Może kiedyś, może nigdy

16:00



Przez ostatnie kilka miesięcy cierpiałam na fazę odstawienia, kiedy to niby czytałam jakieś tam książki, ale właściwie nie dużo i nic wartego baczniejszej uwagi. Teraz zaczęłam przebudzać się z tego stanu, niczym spóźniony niedźwiedź ze snu zimowego, który odkrył, że cała reszta lasu nie tylko już nie śpi, ale całkiem nieźle się bawi. Maybe Someday to jedna z tych imprez, na które się nie spóźniłam i chyba tego żałuję. 

Wiecie, gdy znowu przeprosiłam się z książkami, zaczęłam od tych najlepszych, długo wyczekiwanych. Przeczytałam Dead Heat Briggs, Burn for me Andrews, nadrobiłam kilka części Świata Dysku od Pratchetta, a nawet pomniejszyłam wciąż rosnący stosik z powieściami, które mam przeczytać od roku czy nawet dwóch. Był progres. Potem zabrałam się za Eleonorę i Parka (Love!) czy Zakon Mimów, czyli same dobre trafienia, książki do jakich będę wracać i wracać. A potem trafiłam na Maybe Someday.  

Problem w tym, że to właściwie naprawdę przyjemna książka. Nie ma za bardzo co przy niej narzekać. Całkiem, całkiem bohaterowie. Banalna, ale urocza fabuła. Magiczny i przyciągający niczym magnes wątek muzyczny, czyli największy plus całej historii. Ale, ale. To wciąż jest dla mnie takie "może kiedyś". Na moim stosiku "może kiedyś" leżą książki, których może nigdy nie przeczytam. Dlaczego więc spośród ich wszystkich powinnam Wam zaproponować Maybe Someday? Nie czuję, żeby to był dobry pomysł. Nawet raczej takie trochę oszukiwanie. 

Collen Hoover nie opowiada bowiem tutaj żadnej szczególnej historii. Dwójka ludzi, która dopiero co się poznała, ale nie może oprzeć się wrażeniu, że zdecydowanie coś ich do siebie przyciąga. Trudne relacje partnerskie, bo ona dopiero z kimś zerwała i chce być singielką, a on ma dziewczynę, którą bezgranicznie kocha. Wciąż jednak coś ich do siebie przyciąga. 
No i ta muzyka. <3
Nawet jeśli postacie w MS zachowują się tak, jakby mieli po piętnaście lat, a nie dwadzieścia dwa/ cztery, główna bohaterka wyraża wszystkie swoje emocje przez płacz (ale serio. Ona zawsze płacze. Można utopić się w tej książce i to wcale nie plus), a Ridge, druga główna postać/ wspaniały gitarzysta/ wrażliwy, uroczy chłopak przede wszystkim skojarzył mi się z Modą na sukces (niekoniecznie moja wina. Dlaczego dostał takie imię? xD), wciąż pozostaje muzyka. Te opisy scen, kiedy Syd i Ridge wspólnie grają, tworzą, to co przeżywają - to jest po prostu magiczne. Muzyka jest tutaj niemal osobną, oddychającą i wpływającą na akcję postacią. To dzięki niej są wypowiadane te "niewypowiedziane na głos" słowa, emocje i prawda co do relacji bohaterów. Za ten wątek + wspaniałą ścieżkę dźwiękową autorka ma u mnie ogromnego plusa!

Co do reszty - relacja pomiędzy Syd a Ridgem została opisana bardzo nietypowo, jak na podobne historie, z ktorymi można się ostatnio spotkać. Colleen stworzyła pomiędzy nimi więź opartą przede wszystkim na prawdzie i szczerości, co jest odczuwalne przez całą powieść. To się naprawdę chwali, bo raz, że nie były to takie "papierowe" emocje, gdzie autorka pisze, że postacie coś czują (np. złość, radość), ale po samych bohaterach to tego nie zgadniesz. Poza tym dopiero pod koniec zauważyłam, że akcja w Maybe Someday ma miejsce praktycznie non stop w jednym miejscu, czasami się gdzieś przemieszczając, ale nie za daleko. Co było też trochę zadziwiające i niestety rozczarowujące, to fakt, że autorka ani trochę nie skupiała się na jakimkolwiek życiu społecznym/towarzyskim naszych bohaterów. Tzn. gdzie podziali się wszyscy pozostali przyjaciele Syd? Dalsza rodzina bohaterów? Dlaczego nie było nic wyjaśnione na temat tajemniczych podróży Ridge'a? Colleen skupiała się tylko na relacjach pomiędzy dwójką głównych bohaterów i jestem pewna, że gdyby Warren i Bridgette z nimi nie mieszkali, zbyt często nie spotykalibyśmy  ich na kartach książki.

A skoro już mowa o Warrenie i Bridgette - już od dawna nie miałam do czynienia z tak powaloną parą, mówiąc tak dosadnie. Serio. O ile Warren stał się jednym z moich najulubieńszych głupków, jakich można spotkać w książkach, tak Bridgette jest totalnie szurnięta, jak dla mnie nawet za bardzo. Przemyka między rozdziałami książki czasem jak duch, tu wtrącając się w dialog czy tam, ale uwierzcie, że nie da się o niej zapomnieć jeszcze długo po przeczytaniu powieści. Nie wiem co Warren zrobił złego w swoim poprzednim książkowym życiu, że to na niego trafiła ta dziewczyna, ale pewnie było to coś porównywalnego z torturowaniem kotków. Albo zostawianiem na ulicy szczeniaczków. 

Przy Maybe Someday największego dreszczyku emocji dostarczał mi jednak komentarz, który przeczytałam o tej książce na jednym z blogów, a nie sama książka. Ktoś rzucił, że znajomy mu zaspoilerował MS i było to tak samo fatalne, jak zaspoilerowanie Wiernej Roth. Zaczęłam się zastanawiać dlaczego i, o moja Literaturo!, czyżby nie chodziło o podobne... wydarzenie. Widzicie więc, że można, oj można nieźle  emocjonować się  przy jednej z tych "łatwych i przyjemnych" książek. ;-)





tytuł: Maybe Someday
autor: Colleen Hoover 
tłumaczenie: Piotr Grzegorzewski
tytuł oryginału: Maybe Someday
wydawnictwo: Otwarte
data wydania: 13 maja 2015
ISBN: 9788375153415
liczba stron: 440
kategoria: New Adult





Również może Ci się spodobać

6 nie zagryzła klawiatura

  1. No i znowu nie mój gatunek :( Ale płacząca bohaterka, hm... może cierpiała na syndrom maturzysty?

    OdpowiedzUsuń
  2. Dopiero przekonuje się do tego, by sięgać po książki NA. Do tej pory twierdziłam, że szkoda na nie czasu, bo na pewno mi się nie spodobają, ale postanowiłam wreszcie zaryzykować. Akurat tej na półce nie mam, ale może kiedyś :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Wiesz co, NA to tak naprawdę takie trochę zmodyfikowane YA. Niby coś jakby "YA dla starszego czytelnika", ale autorom wychodzi to dosyć różnie. :-P A masz już jakąś pozycję na oku, od której chciałabyś zacząć tę przygodę? :)

    OdpowiedzUsuń
  4. YA też nie znam, więc będę debiutować w odbiorze tych nowych gatunków. Przespałam ten szał na powieści tego rodzaju. Kupiłam dwie książki na razie - "Na zawsze" Sandi Lynn i "Na krawędzi nigdy" J.A. Redmerski. Nie wiem czy to dobry wybór, ale promocja mnie zachęciła :)

    OdpowiedzUsuń
  5. "Na krawędzi nigdy" to naprawdę dobry start z NA, a z YA polecałabym przede wszystkim "Eleonorę i Parka" oraz "Gwiazd naszych wina" i "19 razy Katherine". :3


    Zapadają w pamięć, jedne z moich ulubionych. :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Dzięki, będę mieć te tytuły na uwadze, kusi mnie zwłaszcza "Eleonora i Park" :) Muszę tylko złapać trochę wolnego czasu i zabiorę się za NA i YA.

    OdpowiedzUsuń

Prenumarata :)

zBlogowani

zBLOGowani.pl