właśnie zdaniem mogłabym określić całą książkę! Card podaje nam w Zaginionych wrotach wątki i schematy po prostu inaczej opowiedziane, przekształcone i odświeżone. Dzięki temu dostajemy coś lepszego. 

Bardzo spodobała mi się także przemiana Dana, która dokonywała się na kartach książki. Główny bohater był bowiem bardzo inteligentnym i sprytnym chłopakiem, ale, biorąc pod uwagę, że miał dopiero trzynaście lat i niewiele doświadczenia życiowego, jeszcze do miana mistrza wiele mu brakowało. W Zaginionych wrotach Card pokazuje nam, jak Dany zdobywa owe życiowe doświadczenie, jak uczy się na swoich błędach i poznaje się na ludzkiej naturze. 

Zaginione wrota to powieść kierowana do młodzieży i, chociaż jestem pewna, że spodoba się też starszym czytelnikom, posiada wszystkie cechy, których w takich książkach możemy szukać. Nie tylko wartką akcję, dobrze nakreśloną historię i emocjonujące wydarzenia, ale też trochę życiowych przestróg, szukania własnej tożsamości i błądzenia na ścieżkach, jakie niejednokrotnie sami sobie wytyczamy. Wraz z Dannym uczymy się iść do przodu, rozróżniać to co dobre, od tego co złe i niejednokrotnie też to, co zrobić powinniśmy od tego, co zrobić chcemy. Nie wspominając już o wspaniale rozbudowanym wątku mitologicznym, który raduje czytelnicze serduszko Waszej blogerki... 





autor: Orson Scott Card
tytuł: Zaginione wrota
tłumaczenie: Tomasz Wilusz
tytuł oryginału: The Lost Gate
wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 15 maja 2012
ISBN: 9788378391517
liczba stron: 448

Również może Ci się spodobać

2 nie zagryzła klawiatura

  1. Rzadko zdarza się, by jakaś książka naprawdę sensownie korzystała z wątków mitologicznych - zazwyczaj wychodzi właśnie takie gówno, jak w przypadku Buntu bogini.

    OdpowiedzUsuń
  2. Czyli na spokojnie, przy najbliższej wizycie w bibliotece, mogę porwać książkę z półki i po powrocie do domu zaszyć się z nią w kącie, aby cieszyć się lekturą :P

    OdpowiedzUsuń

Prenumarata :)

zBlogowani

zBLOGowani.pl