Rozpalające uzależnienie, czyli Burn for me

21:36


Zapewne pierwsze co powinnam zrobić, to przeprosić, że zamieściłam przy swoim tekście tak ohydną okładkę. Ale nie przeproszę. Musicie uwierzyć, że szukałam jakiegoś zamiennika z półtorej godziny. Tak bardzo Was lubię. W końcu moje poszukiwania zamieniły się w przeglądanie na tumblrze wszystkiego, co powiązane z Hidden Legancy czy Burn for me. I ponownie, tak bardzo Was lubię, moje misiaczki. To naprawdę nie miało związku z fajnymi fanartami.
Ani trochę.

Niestety dla mnie i dla Was, nie znalazłam żadnej interesującej grafiki, więc musimy zadowolić się tą. Jakoś przeżyjemy. Jak wiadomo, nie ocenia się książki po okładce, nawet jeśli pragnienie oceniania jest tak silne, jak w tym przypadku. Tym bardziej, że zawartość książki w pełni wynagradza jej wygląd zewnętrzny. 
Po dziesięciokroć. 


Może powinnam napisać "po stokroć", no ale nie przesadzajmy. To dopiero pierwsza część cyklu. Cóż z tego, że wciągająca, świetnie napisana, zabawna, po prostu andrewsowska! Wciąż to dopiero pierwsza część cyklu, któremu powinniśmy dać  czas na wyrobienie się. Zbytnio bym się tym jednak nie przejmowała. W sensie - wyrabianiem się. To w końcu Ilona Andrews, a Ilona Andrews to klasa sama w sobie. Widzicie, chociaż już dawno przestałam stosować na blogu skalę oceniania (gdybym nie przestała, BfM dostałoby 9/10, no ale przestałam. Szkoda.), jako mól książkowy mam pewne... poziomy dla książek, powiedzmy. Albo inaczej! Wyobraźcie sobie, że Wasz książkowy gust to jeden, ogromny, szeroki na metry regał z wieloma półkami. Tylko od Was zależy ile półek ma regał, a na każdej z nich możecie postawić tyle książek, ile tylko chcecie. Ot, wyobraźnia taka fajna rzecz. U mnie te półki mają jeszcze konkretne nazwy. Na najwyższej z nich mieszczą się wszystkie moje ukochane perełki, a na samym dole szmiry i potwory bagienne.  Gdzieś pomiędzy nimi są półki pt: "Wpychaj przechodniom na chodniku", "Oddaj przy najbliższej okazji komuś, kogo nie lubisz", "Tak bardzo bolało. Chcem zapomnieć", "Dno i dziesięć metrów mułu", ale to nieważne, bo Burn for me nigdy na żadnej z nich nie stanie. Dla BfM tylko najwyższa półka, czyli "Nie podoba się innym? Oburzaj się święcie i odłączaj te ich bardziej znaczące kończyny od ciała".
Więc bez żadnych numerów.  Zniewagi pod adresem książek z mej Najwyższej Półki biorę sobie do serca serio.
Bardzo.
Do.
Serca.

Skoro wytłumaczyliśmy sobie już najważniejsze kwestie, przejdźmy do rzeczy. Dlaczego Burn for me to taka dobra książka i dlaczego powinniście przeczytać ją jak najszybciej, chociaż wciąż nie ma polskiej wersji, więc dla niektórych może to być nie lada wyzwanie? Ogólnikowo - bohaterka, która nie boi się bać i stosować "taktycznych odwrotów" (czyt. tchórzyć), bohater, który prawdopodobnie jest socjopatą i  ma ksywkę "Mad" (subtelnie, c'nie?), interesująco wykreowany świat, chociaż tak naprawdę wiele zgapił od naszego (Powinien być osądzony za plagiat, ale cóż - jest na to zbyt fajny. Cwaniak.), Babcia Psychofanka, Leon (nie)zawodowiec i gorący (dosłownie!) psychopata-wróg-numer-jeden. 
I teraz mi powiedzcie - przejdziecie obok tej książki po takiej zapowiedzi obojętnie?
No ba!*

W jednym z wywiadów z Iloną przeczytałam kiedyś, że ma ona ogromne kłopoty z tworzeniem bohaterek nie podpadających pod schemat kopania tyłków i samodzielnego radzenia sobie ze wszystkimi problemami - patrz: Kate Daniels, Rose, Cerise Mar (obydwie seria Na krawędzi), Dina z Clean sweep, hmmm... wymieniać dalej? Od razu przyznam, że dla mnie jako fanki Andrews taki kłopot to żaden kłopot, bo prywatnie uwielbiam bohaterki tego rodzaju. Ba! Chyba nawet ten wybijający się na pierwszy plan motyw silnych, odważnych heroin to jeden z aspektów książek Ilony, które lubię najbardziej. To one przyciągają mnie do jej kolejnych powieści. Sama autorka chyba jednak podeszła do tego inaczej, ponieważ Nevada, główna bohaterka BfM, jest prawie całkowitym zaprzeczeniem wcześniej wymienionych heroin.
Prawie.

Nevada Baylor to wciąż silna, odpowiedzialna i pewna siebie postać. Dzięki swoim wyjątkowym umiejętnościom (potrafi rozpoznać, kiedy ktoś kłamie) jest także świetnie zaznajomiona z ludzką psychiką, zachowaniami. Poza tym od śmierci ojca ciężko pracuje, aby utrzymać rodzinę i rodzinny interes, który nawet nie do końca należy do nich. Nevada należy do jednego z tych rodzai bohaterów, którzy robią wszystko to, co muszą, ale jednocześnie przestrzegają pewnej granicy, dzięki której mogą później pewnie spojrzeć w lustro. Na oko nic nowego, prawda? Istotna różnia pomiędzy Nevadą, a na przykład Kate Daniels polega na tym, że Nevada nigdy nie pcha się na pierwszy ogień. Zawsze szacuje swoje siły na zamiary, wie, kiedy musi lub powinna odpuścić. Zawsze pamięta, że musi dbać o rodzinę i nie ryzykuje, kiedy nie trzeba. Nevada to bohaterka, której skrzywdzenie drugiego człowieka sprawia problem. 

Ilona Andrews chciała stworzyć postać, która nie będzie bała się czasem stchórzyć czy uciec i się jej to udało. 

Autorka nie gorzej poradziła sobie z resztą bohaterów. Cała rodzina Nevady to tak naprawdę szeroka paleta wielu charakterów, nakładających się na siebie, czasem kłócących ze sobą, ale zawsze na końcu układających się w jedność. Jako pierwsza na wyróżnienie zasługuje babcia Nevady, która z ogromnym zapałem śledzi serwisy społecznościowe i nowinki na temat rządzących rodzin, spełniających funkcję pewnego rodzaju celebrytów. Babcia wymiata na tak wielu poziomach, że trudno to ogarnąć rozumem. Z całej rodziny Baylorów moje serce zdobył jednak Leon. I to jednym dialogiem! 


“You're Mad Rogan!" Leon burst out.
"Yes," Mad Rogan said, his voice calm.
"And you can break cities?"
"Yes."
"And you have all this money and magic?"
"Yes."
Where was Leon going with this?
My cousin blinked. "And you look . . . like that?"
Mad Rogan nodded. "Yes."
Leon's dark eyes went wide. He looked at Mad Rogan, then glanced back at himself. At fifteen, Leon weighed barely a hundred pounds. His arms and legs were like chopsticks.

"There is no justice in the world!" Leon announced.”**

Connor "Mad" Rogan, czyli główna postać męska sprawia zaś wrażenie socjopaty nieźle funkcjonującego w społeczeństwie. O ile funkcjonowaniem można nazwać ukrywanie się po kątach wielkiego domu i nie nawiązywanie jakichkolwiek głębszych relacji z innymi ludźmi. Rogan jest Pierwszym, czyli użytkownikiem magii na bardzo wysokim poziomie. Specjalizuje się w telekinezie i w tej dziedzinie przerasta talentem innych Pierwszych. Ludzie najzwyczajniej się go boją, a zarazem podziwiają. Sama społeczność użytkowników magii jest dość specyficzna. Andrews tym razem bowiem proponuje czytelnikom świat identyczny do naszego z tą małą różnicą, że w XIXw. odkryto magię, która przenosi się w kodzie genetycznym. Co silniejsi użytkownicy zaczęli się więc wiązać z osobami, z którymi mają szansę spłodzić jak najbardziej "magiczne" potomstwo. W ten sposób powstały Domy - zbiór najsilniejszych rodzin rządzących miastami, wyznaczającymi prawo. Rogan nie tylko należy do jednego z najsilniejszych domów, ale jest też i jego głową, przywódcą. Samych członków co silniejszych rodzin uważa się za pewnego rodzaju celebrytów. Posiadają oni nawet coś w rodzaju odpowiednika "pudelka", na którym pojawiają się ploteczki z życia magicznych. Serio, serio. :-)

Świat stworzony przez Andrewsów jest z jednej strony do ułudy podobny do naszego, a z drugiej całkiem odmienny. Przyznaję, że bardzo spodobało mi się to, jak autorzy pomału przyswajają czytelnika z wykreowaną rzeczywistością, jak pomału dodają nowe, ciekawe wątki, które zapewne będą kontynuowane w następnych częściach. W Burn for me czytelnicy mają szanse nie tylko przyswoić wiele użytecznych i interesujących informacji na temat całego uniwersum, ale także poznać postać, która ma wiele szans na miano głównego villiana i  delikatnie otrzeć się o problemy, z jakimi głowni bohaterowie będą mierzyć się w przyszłości. 

I zanim skończę, chciałabym głośno powiedzieć, że z BfM ŻADEN PARANORMAL. Chociaż Ilona mocniej akcentuje tutaj niektóre sceny między bohaterami i wprowadza pomiędzy nich interesujące napięcie, nie nadałabym tej książce łatki paranormal romance. Nawet przez tą głupiutką okładkę. Być może w następnych częściach będzie z tego jakiś PR, ale nawet jeśli już, to jestem pewna, że tak napisany, że mogłabym go przeczytać. 

Poza tym cieszmy się, cieszmy się moi mili, że następna część jeszcze w tym roku. Już nie mogę się doczekać. O wydaniu tych książek przez polskie wydawnictwo nie marzę, może jak w końcu na mojej półce staną wszystkie dotąd wydane części Kate Daniels (czcze nadzieje). Bez wątpienia jest to jednak pozycja, którą warto poznać, nawet z niewielkimi umiejętnościami językowymi. Cóż mogę jeszcze dodać? Chyba obowiązkowe #TeamRogan i podsunąć Wam pod nos ten cudowny prezent od Andrewsów. I powiedzcie mi, jak nie kochać tych autorów? 

* Za każdym razem, kiedy przechodzicie obok BfM obojętnie, umiera jeden słodki, superprzystojny, zabawny i do pokochania od zaraz socjopata w stylu Mad Rogana. 
NIE TWÓRZMY NOWYCH GATUNKÓW ZAGROŻONYCH!
** Cytat z książki, wykorzystany na potrzeby recenzji (czyt. ukazania uroczo rozwijającej się jedwabistości u piętnastoletniego Leona). 
  

Również może Ci się spodobać

6 nie zagryzła klawiatura

  1. Agata Włodarczyk8 czerwca 2015 23:37

    I oni nie zdążyli z "White Hot" na listopad ;_____; Będzie w 2016 ;_____; / pozdrowienia od Wiedźmy, u mnie BfM też na specjalnej półeczce, nawet pomimo okładki.

    OdpowiedzUsuń
  2. NIE! (rozdzierający krzyk). Liczyłam na ten listopad tak bardzo. :(
    A co do okładki - jestem niemal na 100% pewna, że był to zabieg promocji, żeby zainteresować Iloną też nie-urban-fantastyczne grono czytelników. Cóż, to nie zmienia faktu, że ta okładka (wstawi jakikolwiek synonim słowa ohyda).


    Dzięki Wiedźmo, miło mi cię gościć w mych skromnych progach! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Agata Włodarczyk9 czerwca 2015 00:33

    Jakiś czas temu dali znać na blogu, że przez trasę promocyjną Kate, nie zdążą napisać powieści na poziomie, który by ich satysfakcjonował (ciągle przez to płaczę). W zamian dokończyli "Sweep in Peace".
    A okładka rzeczywiście jest dziełem marketingowców - ale też Avon wydaje głównie romansidła, więc jej stylistyka jest dość oczywista :)

    Podglądam Cię od dłuższego czasu ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Cóż, myśląc logicznie, to niby jednak lepiej, jeśli wydadzą książkę w 2016. Mniej logicznie jak najbardziej chcę ją teraz. :-D
    Poza tym dobrze wiedzieć, że kiedy czasy Kate dobiegną końca, o czym na razie wolę nie myśleć, Ilona wciąż będzie pisać świetne, wciągające książki. Przynajmniej taka jedna pociecha zostaje.


    Odbiegając trochę od BfM, jestem ciekawa tych następnych części Kate. Ponoć Andrewsi podpisali na nie umowę, ponieważ chcieli opowiedzieć całą historię do końca, nie pozostawiając żadnych niedomówień. Siódma część jednak wiele zmienia i zaczynam się zastanawiać czy po niej to Roland wciąż zostanie "głównym złym", czy fabuła będzie krążyć wokół innych postaci.
    Czytałaś już może tę najnowszą część? :3

    OdpowiedzUsuń
  5. Agata Włodarczyk11 czerwca 2015 01:04

    Ja mam nadzieję, że nawet, jak Kate się skończy, zafundują nam wiele, wiele, wiele nieprzespanych nocy spędzonych na czytaniu, krzyczeniu na książkę i zawałach serca, bo nasi bohaterowie wpadają w kolejne i kolejne tarapaty. BFM przeczytałam w jeden dzień. To był cudowny dzień.


    Magic Breaks? Tak, mam przeczytane, przeżyte, przepłakane i odliczam dni do sierpnia, kiedy wyjdzie kolejna część (zamówienie złożone, zapłacone, zostało mi po wysłaniu obsesyjne sprawdzanie skrzynki na listy). Ja mam nadzieję, że oni naprawdę pomyślą o napisaniu książki z Hugh, jak sobie z nas zażartowali 1 kwietnia ;)) Bo to naprawdę mógłby być wyczyn, a na dodatek zostalibyśmy jeszcze w tym świecie. No i chyba Dali z Jimem mają coś dostać.

    Ja chcę jeszcze, już ;____;

    OdpowiedzUsuń
  6. Ostatnio czytałam cudowne opowiadanie z Dali i Jimem z antologii "Night Shift". Ilona już wyjaśnia tam trochę rzeczy w związku z ich relacją + z tego co zrozumiałam jest to chyba opowiadanie mające miejsce podczas "Magic Rises", kiedy Kate i Curran nie są obecni w Atlancie. Ale i tak po cichutku liczę na całą książkę z Jimem i Dali, a nie ledwie opowiadanie. :-)


    Najbardziej powalająca jest chyba teraz dla mnie Dina i "Sweep Peace", gdzie Ilona wykorzystuje cudowne plot twisty, łączy różne światy, wprowadza bohaterów, których myślałam, że już więcej nie spotkam. Tyle rzeczy do kochania! :3

    OdpowiedzUsuń

Prenumarata :)

zBlogowani

zBLOGowani.pl