Przekleństwo zwycięzcy

12:35

Żródło
Będę z Wami szczera – nie miałam zamiaru czytać tej książki. Jej okładka wpadła mi w oko na długo przed polską premierą powieści, ale zarówno ona, jak i dostępny opis bardziej mnie zniechęciły, niż zachęciły, żeby sięgnąć po The Winner's Curse, jak Pojedynek nazywa się w oryginale. Sądziłam, że będzie to historia spod znaku Czerwonej królowej czy – nie daj, Literaturo! – Rywalek. Co oznaczałoby głupiutkie Young Adult z nie bardziej inteligentnymi bohaterami, pięknymi sukienkami i mnóstwem tańców.


Zmieniłam do tej pozycji nastawienie, kiedy parę blogerek, o których wiem, że mają podobny gust do mojego, wystawiło na swoich blogach pełne zachwytów recenzje. Wtedy zdałam sobie sprawę, że Pojedynek nie może przejść mi koło nosa – nawet jeśli zrobił na mnie tak złe pierwsze wrażenie. Cóż, teraz mogę jedynie powiedzieć, że konkretna opinia od zaufanej osoby to pomocne narzędzie każdego zdesperowanego w swych poszukiwaniach czytelnika. Gdybym bowiem nie sięgnęła po powieść Marie Rutkowski, straciłabym mnóstwo świetnej zabawy. 

Pojedynek to wciąż książka, w której pojawiają się piękne suknie i mnóstwo tańców, jednak wykreowani przez autorkę bohaterowie nie sprawiają wrażenia opóźnionych w rozwoju (tak, to przytyk do Americi, przepraszam, już nie będę), a emocjonująca fabuła na długo zapada w pamięć. To co innego niż na przykład Czerwona królowa, która, choć wiem, że mi się swego czasu podobała, to teraz nie mam pojęcia dlaczego. I chociaż wciąż boleję nad raniącą moje oczy okładką czy skandalicznym machnięciem ręką na tak doskonale dobrany do tej powieści tytuł (The Winner's Curse pasuje do tej książki o wiele, wiele bardziej i naprawdę nie wiem, dlaczego nie przełożono tego dosłownie), to jestem gotowa na wszelkie sposoby polecać tę książkę. I muszę dodać, że jest to raczej ten konkretny rodzaj gotowości typu: „Stanę na środku ulicy i będę wpychać Pojedynek obcym ludziom do ręki”. Tak. 

Totalnie jestem gotowa to zrobić. 

Widzicie, powieść Marie Rutkowski to nie jest dobra książka spod znaku guilty pleasure. To jest po prostu dobra książka z wartką akcją, interesującą fabułą i różnorodnymi, dającymi się lubić bądź nienawidzić bohaterami. I, tak, są tutaj tańce i są piękne sukienki. Są też bohaterowie o ładnych licach i gdzieś na krawędzi jednego a drugiego opisywanego wydarzenia rodzi się wątek romantyczny. To jednak wszystkie cechy, które mogą łączyć Pojedynek z podobnymi, wcześniej wydanymi powieściami, co nie oznacza, że nie można znaleźć w niej o wiele, wiele więcej! Marie Rutkowski oddała bowiem w ręce swoich czytelników książkę pełną fascynujących postaci. 

Zaczynając od głównej bohaterki, Kestrel, córki generała, tak bardzo różniącej się od swoich rówieśników, i kończąc na niepapierowych, budzących delikatne zainteresowanie, postaciach drugoplanowych. To jednak protagonistka była w Pojedynku najjaśniej świecącą gwiazdą. Już dawno nie miałam w rękach powieści młodzieżowej, w której występowałaby tak inteligentna, strategicznie myśląca, a przy tym pełna współczucia i lojalności bohaterka, mająca przy okazji koło siedemnastu lat. Jestem pełna podziwu dla Marie Rutkowski, bo wiem, że nawet gdyby stworzony świat nie był interesujący (na szczęście jest), to i tak pewnie sięgnęłabym po kontynuację – ze względu na świetnie wykreowane postaci właśnie. 

Świat wykreowany zaś, jak wspomniałam, jest ciekawy. Mamy tutaj kilka krajów, a właściwie drastycznie różniących się od siebie kultur, które stoją na krawędzi wojny. Co ciekawe, dopiero po kilku tygodniach, gdy zastanawiałam się nad wydarzeniami opisanymi w powieści (tej książki nie da się tak po prostu pozbyć z głowy), dotarło do mnie, jak ubogi jest tutaj ten świat przedstawiony. Nie zrozumcie mnie źle – podczas lektury atakują czytelnika fascynujące, barwne opisy, szeroko rozwinięta różnorodność kultur. Poznajemy różne tradycje i zwyczaje zarówno ludu Kestrel, jak i Arina. Mogłabym się pokusić o stwierdzenie, że Marie Rutkowski sprawia, że zaczynamy zakochiwać się w stworzonej przez nią rzeczywistości. Dlatego też, dopiero kiedy zaczęłam rozkładać fabułę na części pierwsze, zauważyłam, jak mało szczegółów dostajemy w tej części. Autorka raczej posługuje się większym obrazem, jeśli mogę to tak określić, a kiedy dłużej się nad tym zastanowić, rodzi się mnóstwo pytań. Jak na przykład: Jak wygląda reszta świata? Czy całe uniwersum przedstawione w tej historii, to tylko te trzy walczące ze sobą narody? Czy jest coś więcej? 

To strasznie frapujące. Niemniej, książkę czyta się naprawdę dobrze. Mogłoby się wydawać, że głównym fundamentem Pojedynku są intrygi, sekrety i konspiracje, ponieważ tutaj każdy coś przed kimś ukrywa. Prawdziwą sztuką nie jest posługiwanie się mieczem czy szpadą, a raczej niedopowiedzeniami i szantażami. Fabułę powieści mogłabym porównać do dobrze i inteligentnie rozegranej partii szachów, w której przeciwnicy Kestrel, głównej bohaterki, zmieniają się co sekundę. Raz jest to jej ojciec, raz znajomy, innymi razy naprzeciw niej staje sam Arin i w końcu cały jej lud. Czy można jednak grać przeciw tak wielu przeciwnikom i wciąż mieć szansę na wygraną? Obawiam się, że, żeby poznać odpowiedź na to pytanie, będziecie musieli sięgnąć po Pojedynek Marie Rutkowski. 




tytuł: Niezwyciężona 1. Pojedynek
autor: Marie Rutkowski

tłumaczenie: Joanna Wasilewska
tytuł oryginału: The Winner's Curse
data wydania: 18 listopada 2015
ISBN: 9788372295200
liczba stron: 380
kategoria: fantastyka, fantasy, science fiction
język: polski

Również może Ci się spodobać

0 nie zagryzła klawiatura

Prenumarata :)

zBlogowani

zBLOGowani.pl