Magia i morderstwo na ulicach miasta #1

11:33

Źródło

Weszła cicho do ciemnego i opuszczonego budynku, nie wiedząc dokładnie, czego szuka. Za oknami zabitymi dechami szumiał wiatr, lecz poza tym noc była bardzo spokojna. Światło z pobliskiej latarni przenikało przez grube szczeliny w deskach, dzięki czemu do środka wpadał jego blask. Gdy rozejrzała się po wnętrzu, zauważyła, że kilka metrów przed nią leżało nieruchomo ciało. Podeszła bliżej. Nagle usłyszała, jak coś poruszyło się za nią i…


Jej wzrok padł na wychudzonego, bezdomnego kota. Strach jednak nie przeszedł. Nie po tym, jak znów spojrzała na zwłoki, zauważając, że zostały rozszarpane. Nie istniało miejsce, które nie zostało ugryzione czy pokąsane. Brakowało dużych kawałków mięsa, gdzieniegdzie widoczne były już kości. Zauważyła też, że brakuje prawej dłoni, po której został tylko zakrwawiony kikut, a z rozerwanego brzucha zniknęły wszystkie wnętrzności. Gdy zaskrzypiały za nią drzwi wejściowe, przeczuła, że tym razem lepiej będzie się schować. Co tak zmasakrowało ofiarę? Dzikie zwierzę? Psychopatyczny morderca, a może… wilkołak?

Horror, kryminał czy jedno i drugie?
Jednak czy aby na pewno w tej historii powinny istnieć wilkołaki? Może wypadałoby, aby było to jakieś bardziej logiczne wyjaśnienie? Zależnie od tego, z której półki zdejmujemy książkę w księgarni, nastawiamy się na konkretny gatunek literacki. Jeśli stoimy przy regale z horrorami, a akcja w powieści, którą trzymamy w ręku, będzie podobna do tej przedstawionej powyżej, będziemy mieli podstawy, aby sądzić, że ofiarę zabiło coś nie z tego świata. Coś strasznego, wywołującego dreszcze, prawdopodobnie nic, co moglibyśmy logicznie wyjaśnić. Inaczej jednak sytuacja miałaby się z kryminałem czy powieścią detektywistyczną – tutaj nie ma miejsca na potwory spod łóżka czy koszmary zalegające na dnie naszej szafy. I nie, nie mówię tu o zapomnianych, niedojedzonych kanapkach, swetrach z dziwnymi wzorami prosto od kochających babć czy o czymkolwiek potwornym, co człowiek w tym miejscu może trzymać. Raczej o niechcący przywołanych demonach, niechętnych do odejścia wymyślonych przyjaciołach i wrogo nastawionych wróżkach chrzestnych.

Sytuacja ma się jednak trochę inaczej, kiedy złapiemy w rękę powieść z pokrewnego, a jednak trochę odmiennego gatunku. W urban fantasy nie będziemy mogli zdyskwalifikować pewnych rozwiązań fabularnych jedynie z powodu gatunku książki. Tutaj po prostu będziemy musieli czytać dalej. Czytać i się zastanawiać, czy to był „zwykły” psychopata czy może jednak wilkołak. A co jeśli był to psychopatyczny wilkołak? Możliwości zaczynają się mnożyć, nagle wszystko wydaje się bardziej prawdopodobne. Gdzie takie rzeczy są możliwe? Oczywiście w urban fantasy.

Wdzięki bękarta
Samą charakterystykę podgatunku doskonale wyjaśnia sam George R.R. Martin we wstępie do zbioru opowiadań utrzymanych w podobnym klimacie. W antologii, która nosi tytuł: Chodząc nędznymi ulicami Martin nazywa urban fantasy bękartem zrodzonym z horroru i powieści detektywistycznej. Jest to jednak dziecko jedno na milion, potomek, który odziedziczył po rodzicach to, co w nich najlepsze. Dzięki temu sięgając po jakąkolwiek powieść zaliczającą się do tego gatunku, otrzymacie historię inteligentnego, nie raz wpadającego w kłopoty, bohatera – zazwyczaj, choć nie zawsze – detektywa, który oszczędza każdy grosz, posiada magiczne zdolności i nie boi się chadzać po ponurych częściach miasta. Dodajcie do tego także mnóstwo potworów, o jakich wam się nie śniło i zagadkę do rozwiązania, a otrzymacie samą esencję urban fantasy.

Co interesujące, nazwa podgatunku pojawiła się już w latach osiemdziesiątych, kiedy powstała powieść Emmy Bull. We wstępie do Wojny o dąb sam Andrzej Sapkowski opisał urban fantasy jako: „Utwory, w których magia wśród kwadrofonicznego łomotu rock and rolla i ryku Harleyów, wkracza do betonowo-asfaltowo-neonowej dżungli naszych miast. (...) Wraz z nią wkraczają mieszkańcy magicznych krain. Najczęściej po to, by cholernie narozrabiać”.

Powyższy fragment wciąż doskonale ukazuje charakter urban fantasy, jednak sam podgatunek od tamtego czasu bardzo ewoluował. To nie są już tylko magiczne istoty wyskakujące przed naszego nic nieświadomego bohatera, niczym diabeł z pudełka. To nie są tylko faerie wprowadzające zamęt w mieście, do którego przybywają, aby urządzić sobie „małe” zawody. Kiedy sięgniesz dzisiaj po jedną z powieści urban fantasy, dostaniesz niebezpieczne, tętniące nocnym życiem miasto i mroczne, często zapomniane uliczki, którymi spacerują stworzenia nie z tego świata, lecz czujące się jak najbardziej na swoim miejscu pośród magicznego zgiełku i okrutnych morderstw. Tutaj technologia przegrywa z dobrym zaklęciem czarownicy, zmiennokształtni prowadzą agresywną politykę przeciw wampirom, a sukuby szukają ofiar na każdym rogu. Gdzieś tam, pośród tego wszystkiego, znajdziecie przymierającego głodem detektywa czy pewną siebie ekspolicjantkę, ponurego egzorcystę albo po prostu bohatera, który znalazł się w niewłaściwym miejscu i o niewłaściwym czasie. Dopiero wtedy zaczyna się prawdziwa zabawa.


Źródło
Żeby nie było, że zapomniałam, bo nic z tych rzeczy - Kate Daniels rulezzzzz!

Spłukany heros to wciąż heros
Choć tak być oczywiście nie musi, autorzy powieści urban fantasy mają porażającą skłonność do podstawiania w roli głównego bohatera biednego, ale jeszcze niegłodującego (!), detektywa, który na pewno miałby więcej klientów, gdyby tylko zrobić mu lepszą reklamę. No, albo może przynajmniej poprawić reputację. Zazwyczaj większość z nich to prawdziwi twardziele, z którymi zadzierają tylko silni i głupi. A głupich jest wielu, dodajmy dla rozjaśnienia sytuacji. Wcale nie trzeba być największym fanem gatunku, aby po zapoznaniu się z kilkoma powieściami, móc bez zastanowienia wymienić przynajmniej trzy, w których główny bohater ma na raz problemy finansowe, uczuciowe oraz magiczne. Sama w pierwszym szeregu postawiłabym Felixa Castora z Mojego własnego diabła, Harry’ego Dresdena z Frontu burzowego oraz Johna Taylora z Czegoś z Nightside.

Powinnam chyba też w podtytule napisać „heroiny” zamiast „herosi”, ponieważ w urban fantasy przeważają silne, odważne bohaterki. To do półki z urban fantasy powinniście skierować swoje kroki, kiedy chcecie poznać historię kobiety-mechanika, która dodatkowo jest kojotem i ma interesujące kontakty z... tutejszą chmarą wampirów oraz watahą wilkołaków. Mercedes Thompson z Zewu księżyca chętnie wytłumaczy wam, jak trudny to żywot. Szukacie powieści z byłą agentką magicznego odpowiednika FBI, która mieszka w opuszczonym kościele i bardzo stara się utrzymać przy życiu? Rachel Morgan z Przynieście mi głowę wiedźmy jest już specem w ratowaniu własnego życia, co nie oznacza, że nie uratuje i twojego, jeśli zgłosisz się do „Wampirycznych Amuletów” – jej nowej agencji detektywistycznej. Czy wspominałam, że prowadzi ją z przyjaciółmi: żyjącą wampirzycą i dziesięciocentymetrowym, skrzydlatym pixy, którego można porównać do Dzwoneczka Disneya? Tylko nie pytajcie o krew i pieniądze. To drażliwe tematy przy ich stole.

Magia na polskich ulicach
Powieści urban fantasy zajmują bardzo wysokie pozycje w rankingach bestsellerów w USA i chociaż wiele tytułów, które wymieniłam wyżej, przyszło do nas zza granicy, nie oznacza to, że nie dysponujemy polskimi tytułami z tego podgatunku. Dora Wilk ze Złodzieja dusz znalazła już wielkie grono czytelników, a Aneta Jadowska, autorka cyklu o jej przygodach, pisze kolejne powieści, które dzieją się na ulicach Torunia. Gdy mówimy zaś o Wrocławiu, warto wspomnieć o Szamance od umarlaków Martyny Raduchowskiej czy powieści Marty Kisiel pod tytułem Nomen omen. Ważnym twórcą polskiego urban fantasy jest też Jakub Ćwiek, autor czterech części Kłamcy.

 Urban fantasy to podgatunek, w którym coś dla siebie znajdą nie tylko fani horroru czy kryminału, lecz także czytelnicy poszukujący powieści o wciągających losach silnych, niedających się oszukać, pewnych siebie bohaterach. Kiedy na ulicach miasta króluje magia i morderstwo, możesz założyć, że najbliższa pełnia będzie twoją ostatnią. Lepiej też nie kupować amuletów od wiedźmy z szemraną reputacją ani nie zakładać, że gdy poleje się krew, będzie to wina wampira.

___________________________________
Artykuł po raz pierwszy pojawił się w jednym z numerów tygodnika Outro

Również może Ci się spodobać

0 nie zagryzła klawiatura

Prenumarata :)

zBlogowani

zBLOGowani.pl