Lustereczko, powiedz przecie, kto jest najstraszniejszy we wszechświecie?

21:21

Źródło
Powyższą grafikę wstawiłam jeszcze przed napisaniem wpisu i to był ogromny błąd. Już usunęłam chyba z pięć wersji początku tej recenzji. Serio. Ta kiwająca się głowa mnie dekoncentruje. Przeraża. Jak całe opowiadanie, zresztą. 


Zacznijmy od tego, że gdyby nie uwaga o Fairest mojej koleżanki, która nie mogła się jej doczekać, nie przeczytałabym tej krótkiej nowelki do dziś. Z całej Sagi księżycowej Levanna jest najmniej interesującą mnie bohaterką, a i jej geneza nie dała rady mej obojętności. Niestety premiera Winter rozciągnęła się w czasie, naprawdę nie miałam co czytać i... tak jakoś wyszło, że sięgnęłam po Fairest. Czy doznałam wiekopomnego olśnienia i pokochałam bohaterkę? Nie. Jestem za to pod wielkim wrażeniem, jak Marissa Meyer, ta sama Marissa, która wykreowała naiwną, wielkoduszną Cress, potrafiła stworzyć skrzywdzoną i pokręconą w każdym aspekcie Levannę. 
To nie mogło udać się przez przypadek. 

Myślę też, że nie przypadkowo Fairest wyszło tuż przed Winter. W tej krótkiej nowelce czytelnik dowiaduje się bowiem, że Levanna nie jest zła, BO TAK. Tylko coś ją do tego popchnęło. I nawet jeśli znajdzie się większe grono czytelników podobnych do mnie, czyli obojętnych przyczynom działań tej bohaterki, wciąż zapoznanie się z genezą postaci jest istotne dla reszty - a raczej już końcówki -  historii. Czytając pierwsze części Sagi księżycowej byłam pewna, że Levanna należy do gatunku villiana pospolitego, czyli zemsta, władza nad światem, po trupach do celu, nie dostrzeganie puchatych, słodziaśnych króliczków. W Fairest okazuje się jednak, że jest to postać o wiele bardziej skomplikowana. Levannie nie zależy na władzy nad światem - przynajmniej nie dla samej władzy, jako celu głównego. Ona chce władać, ponieważ jest całkowicie pewna faktu, że będzie władczynią najbardziej sprawiedliwą. Wie, że jest stworzona do sprawowania władzy. Wie, że jest w tym najlepsza. Wie, że może był władczynią doskonałą. 
I fakt, że Levanna jest tak bardzo o tym przekonana, sprawia, że ta powieść jest taka przerażająca. 

Marissa Meyer przedstawia nam bowiem czarny charakter, który sądzi, że swoimi czynami doprowadzi do większego dobra na świecie. Pokazuje nam najgorszy rodzaj villiana. Villiana z misją ratowania świata. 



Chociaż nie zgadzam się, aby Levanna miała cokolwiek wspólnego z Reginą, ten gif w 99% wyraża większość fabuły Fairest i motywów kierujących bohaterką. 

Rozpoczynamy spacer po przeszłości Levanny w momencie, gdy ta ma 15 lat, jej rodzice dopiero co zostali zamordowani, a władza niedługo ma przejść w ręce jej starszej siostry. Już praktycznie w pierwszym akapicie dowiadujemy się, że nielubiana przez nas Lunarka jest w pewien sposób oszpecona, nie lubi oglądać się w lustrach i praktycznie co dzień wymyśla sobie inną twarzową kreację. I bynajmniej nie mowa tu o sukienkach. 

Co może być dość szokujące (mnie lekko wytrąciło z równowagi), czytelnik już w pierwszym dialogu pomiędzy siostrami zostaje gwałtownie wybudzony przez autorkę z przyjemnego, acz bardzo fałszywego snu pt.: "Channary była mądrą i kochającą kobietą". No nie. Nie była ani trochę. Matką roku też właściwie bym jej nie nazwała, chociaż nie miała zbyt wiele czasu, aby chociaż w tym konkursie wystartować. Co jednak bardziej zdumiewające, to akurat Levanna okazała się tą mądrzejszą, rozważniejszą siostrą. Wraz z rozwojem akcji czytelnik mógł obserwować zachodzące w niej zmiany, cóż... przechodzenie na ciemną stronę mocy szaleństwa, jeśli mogę to tak określić. Na początku jednak to ona była tym wzorem cnót i dobra. Tą pogardzaną, lecz naiwnie marzącą o miłości, spokoju i szczęściu. W pewnym momencie zaczęłam się przyłapywać, że kibicuję jej happy endowi, chociaż od początku przecież wiedziałam, jak to musi się skończyć. 

Najbardziej smutny (z punktu widzenia czytelnika), a także stanowiący największy triumf Meyer (jako pisarki, której udało się to tak dobrze napisać) jest fakt, że odbiorca, czytając Fairest, za każdym razem jest w stanie ze snajperską precyzją wskazać momenty, kiedy wystarczyłoby trochę zrozumienia, albo dobroci okazanej Levannie, aby ta nie stoczyła się z tej krawędzi, na której stała. Meyer kiedy tylko może, stara się udowodnić czytelnikom, że obecną złą Królową, stworzył tłum ludzi krzywdzących wcześniejszą dobrą księżniczkę. Bądź nie potrafiący ją zrozumieć ludzie. Autorka pokazuje jak powoli, acz konsekwentnie w umyśle Levanny rodzą się ponure myśli, pokrętne, czasami wiele mające z szaleństwem plany. Całkiem trudne jest napisanie genezy złego charakteru, który nie zakrawałaby o kicz, albo nie został przerysowany. Marissie Meyer się to udało. 

I chociaż jest to tylko krótka nowelka, uważam, że warto się z nią zapoznać. Może nie tyle, aby mieć pełniejszy obraz obecnych działań królowej, a raczej, aby przekonać się, że historia najbardziej obojętnego nam bohatera, może nas zaciekawić i czymś zaskoczyć. 

Również może Ci się spodobać

0 nie zagryzła klawiatura

Prenumarata :)

zBlogowani

zBLOGowani.pl