Książki drugiej szansy, czyli spowiedź mola ksiażkowego

20:00

Źródło
Nie wiem jak to jest w Waszym wypadku, ale u mnie miłość do książki bardzo rzadko jest tą "od pierwszego wejrzenia". Czasem muszę przeczytać całość, żeby przekonać się do danego tytułu, innym razem sięgnąć nawet po kontynuację, żeby być pewną, że podoba mi się to, co czytam. Są też takie powieści, które w ogóle do mnie nie przemawiają. Niektóre rzucam w kąt i całkiem o nich zapominam. Inne wracają do mnie po jakimś czasie - liczonym nawet w latach - i męczą, żebym sięgnęła po nie znowu. Nie zdarza się to regularnie, ale wystarczająco często, abym nadała im osobny tytuł. Nazywam je "Książkami drugiej szansy".
I to właśnie o nich będzie ten post. 


Potrafię być naprawdę nieźle zaskoczona tym, co może się okazać dla mnie właśnie taką "Książką drugiej szansy". Na przykład Obsydian Armentrount. Kto by pomyślał, że kiedykolwiek - jeśli w ogóle -  wrócę do tej serii, którą okrzyknęłam uroczą i zabawną, ale jednak za bardzo głupiutką, żeby sięgać po trzeci tom? Albo Wszyscy chłopcy, których kochałam! Ta powieść dopiero była nijaka. Za pierwszym razem odłożyłam ją po przeczytaniu trzydziestu stron, a rok później - chociaż udało mi się przekartkować ją do końca - i tak do mnie nie przemówiła. Szkoda, bo bardzo ładnie wołała, kusiła, żeby do niej wrócić. Nie to co Czarne kamienie, które z początku nie wydawały mi się niczym szczególnym. Po przeczytaniu głównej trylogii, rzuciłam książki w kąt, żeby przypomnieć sobie o nich po dobrych trzech, albo nawet czterech latach. I co? I zakochałam się po uszy!

Jak więc widzicie, to nie tak, że powieści z rodzaju drugiej szansy, mają jakiś wzorzec. A gdyby miały, wydaje mi się, że byłby nim mój własny gust. Czasem dorastam czytelniczo do jakiejś historii, czasami pozostaję przy pierwszym osądzie. Pozwólcie, więc że przedstawię Wam kilka takich tytułów, które za pierwszym razem ani gram mnie nie wciągnęły, żeby za drugim powalić na kolana. 

Źródło
Kiedy myślę o tym, ile ciekawych książek by mnie ominęło, gdybym nie sięgnęła po nie po raz drugi, natychmiast szukam kostki czekolady. Alkohol też w sumie nie byłby zły

1. Mercedes Thompson, Patricii Briggs

Tak, tak moi drodzy. Po raz pierwszy przyznaję się, że lata temu zgrzeszyłam. Po Zew księżyca, pierwszy tom serii, sięgnęłam chyba tuż po premierze i odłożyłam go, nawet nie dobrnąwszy do trzydziestej strony - przy okazji łamiąc też własną regułę trzydziestu stron. Kiedy wróciłam do tego cyklu po raz drugi, wydany był już tom czwarty. Sytuacja doskonała, wszystkie dostępne części bowiem pochłonęłam w mniej niż tydzień. Od tamtego momentu nie tylko tę serię urban fantasy, ale także twórczość Patricii Briggs w ogóle, zaliczam do ulubionej. Obecnie z ogromną niecierpliwością czekam, aż u nas w Polsce pojawi się siódmy tom Mercy, a za granicą dziewiąty, przy okazji z radością poznając przygody Anny Cornick, wilczycy Omega, wykreowanej w tym samym universum, co Mercy.

2. Seria Lux Armentrount

Do tej serii miałam bardzo mieszane uczucia jeszcze przed premierą książek w Polsce. Na długo przed tym, jak wydawnictwo Filia zdecydowało się wydać u nas twórczość Armentrount (za co na wiek wieków będę im wdzięczna!), ja zdążyłam przeczytać dwa pierwsze tomy, porzucić serię na rok, albo coś koło tego, zniesmaczona głupim zachowaniem głównej bohaterki i ponownie do cyklu Lux wrócić. Kto by przypuszczał, że już od trzeciego tomu, nie wspominając nawet o niesamowitym, niezapomnianym czwartym - do dziś moim ulubionym - czeka mnie tutaj taka wspaniała przygoda? Obsydian jest nijaką powieścią, stwierdzam to nawet dzisiaj, kiedy znów jestem świeżo po lekturze tej części, tym razem w języku polskim. Zbyt często podczas czytania myślałam o Zmierzchu czy Jestem numerem cztery, żeby serio potraktować Obsydian. Poza tym jest to powieść, cóż, głupiutka, którą ratuje tylko obecność Daemona i Katy oraz ich epickich dialogów. Warto jednak powzdychać nad infantylnością pierwszego tomu i podenerwować się nad prawdziwą głupotą zawartą w drugim, żeby dostać moc prawdziwych cudowności w następnych trzech częściach. 

Źródło
Oto ja, tłumacząca znajomym dlaczego tak bardzo myliłam się co do danej książki, jak bardzo jest boska i dlaczego wszyscy na świecie powinni ją przeczytać. WSZYSCY

3. Czarne kamienie Anne Bishop

Tutaj mogłabym napisać całą epopeję, a i ta prawdopodobnie nie udałoby mi się w niej zawrzeć moich odczuć co do serii Czarne kamienie, która jest dzisiaj jedną z moich ulubionych serii książkowych ever. Cóż mogę powiedzieć? Gdy po raz pierwszy sięgnęłam po Córkę krwawych i resztę głównej trylogii, powieści mi się podobały, ale zwyczajnie między mną a książkami nie było tej chemii, która sprawia, że włącza mi się tryb miłości i fanienia. Do universum Czarnych kamieni wróciłam krótko po zakochaniu się od pierwszego wejrzenia w innej pozycji Anne Bishop, a mianowicie Pisanym w szkarłacie. Ta powieść tak bardzo mną zawładnęła, że - nie mając pod ręką kontynuacji - sięgnęłam po całą resztę książek Bishop. I pisząc "całą resztę", mam na myśli dwa miesiące wyrwane z czytelniczego życia i jakieś piętnaście książek. Tak. Nawet słowa "mega fiksacja" nie oddają mojej szajby na punkcie twórczości Anne Bishop. Teraz trochę z tego żartuję, ale te dwa lata temu wcale nie było mi do śmiechu. Przeczytałam genialną powieść i musiałam czekać rok na kontynuację. ROK. To cierpienie każdego czytelnika. Jedynym dobrem, które z tego wynikło, była właśnie seria Czarnych kamieni, w której się zakochałam po uszy. 

4. Protektorat parasola Gail Carriger 

A to jest ta seria, moi kochani, podczas czytania której narodziła się moja reguła " Czytaj do trzydziestej strony". Nie wydawaj żadnych osądów do trzydziestej strony. Powstrzymaj się i czytaj dalej. Nie ważne, że nudne, że napisane opornym językiem. Nie ważne, że boli. Czytaj dalej. Jak będziesz czytać dalej, możliwe, że w końcu spotka cię coś miłego. Jeśli mowa o cyklu Protektorat parasola i pierwszej części tej serii, Bezdusznej, dokładnie pamiętam, kiedy spotkało mnie to "coś miłego". Na dwudziestej siódmej stronie książki. 

Źródło
Szybkość, z jaką przewracam następne strony, kiedy okazuje się, że książka jednak jest dobra. 


5. Mroczne szaleństwo Karen Marie Moning

Z tą serią był taki problem, że musiałam przeczytać wszystkie pięć części, żeby uświadomić sobie, że się zakochałam. Pierwsza część po drugim podejściu wydawała się ciekawsza, fakt, ale wciąż żadne, ekhem..., szaleństwo. Drugą i trzecią pochłonęłam jak gąbka wodę, a w czwartą wsiąkłam na dłuższy czas, w końcu przyznając przed samą sobą, że jakoś tak mi szkoda opuszczać ten świat. I w końcu nadszedł czas na piątą, Shadowfever (WCIĄŻ w Polsce nie wydaną *płacze w kąciku*). Chyba nie jestem w stanie wyrazić słowami, jak mocno Shadowfever wymiatało od pierwszych akapitów. To była epicka, miażdżąca powieść, na którą jak najbardziej warto było czekać. Gdybym wiedziała, że pod koniec cyklu czeka mnie COŚ TAKIEGO, nigdy nie zastanawiałabym się dwa razy czy warto wrócić do serii Moning. Zrobiłabym to bez żadnego namysłu. Całą serię wciągnęłam kilka lat temu i od tamtego czasu, wracam do niej przynajmniej raz do roku. Tak dla odświeżenia i z przyzwyczajenia. Jednocześnie też czekam na następne powieści z universum MacKayli Lane, które Moning wciąż pisze. Szkoda tylko jednego - że muszę zadowolić się oryginałem. Najchętniej wszystkie te książki postawiłabym na swojej półce. Niestety, obecnie to niemożliwe. 

To moje top 5, które przychodzi mi na myśl, kiedy mam szybko wymienić kilka powieści "drugiej szansy". Oczywiście jest ich o wiele więcej i nie wszystkie po drugim przeczytaniu  są tak wspaniałe. Większość wciąż jest druzgocącym niewypałem, inne wciąż wołają o pomstę do nieba. Jednak tak długo, jak od czasu do czasu będę przekonywała się po "drugim razie" do takich perełek, jak wymieniłam powyżej, jestem gotowa wciąż do większości porzuconych powieści wracać. Absolutnie piszę się na to każdą swoją kończyną.  

Również może Ci się spodobać

0 nie zagryzła klawiatura

Prenumarata :)

zBlogowani

zBLOGowani.pl