Jak z (innej) baśni

15:22



Na imię było jej Księżniczka. Śliczna jak jutrzenka, oślepiająco piękna niczym słońce o brzasku, a przy tym taka biedulka! Siedziała w najwyższej komnacie, najwyższej wieży, czekając na… Momencik! Niestety moi drodzy, opowieści nie będzie. Księżniczka poradziła sobie sama. 


Reinterpretacje znanych nam bajek są ostatnio niezwykle modne. Także motyw silnej heroiny coraz bardziej wybija się na ekranach kin, dzięki czemu księżniczki mogą wreszcie mieć jakieś inne warte wspomnienia cechy, niż sama uroda. Kiedy jednak próbuję sobie przypomnieć baśń, w której główna bohaterka zgładziłaby gadzinę i pogardziłaby księciem, na myśl przychodzi mi niestety tylko czwarta część Shreka. Jak to jest więc z tymi baśniami na papierze i ekranie? Wiadomo, że zmiany w opowieściach dla dzieci, to żadna nowość. Rodzice prędzej przeczytają swojej pociesze na dobranoc złagodzoną wersję „Kopciuszka”, niż tę, w której dwie złe siostry obcinają sobie palce i pięty, aby zmieścić stopę w znalezionym przez księcia pantofelku. Podobnymi pobudkami co rodzice, mogliby kierować się twórcy adaptacji, szukający publiki wśród młodszych odbiorców. Jednak przekształcenia w baśniach to nie tylko ograniczenie ich brutalności. Ostatnio w powieściach niezwykle popularny jest motyw inteligentnej, myślącej księżniczki, niepotrzebującej do szczęścia tylko i wyłącznie miłości swego życia. W kinach zaś przebija się on dopiero od niedawna, pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że dopiero raczkuje.

 (Nie)oczekiwane przebudzenie
Najlepszym przykładem jest tutaj aktorska wersja „Śpiącej królewny”, czyli „Czarownica”, dająca możliwość bliższego przedstawienia widzom postaci złej wróżki Diaboliny i motywów jej działań. Film z Angeliną Jolie w roli głównej nie próbuje opowiedzieć historii dziewczyny ukłutej w palec i pogrążonej w długim śnie. „Czarownica” to opowieść o zranionej, rozgoryczonej, młodej kobiecie. Wróżce, która straciła zaufanie do świata i przestała widzieć go w jasnych barwach, pogrążyła się w pragnieniu zemsty. Sama Aurora, nasza królewna, jest tutaj dodatkiem przybliżającym nam drugi niesamowity aspekt tego filmu – motyw matczynej miłości, który zostaje wyeksponowany tak mocno, jak we wcześniejszych produkcjach disnejowskich miłość od pierwszego wejrzenia. Patrząc w końcu na najnowszą kinową interpretację tej baśni i jej pierwotną wersję, nie da się zaprzeczyć, że przeszła ona ogromną zmianę. Od historii śpiącej kobiety, którą odnalazł, a następnie zgwałcił i poślubił młody książę, przez złagodzoną i popularną opowiastkę o młodej, naiwnej dziewczynie aż do niczego nieświadomej pannicy, będącej przez większość fabuły pionkiem w grze.



 Serca skute lodem
Podobnie jak „Czarownica” opiera się na „Śpiącej królewnie”, tak wyprodukowana dwa lata temu animacja Disneya, „Kraina lodu”, luźno bazuje na „Królowej śniegu” Hansa Christiana Andersena. Wersję kinową i papierową różnią przede wszystkim dwie rzeczy: tytułowa królowa śniegu – Elsa – nie jest czarnym charakterem, jak to miało miejsce w przypadku baśni duńskiego pisarza. Poza tym jako najważniejszy wątek zostaje przedstawiona relacja pomiędzy nią i jej siostrą Anną. Zamiast historii o złej kobiecie, która omotała sobie wokół palca naiwnego chłopca, dostajemy skomplikowaną opowieść o braku akceptacji oraz dobrze nakreślone, zawiłe relacje rodzinne. Podobnie jak wcześniej w „Czarownicy” i tutaj wątek miłości od pierwszego wejrzenia zostaje zastąpiony, w tym wypadku przez miłość pomiędzy siostrami. Jest to niezwykłe, ponieważ motyw potężnego uczucia między dwojgiem bohaterów, uczucia które pokona wszystkie komplikacje, był przedstawiany w adaptacjach bajek tak często, że stał się pewną tradycją. Dlatego też jego pominięcie, a raczej zastąpienie czymś podobnym – a jednocześnie tak odmiennym – jest niezwykle odświeżające dla produkcji bazujących na znanych nam baśniach. Pokazuje również, że wartości, przemycane w baśniach przez twórców, zmieniają się na przestrzeni lat. 

Za górami, za lasami …
Jedną z najlepszych produkcji pod względem zwrotów akcji i interesujących interpretacji bajek jest „Dawno, dawno temu”. Chociaż widzowie mogliby długo dyskutować, czy na plan serialu kiedykolwiek wkroczyła Logika i czy miała szansę poznać Sens, nikt nie będzie się kłócił z faktem, że największym atutem „Dawno, dawno temu” są interesująco pokręcone, odświeżone i odmienione baśnie. Serial przedstawia świat, w którym postacie z bajek – przez złą Królową i jej klątwę – mieszkają w naszej rzeczywistości, nie mając pojęcia, kim są naprawdę. Równolegle do ich bardziej lub mniej interesujących perypetii, opowiadane są także „prawdziwe historie”, wydarzenia, które przeżyli, będąc Roszpunką czy Pinokiem. 
Serialem, który również luźno nawiązuje do bajek, jest „Grimm”. Opowiada on losy detektywa Burkhardta, wkraczającego w fascynujący, ale także mroczny i groźny świat pogromców potworów oraz istot wyjętych z kart baśni. 
Choć obydwie produkcje mogłyby pochwalić się osobliwym i ciekawym podejściem do baśni, żadna z nich nie zrobiła tak wiele dla lepszego zaistnienia reinterpretacji bajek na ekranie, co „Shrek” i wszystkie jego kontynuacje. Twórcy tej animacji podchodzą do tradycyjnych opowieści dla dzieci z pewną niefrasobliwością i olbrzymią dawką humoru, proponując widzom jednocześnie coś dobrze znanego, jak i całkiem nowego. 

 Bajeczko, bajeczko…
Z innego punktu widzenia na pierwotną historię pozwalają nam spojrzeć także takie filmy jak „Hansel i Gretel: Łowcy czarownic” czy „Dziewczyna w czerwonej pelerynie”. Obydwa tytuły należą do dość specyficznej kategorii filmów bazujących na baśniach, które nie zdały sprawdzianu na interesującą adaptację. „Hansel i Gretel…” to kino rozrywkowe, raczej nastawione na przyniesienie producentom łatwego zysku. „Dziewczynie…” zaś bliżej do parodii „Zmierzchu” niż „Czerwonego kapturka”, co jest najbardziej wymownym komentarzem do tego filmu. Zarówno w przypadku jednej jak i drugiej produkcji z ust widza na sali kinowej mogłoby się mimowolnie wyrwać pytanie: „Bajeczko, bajeczko, powiedz mi przecie, dlaczego takie głupolki chodzą po tym świecie?”. 


Mroczne światy
W rzeczywistości adaptacji i ekranizacji filmowych nie spotkamy jednak tylko naiwnych, a czasem nawet infantylnych historii. Najlepiej pokazuje to Tim Burton w swojej „Alicji w Krainie Czarów”, która jest mroczniejszą, na wiele sposobów straszniejszą wersją oryginału. W 2012 roku także Rupert Sanders próbował pokazać budzący grozę, obskurny świat „Królewny Śnieżki i Łowcy”. Pomijając to, jak film wyszedł w praktyce (polecam przede wszystkim ścieżkę dźwiękową), chciałabym zwrócić uwagę, że takie „zniszczenie” świata wykreowanego wokół bohaterów, umniejszanie go, jest ciekawą formą urozmaicenia historii. Mówiąc o „Królewnie Śnieżce”, automatycznie bowiem nasuwa mi się skojarzenie z disnejowską wersją baśni, w której wokół śpiewającej dziewczyny biegały przyjazne, leśne zwierzęta, usiłując jej w tym wtórować.

Kontrowersyjnie czyste pantofelki
Widząc ostatnio narastającą modę na faworyzowanie kinowych wersji, w których znane nam baśnie są gruntownie reinterpretowane, z ogromnym zaskoczeniem spotyka się najnowsza wersja aktorska „Kopciuszka”. Film o życzliwej, uprzejmej i pogardzanej przez przyrodnie siostry dziewczynie, który niedawno wszedł do kin, w ogromnej części bazuje na wyprodukowanej wcześniej animacji Disneya. Różnice pomiędzy obydwoma produkcjami są naprawdę znikome i chociaż sama obejrzałam „Kopciuszka” w reżyserii Kennetha Branagha z ogromną przyjemnością, to z szeroko otwartymi ramionami przyjęłabym wariację, w której do tejże animacji film tylko luźno nawiązuje. 

Ze zniecierpliwieniem wyczekuję adaptacji bajek, do których twórcy nie boją się wprowadzić śmielszych zmian. Słabość do tradycyjnych baśni wyssaliśmy z mlekiem matki, więc kolejne ich wersje, przemycające ciekawe przesłanki i refleksje, niech będą trochę bardziej aktualne. Przekazujmy mniejszym widzom, że kłopoty Kopciuszka skończyłyby się szybciej, gdyby była bardziej asertywna, a ciepłe uczucia do siostry czy brata to nie twór bogatej wyobraźni, tylko cenny walor. Z niczego lepiej nie wyciągniemy morału, jak z samej baśni, a skoro nasze życie od czasów braci Grimm trochę się zmieniło, to dlaczego nie ich opowieści?

__________________________

Również może Ci się spodobać

1 nie zagryzła klawiatura

  1. Jeśli chodzi o reinterpretację bajek, to ja z całego serca polecam Rewolucję Według Ludwika. Manga (filmów nie trawię), nie wiem, czy przerobiona na anime, ale absolutnie warta każdej wydanej złotówki.

    Moda na herosów już minęła, teraz w literackiej modzie jest naturalizm i bohater głębszy aniżeli studzienka. Przyznaję, że podoba mi się ta tendencja. Dopóki nie zmienia całego utworu w niedającą się przełknąć paćkę. ;)

    OdpowiedzUsuń

Prenumarata :)

zBlogowani

zBLOGowani.pl