Magia na ulicach Torunia - wywiad z Anetą Jadowską

23:19

Niedawno na fanpejdżu bloga podesłałam wam link do wywiadu z Anetą, który przygotowałam dla internetowego tygodnika Outro. Zamieszczam tekst i tutaj, dla tych, którzy nie zaglądają do mnie na fp, albo jeszcze nie słyszeli o Outro. :)

***

Foto: Przemysław Bednarczyk
Anety Jadowskiej nie trzeba już przedstawiać w kręgu polskiego fandomu fantastyki. Pisarka urban fantasy zadebiutowała dwa lata temu pierwszym tomem heksalogii o Dorze Wilk, a w tym miesiącu uczestniczyła w spotkaniach z czytelnikami, podpisując szóstą, ostatnią część przygód niepokornej i odważnej wiedźmy. Czym jednak planuje zaskoczyć czytelników w przyszłości? Jakie snuje plany i co sama sądzi o zakończeniu swojego pierwszego cyklu powieści?


Patrycja "Blair" Brejnak: Aneto, „Złodziej dusz” był twoim debiutem, pierwszą częścią heksalogii o Dorze Wilk. Od niedawna zaś możemy przeczytać ostatnią część serii, „Na wojnie nie ma niewinnych”. Jakie to uczucie – zamknąć całą historię?

Aneta Jadowska: Kojarzysz te wszystkie postanowienia noworoczne, o których zwykle się zapomina jeszcze w styczniu? Czuję się jak jedna z tych nielicznych osób, które swoje postanowienie spełniły [śmiech]. To było spore wyzwanie i ciężka praca, więc mam mnóstwo satysfakcji z tego, że udało mi się to doprowadzić do końca.

Kiedy w 2012 roku został wydany „Złodziej dusz”, miałaś napisane kolejne dwie części. Od początku dopuszczałaś myśl, że będzie ich sześć? Czy raczej pomysł wziął się od słowa hexe – wiedźma?

Miało być sześć tomów. I tak, fonetycznie hex, hexa – klątwa, czarownica – ładnie współgrają z szóstką, ale to przyszło chwilę później, gdy wpadłam na to, by nie używać słowa sześcioksiąg, ale właśnie heksalogia – skoro dylogia czy trylogia są na porządku dziennym, czemu nie heksalogia? Sześcioksiąg o wiedźmie powinien nazywać się dokładnie tak. Słowo się przyjęło.

Zapowiedziałaś już, że piszesz trylogię o Witkacym, przyjacielu Dory. Z tego co słyszałam, możemy spodziewać się też książek o Nikicie, jej dawnej znajomej oraz Martynie, dotąd nieznanej nam jeszcze bohaterce. Nie zamierzasz wychodzić poza wykreowane dotąd uniwersum? A może planujesz w przyszłości tworzyć nowe światy?

Zdefiniuj nowe światy. Witkacy może mieszkać w tym samym mieście co Dora, ale ponieważ poznajemy świat oczyma jego, jako narratora, to jest inny świat. Nikita będzie najpewniej mieszkała w alternatywnej Warszawie. Naprawdę bardzo niewiele łączy to podwójne, mroczne i brutalne miejsce z miłym i poukładanym Thornem, alternatywną stroną Torunia. Mam do opowiedzenia jeszcze mnóstwo historii, czytelnicy też wciąż mają pytania – co dalej, a co z tym czy tamtym bohaterem, a jak się skończy ta czy tamta historia, wspomniana tylko w heksalogii. Ta ciekawość czytelnika napędza moją wyobraźnię, bo sama próbuję sobie odpowiedzieć na te pytania i okazuje się, że faktycznie, to jest całkiem nowa przygoda. Świat musi mi pasować do historii, którą chcę opowiedzieć i do bohatera tej historii, nigdy na odwrót.

Oczywiście, że czytelnicy najbardziej by chcieli, abyś została przy Thornie i opisywała przygody ich ulubionych bohaterów! A skoro już przy tym jesteśmy… Możemy liczyć na osobne powieści czy opowiadania dla Baala?

W przyszłym roku pojawi się tom opowiadań z Thornu i Trójprzymierza. Będzie w nim kilkanaście tekstów. Czy Dora będzie bohaterką połowy z nich? Nie strzelam, kto dostanie swoje opowiadania, bo jestem w połowie pracy. Zaplanowanych mam ponad dwadzieścia pięć tekstów, ale nie wiem, które trafią do tomu. Względy redaktorskie, spójność i różnorodność, a wreszcie objętość tekstów, też będą miały wpływ na ostateczny kształt książki. I bawi mnie trochę to, że akurat Baal pojawia się regularnie w tym kontekście, skoro dostał większość piątego tomu na rozwijanie swojej historii. Wielu innych bohaterów takiej okazji nie dostało.

Wybacz, jak każda szanująca się fanka, nie mogłam się powstrzymać! Zostając jednak przy Thornie i Toruniu, skąd pomysł na tak bardzo rozbudowany świat magiczny? Mam na myśli to, że w tej bardziej niezwykłej części Torunia, Thornie, czytelnicy mogą spotkać wszystkie magiczne stworzenia, systemy religijne, mity czy legendy. Można by pomyśleć, że wrzuciłaś wszystko do jednego worka, a potem nieźle nim potrząsnęłaś… Czy jednak bardziej przypominało ci to staranne układanie składników na półce?

Wyszłam z założenia, że wszystko, w co ludzie kiedykolwiek wierzyli, każdy mit, każde stworzenie mogło istnieć naprawdę. A jeśli tak, to świat alternatywny musi być nimi wypełniony, a one muszą się ze sobą dogadywać. U podstaw takiej konstrukcji świata leży oczywiście najstarsze pytanie, które jest fundamentem literatury fantastycznej: co by było, gdyby…? Więc co by było, gdyby spotkali się w jednym mieście wampir, demon i anioł? Czy mogliby się porozumieć? Pewnie nie i wybuchłaby awantura. Ale czy taka awantura może trwać w nieskończoność? Nie bardzo, nawet wśród bardziej lub mniej nieśmiertelnych. Więc co dalej? Rozejm, rzecz jasna. W naszym kraju od dziesięciu stuleci mieszają się tradycje pogańskie z judeo-chrześcijańskimi. Do tego folklor, cała strefa ludowych wierzeń, i współczesne urban legends napędzane popkulturą i popkulturę napędzające. Wynik musi być intensywny i zaskakująco różnorodny.

Jak zamierzasz nazwać magiczną część Warszawy? Czy to nie tam planujesz opisać przygody Nikity?

To podwójne miasto. Roboczo nazywam je Wars i Sawa, albo Lewy i Prawy Brzeg. Mam już zarys tego świata, teraz wypełniam go szczegółami, treściami, bohaterami. Alternatywne miasto z jednej strony jest starsze i bardziej odporne na zmiany. Z drugiej – to, co się przydarzyło realnej Warszawie w XX wieku nie mogło nie wpłynąć na alternatywne miasto. Jestem ciekawa tej serii. Kwerendy trwają znacznie dłużej, bo muszę sobie stworzyć w głowie wizje dwóch miast – realnego i alternatywnego, poznać Warszawę na tyle, by to wyobrażenie realnego było zakorzenione w rzeczywistym obrazie miasta. Z Toruniem było łatwiej, bo realny znam bardzo dobrze.

Nikitę czytelnicy mieli możliwość spotkać w „Zwycięzca bierze wszystko”, trzeciej części heksalogii. Mogę się mylić, ale czy ta postać nie jest całkowitym przeciwieństwem Dory? Czy to oznacza, że w trylogii poświęconej Nikicie spotkamy się z wieloma nowymi charakterami, środowiskiem odmiennym od tego, z którym mieliśmy szansę spotkać się w sześcioksięgu?

To inna bohaterka, z inną historią, z innymi problemami. Inne środowisko, inny świat, całkowicie nowy zestaw bohaterów. Czytelnik z heksalogii zna Nikitę i jej brata, Kosmę, słyszał coś o Irenie, jej matce i Ernście, jej ojcu, ale to tylko takie echa tego, co o nich słyszała Dora. Jako autor czuję, że cały świat Nikity buduję od zera, stąd mój uśmiech, gdy ktoś pyta, czy zamierzam kiedyś porzucić uniwersum Thornu.

Przed Nikitą będą wydane jednak książki o Witkacym. „Szamański blues” został zapowiedziany już na przyszły rok. Jakie niespodzianki czekają na nas przy tej trylogii? Czy przygody Witkacego będą opisywane w Toruniu, czy też często, jak w przypadku Dory, zahaczymy o Thorn?

Witkacy woli się trzymać Torunia. Nie do końca ma zaufanie do tego wciąż nowego dla niego świata. Nie wypiera się swojego powołania i, jak przystało na szamana, robi porządek z duchami, ale daleko mu do rozmachu Dory. Jego wyzwania są dostosowane do niego. Raczej nie każę mu ratować świata, to nie ten typ. Gdyby miało dojść do apokalipsy, zadzwoniłby do Dory, by coś z tym zrobiła. Właśnie taki urok Dory, że do niej dzwoni się w takiej sprawie. Witkacy ma swoje dramaty i  przygody, kompatybilne z jego osobowością i umiejętnościami. Lubię go, choć czasem mnie jako autora frustruje – jest mężczyzną niewielu słów, lakonicznym narratorem, muszę go popychać znacznie bardziej niż Dorę.

Natomiast Martyny jeszcze nie poznaliśmy, może uchylisz rąbka tajemnicy i podpowiesz kim jest ta bohaterka? Co dla niej planujesz?

Czasowo to dość odległy projekt, bliżej mojego planu pięcioletniego, niż na najbliższy rok czy dwa. To młoda absolwentka filologii polskiej, która zmaga się z bezrobociem, aż dostaje ofertę nie do odrzucenia. Od Romana. Zaczyna staż w thornowej gazecie i zostaje rzucona na głęboką wodę. Jest łakomym kąskiem dla niektórych.

Tyle planów i pomysłów… Czy czasem cię to nie przeraża? Co robisz, kiedy znienacka łapie cię blokada twórcza?

Nie przeraża mnie to. Czerpię spokój z tego, że mam pomysły na kilka książek do przodu – około ośmiu na pewno. Martwiłoby mnie, gdybym mimo puszczenia wodzy fantazji nie widziała przed sobą niczego, żadnych historii do napisania, żadnej góry do zdobycia. Wtedy bym się naprawdę zaczęła niepokoić. Blokady przychodzą zwykle na skutek zmęczenia. Wtedy odpuszczam, zajmuję się czymś innym, pozwalam odpocząć tej części mózgu, która wymyśla historie. Nie przerażają mnie, jak długo mam przed sobą historie do opowiedzenia – bo wiem, że są stanem przejściowym.

Jesteś doktorem nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa, a piszesz fantastykę, literaturę popularną. W jaki sposób twoje wykształcenie wpływa na tworzone przez ciebie powieści? Coś ułatwia, czy raczej utrudnia?

Nie ma chyba znaczenia. Pewnie, mam wiedzę z różnych zakresów, łatwiej przychodzi mi wnikliwa kwerenda, łatwiej mi poruszać się wśród wzorów kulturowych; na przykład sporo korzystam z tego, czego nauczyłam się na zajęciach z folklorystyki, antropologii, psychologii. Ale równie wiele korzystam z wiedzy wyciągniętej z trwającego od wielu lat hobby, jakim była dla mnie kryminalistyka. Studia, zwłaszcza doktoranckie, rozwinęły we mnie tę systematyczną stronę, co akurat jest dobre, bo wcześniej trochę mi tej systematyczności brakowało. A bez niej trudno napisać jedną powieść, a co dopiero serię sześciu.

Minęły dwa lata od wydania „Złodzieja dusz”. Jak wiele przez ten czas zmieniło się w twoim życiu? Czy napisanie i opublikowanie własnych powieści jakoś cię odmieniło?

Jeśli przez te sześć tomów Dora ewoluowała, ja miałam życiową rewolucję. Zmieniło się bardzo wiele. Moją pracą jest coś, co uwielbiam robić. Spotykam się z czytelnikami, fanami Dory, odwiedzam różne miejsca, do których – gdyby nie moje pisanie – pewnie bym nie trafiła. Poznałam mnóstwo ludzi, w tym kilkoro, których z radością nazywam przyjaciółmi. Przeniknęłam do całkiem nowego dla mnie świata konwentów i fandomu, i uwielbiam energię, którą w sobie ma. Jestem szczęśliwa, bo wszystko układa się tak, jak sobie to wykombinowałam jakiś czas temu i pewne zmiany zaszły szybciej, niż sądziłam, że to możliwe. Lubię swoje obecne życie. Fajnie jest móc coś takiego powiedzieć i mówić to całkiem serio.

Udzielasz się na własnym fanpage’u, odpowiadasz na wiadomości i komentarze czytelników. Często można spotkać cię na konwentach i różnych wydarzeniach. Dajesz fanom swoich książek to, co sama chciałabyś dostać od własnych „obiektów kultu”? Co najbardziej lubisz w relacji pisarz-czytelnik?

Takie były od samego początku moje założenia. Nigdy nie przestałam być fanem miliona rzeczy. Jako fan miałam swoje oczekiwania wobec moich obiektów fanienia. Czasami spełniali te oczekiwania, czasami zawodzili. Staram się nie zawieść mojej fanowskiej strony. Mam o tyle łatwiej od niektórych pisarzy, że nie jestem szczególnie aspołeczna czy introwertyczna, więc nie toczę walki sama ze sobą [śmiech]. Lubię kontakt z moimi czytelnikami, dostarczają mi nie tylko mnóstwo radości, ale i motywują do dalszej pracy. Wzrusza mnie, gdy ktoś mi opowiada, że moje książki są dla niego bardzo ważne, że pomogły mu przejść przez coś trudnego, dały mu siłę. Cieszę się, gdy się skarżą, że zarwali noc, bo nie mogli książki odłożyć, nim nie przeczytali do końca. Moja sadystyczna strona cieszy się ich niewyspaniem, bo to dowód, że się spisałam, że powieść jest dobra. 

Również może Ci się spodobać

0 nie zagryzła klawiatura

Prenumarata :)

zBlogowani

zBLOGowani.pl