Nadszedł czas łotrzyków i szelm, czyli o antologii Martina i Dozoisa

15:39

Źródło

No dobra. Nie potrafiłam się powstrzymać, więc ta notka jest sponsorowana przez mojego ulubionego łotrzyka, Killiana Jonesa

Moją pierwszą myślą po przeczytaniu kilku stron antologii Łotrzyki było to, że mogłabym go polubić tylko przez wstęp George’a R.R. Martina. Naprawdę. Podobne odczucia miałam przy Bękarcie, czyli krótkiej nocie popełnionej przez autora w zbiorze opowiadań Chodząc nędznymi ulicami i tutaj sytuacja też nie była inna. Widzicie, sięgnęłam po tę pozycję przede wszystkim ze względu na kilka nazwisk. Niekoniecznie zainteresowana tematyką antologii czy resztą historii, chciałam poznać nowe opowiadania moich ulubionych autorów. Jednak podczas lektury wstępu do Łotrzyków czułam, że mogłabym się w tym zbiorze zakochać. 


Później było już tylko lepiej, ponieważ od razu przekartkowałam książkę do miejsca, gdzie rozpoczynała się historia pt.: Jak markiz odzyskał swój płaszcz, Neila Gaimana. Ci, którzy zdążyli przeczytać już moją pełną zachwytów recenzję chociażby Drażliwych tematów, wiedzą, że jestem fanką Gaimana i pochłonęłabym każdy jego twór. A co dopiero, kiedy mowa o Markizie de Carabas z książki Nigdziebądź! Być może, gdybym miała trochę więcej cierpliwości, przeczytałabym opowiadania w takiej kolejności, w jakiej zostały w Łotrzykach ułożone, i mój zapał oraz ekscytacja tą książką trochę by osłabły. Nie jestem jednak osobą szczycącą się wielkimi pokładami cierpliwości (jeśli jakimikolwiek w ogóle), więc zaczęłam swoją przygodę ze zbiorem, prawie że od końca. 
Moje szczęście, bo zaczęłam od tego, co w Łotrzykach najciekawsze. 

Pierwsze historie, takie jak Czasy są ciężkie dla wszystkich Joe Abercrobiego, która otwiera Łotrzyków, czy Gospoda siedmiu błogosławieństw Matthew Hughesa, nie wciągnęły mnie ani o gram. Mało tego! Wynudziłam się przy nich okropnie. Tylko żelazna wola i ośli upór mnie przy nich przytrzymały, ponieważ obiecałam sobie, że poznam każde z opowiadań od deski do deski. Nie lepiej było także podczas lektury Książę Łotrzyka albo królewskiego brata George’a R.R. Martina. Chociaż historia ciekawa, wnosząca coś do uniwersum Gry o tron, nie zaabsorbowała ani nie zaciekawiła mnie tak, jak powinna. 


Źródło

Tak bardzo poważnie. A jedyne na co jestem w stanie patrzeć, to te oczy.









Inna sytuacja miała się z Profesją Gillian Flynn, Tawny Petticoats Michaela Swanswicka czy Rokiem i dniem w starym Theradanie Scotta Lyncha, które bardzo miło mnie zaskoczyły, kiedy zbyt wiele się po nich właśnie nie spodziewałam. Szczególną niespodzianką była dla mnie Flynn, o której wcześniej ani razu nie słyszałam, czy Scott Lynch. Rok i dzień… to nie tylko historia wciągająca, ale także całkiem zabawna. Opowiada o grupie złodziei na „emeryturze”, którzy obiecali, że w zamian za ochronę miasta, gdzie postanowili zamieszkać, nie będą więcej łamać prawa. Jak to jednak często bywa, trudno jest dotrzymać tak niemożliwych obietnic. Grupa łotrzyków pakuje się więc w sytuację bez wyjścia, za to z ogromnym oknem – będącym jednocześnie też powrotem do wcześniejszej profesji. 

Jak pisał Martin w swoim wstępie, łotrzyków można spotkać wszędzie – od powieści obyczajowej po science fiction. Muszę jednak przyznać, że trochę się zdziwiłam, czytając zajmujące Diamenty z Tequili Waltera Jona Williamsa, w których nie znajdziecie ni grama fantastyki. Podobnie również z wcześniej wspomnianą Profesją. Kiedy Williams postanowił za miejsce akcji uczynić plan filmowy, a główny wątek zabójstwo, nawet nie podejrzewałam, że ta historia stanie się tak interesująca. A tam, gdzie Diamenty… były ciekawe i wciągające, Profesja ze strony na stronę stawała się coraz bardziej pokręcona, zaskakująca i mroczna. Gdybym jednak miała z całego zbioru wytypować najbardziej oryginalne opowiadanie, mój wybór padłby na Dzisiejszy seans Connie Willis. Wnioskując z wcześniej przeczytanych historii, myślałam, że czeka mnie kolejna przejażdżka na rollercosterze, kiedy nie mam pojęcia, gdzie dół, a gdzie jest góra. Jak się jednak okazało Williams postanowiła trochę wyłamać się z narzuconego schematu przez wcześniejszych autorów i zabrała mnie na karuzelę. Autorka napisała bowiem ni to obyczajową, ni romantyczną historię z całkiem miło przeze mnie przywitanym wątkiem szpiegowskim. Opowiadanie jest o młodej studentce, która kocha oglądać filmy. Jeszcze bardziej lubiła oglądać je w towarzystwie swojego chłopaka–łobuza, ale ten jakiś czas temu zniknął. A pisząc zniknął, mam na myśli, że wypisał się z uczelni, wymeldował z akademika, z nikim się nie żegnając, a potem odszedł bez słowa. Jak się jednak okazuje, historia ta ma drugie dno, a czytelnicy będą mogli je poznać, kiedy wszyscy bohaterowie pójdą do kina… i odkryją niemały spisek. 


Źródło
Killian Jones aka Hak - jedyny bohater, którego nie wolno wypuścić z domu bez eyelinera

Dobrze, jednak dobrze – przejdźmy do najciekawszej części tego zbioru opowiadań, a są nim dwie historie. Wcześniej wspomniany przeze mnie Neil Gaiman z opowiadaniem Jak markiz odzyskał swój płaszcz z uniwersum Nigdziebądź oraz Drzewo błyskawic, popełnione przez Patricka Rothfussa i mające miejsce w świecie znanym nam z powieści Imię wiatru. Historię Gaimana oczywiście z miejsca pokochałam. Było zabawnie, dziwnie, trochę mrocznie i oczywiście magicznie, czyli tak, jak to tylko Gaiman potrafi. Poza tym możliwość powrotu do Londynu Pod było swojego rodzaju osobnym prezentem, który niezmiernie mnie ucieszył. Jeśli zaś chodzi o Drzewo błyskawic, to musielibyście zobaczyć moją reakcję, żeby zrozumieć, jak bardzo ucieszyłam się na to opowiadanie. Imię wiatru to jedna z moich ulubionych książek fantastycznych, jedna z lepszych, jakie przeczytałam w całym moim życiu. Niestety po Strachu mędrca, drugiej części tej trylogii, Patrick Rothfuss wciąż nie napisał ostatniej części. Części, na którą bardzo niecierpliwie czekam. I wtem, w tym oto zbiorze opowiadań, pojawiła się historia o jednej z ciekawszych postaci, jaką jest Bast. Pozornie chłopiec na posyłki, tajemniczy bohater okazuje się kimś o wiele, wiele więcej. Drzewo błyskawic to – nawet z tak dobrą konkurencją, jaką jest Jak markiz… – moje ulubione opowiadanie w Łotrzykach. Ciekawie napisane, genialnie skonstruowane, zaskakujące i pozwalające czytelnikowi choć na moment wrócić do uniwersum Imienia wiatru. Czyż mogłabym wymagać więcej? 

Jak więc mogliście zauważyć, w Łotrzykach zawarto skrajnie różne opowiadania pod względem jakościowym. Czy więc warto po ten zbiór opowiadań sięgnąć? To całkiem ważne pytanie, kiedy mowa o porządnym, ciężkim, prawie tysiąc stronicowym tomisku. Pomimo faktu, że przy niektórych historiach oczy same mi się zamykały, a żałosne westchnięcie jakoś tak niekontrolowanie uciekało, wciąż jestem gotowa Wam tę książkę polecić. O nieciekawych opowiadaniach szybko zapomnicie, a uwierzcie mi na słowo!, do tych zapadających w pamięć nie raz powrócicie. Poza tym, rzadko nadarza się okazja, aby za jednym razem poznać tyle nieznanych, ciekawych nazwisk. Może Łotrzyki to droga do następnych fascynujących i wciągających światów? Byle tylko nie były tak niecne i niegodziwe, jak niektórzy bohaterowie w tej antologii. 






George R.R. Martin & Gardner Dozois
tytuł: Łotrzyki
tłumaczenie: Jakuszewski Michał, Kuś Piotr, Szczepańska Joanna
tytuł oryginału: Rogues
data wydania: 16 listopada 2015
ISBN: 9788377857779
liczba stron: 998
kategoria: fantastyka, fantasy, science fiction

język: polski






Recenzję można przeczytać także na portalu Gavran. 

Również może Ci się spodobać

0 nie zagryzła klawiatura

Prenumarata :)

zBlogowani

zBLOGowani.pl