Tam dom Twój, gdzie serce Twoje

17:12



Brooklyn to jedna z tego rodzaju produkcji, które z ogromną wprawą grają na moich emocjach. Film świetnie przedstawia bowiem tę specyficzną tęsknotę, która pojawia się właśnie po przeprowadzce do obcego kraju. Nigdy nie tęskniłam tak bardzo za domem, jak w pierwszych miesiącach po przeniesieniu się do Niemiec. Chociaż nie przeniosłam się sama, a z najbliższą rodziną, ten stopniowo pojawiający się smutek w końcu okazał się przygniatający. Nie tęskniłam za własnym łóżkiem czy normalnym posiłkiem, jak to zwykle miało miejsce przy każdej mojej dłuższej podróży. Tęskniłam za głośnym śmiechem przyjaciółki, kiedy udało mi się ją rozbawić. Za wymianą grzecznościowych uśmiechów ze znajomym kierowcą autobusu. Za zapachem książek w miejskiej bibliotece (ta moja tutaj pachnie inaczej). Za krótką rozmową z babcią, zaraz po powrocie do domu. Za samotnym wyjściem do kina na film z polskimi napisami (tutaj wszystko jest dubbingowane KAŻDY. JEDEN. FILM). Nagle okazało się, że te wszystkie rzeczy, do których byłam tak przyzwyczajona, że przestałam zauważać ich obecność, zniknęły. Bezpowrotnie. I mogłam zrobić tylko jedno - zacząć tworzyć ich zamienniki i poukładać wszystko od nowa.


Brooklyn zaś to film, który świetnie uwydatnia te wszystkie rozterki i kłopoty, przez jakie mogą przechodzić osoby szukające pracy i lepszego życia w innym kraju. Irlandia, lata pięćdziesiąte. Główną bohaterkę, Eillis Lacey, poznajemy, gdy ta oświadcza swojej pracodawczyni, że zamierza wyjechać z Irlandii. Tak naprawdę nie poznajemy pobudek, jakimi się kieruje czy dokładniejszych przyczyn podjętej decyzji. Co prawda, niedługo po pierwszych scenach jest wprost powiedziane, że Eillis chce lepszego życia. Wyjeżdża, bo w Irlandii nie ma pracy. Wyjeżdża, bo nie ma perspektyw, nie ma przyszłości.  Nie pomogło mi to jednak pozbyć się myśli, że wyglądało to wszystko tak, jakby tę decyzję podjęła starsza siostra Eillis, która zresztą wszystko jej też zorganizowała, a nie sama dziewczyna. W filmie pojawia się później jeszcze kilka podobnych zgrzytów, kiedy widz podważa decyzje bohaterów. To przypomina trochę sytuację, kiedy ktoś mówi jedno, a robi drugie. w Brooklynie przedstawione nam postaci czasem bezpośrednio słowami wyrażają swoje zamiary w całkiem odmienny sposób niż później czynami. Nie zmienia to jednak faktu, że przez dwa dni byłam głucha na jakiekolwiek krytyczne uwagi dotyczące filmu, bo tkwiłam w zauroczeniu.


Źródło
Gdy na ekranie pokazały się napisy końcowe, byłam zachwycona filmem. Jego urok trwał przez kolejne dwa dni, dopóki nie zaczęłam pisać recenzji i wyszukiwać wad. A jest ich kilka. 

John Crowley stworzył ciepłą, wzruszającą historię, która nie raz chwyta za serce. Brooklyn jest adaptacją książki o tym samym tytule. Niestety jej nie czytałam, więc nie porównam jednego do drugiego. Żałuję, ponieważ jestem bardzo ciekawa czy lektura powieści wzbudziłaby we mnie tyle emocji, co obejrzenie filmu. Produkcja od czasu do czasu balansuje na krawędzi wpadania w oklepane motywy, ale koniec końców, udaje się jej wyjść zwycięsko z tej potyczki. Po seansie nie raz usłyszałam, że wątek kwitnącej między dwojgiem bohaterów miłości (co nie jest spoilerem, ponieważ, niestety, pojawiło się w zwiastunie) jest oklepany. Czy jednak właśnie nie na tym polega zapuszczanie korzeni w nowym miejscu? Na tworzeniu więzi, relacji z innymi ludźmi? Całkiem przystępnie został później postawiony także dylemat głównej bohaterki, która została postawiona przed wyborem - życie w USA w towarzystwie nowych przyjaciół i ukochanego, albo powrót do Irlandii, do domu, rodziny i najbliższych. Brooklyn to słodko - gorzka historia, przy której będziecie płakać i śmiać się na zmianę. 

Spodobało mi się, jak w filmie nasza Eillis ewoluowała z nieśmiałej, niepewnej świata dziewczyny w inteligentną, ambitną i trzeźwo myślącą kobietę. To przede wszystkim zasługa wspaniałej Saoirse Ronan, która pokazała się w Brooklynie od najlepszej strony. Chciałabym widzieć ją w większej ilości tego typu produkcji, kiedy pokazuje, na co ją stać. Jej Eillis jest niesłychanie dynamiczną postacią, która zmienia się praktycznie w każdym momencie filmu trochę bardziej. Jak motyl, chociaż, żeby wyraźniej zauważyć zachodzące w niej zmiany, trzeba porównać Eillis z początku i końca Brooklynu. Wpadającymi w oko bohaterami są także Tony Fiorello (Emory Cohen) oraz Madge Kehoe (Julie Walters). Niestety reżyser ani tym, ani innym postaciom drugoplanowym nie daje szansy na wybicie się. Tony'ego chyba częściej dałoby się znaleźć w zwiastunie, gdzie pojawia się prawie non stop. Za to Walters gra bardzo rezolutną i pełną potencjału Mateczkę Kehoe, niestety, na potencjale jej rola się kończy. Podczas seansu odniosłam wrażenie, że każdy, dosłownie każdy z przedstawionych bohaterów, to tylko pionek w rękach reżysera. Historia maksymalnie koncentruje się na losach Eillis i nie ma mowy, abyśmy na ekranie przez dłuższą chwilę uświadczyli kogoś poza nią. 


Źródło
Brooklyn to film z wieloma ciekawymi postaciami, które nie mają szansy, żeby zabłysnąć. 

Chociaż film wręcz z doskonałym wyczuciem podejmuje temat tęsknoty za domem oraz zapuszczania korzeni w nowym miejscu, to nie tak, że w jakikolwiek sposób porusza inne problemy emigracji do obcego kraju. Eillis nie musi zmagać się z rasizmem. Ludzie nie traktują jej stereotypowo - ja wiem, że to inne czasy, ale nawet nie chcecie wiedzieć, ile razy udało m się usłyszeć, że Polacy to złodzieje. Dzisiaj ze stereotypowym spojrzeniem na obywateli innych krajów spotykam się niemal codziennie, więc nie sądzę, żeby taka Eillis, albo podobna jej dziewczyna, sześćdziesiąt lat temu nie miała z tym żadnego problemu. Już nie wspominając typowych wypominek typu: "Bo ty zabierasz pracę mojej matce/ bratowej/ synowi". Mało tego. Główna bohaterka ma bardzo wyrozumiałą pracodawczynię, która - co prawda - na początku patrzy na nią z góry, ale kiedy potrzeba, zawsze jest jej opoką. 

Na chwilę zostawiając bohaterów Brooklynu w spokoju, muszę powiedzieć, że druga połowa filmu wydaje się mieścić w trochę innej galaktyce niż pierwsza. Ten podział na okres, gdy Eillis przebywa w USA, a kiedy wraca do Irlandii jest bardzo widoczny. To tak, jakby w każdym z tych miejsc przebywała całkiem inna osoba, a nie nasza dorastająca, ambitna kobieta. Eillis nie ma żadnego problemu, aby po powrocie ponownie stopić się z otoczeniem. Codzienność, od której uciekała ją pochłania, a ona zdaje się na to godzić. Rozwiązanie tej sytuacji zaś jest troszkę niedopracowane. Troszkę. I widz zaczyna się gubić, ponieważ nie jest pewien czy Eillis podejmuje swoją ostateczną decyzję w oparciu o to, co już w USA osiągnęła i zbudowała czy w oparciu na to, co w Irlandii jej się nigdy nie podobało i co drogocennego tam straciła. 

Nie będę ukrywać, Brooklyn to film, w którym znajdziecie mnóstwo wad. Aczkolwiek te wady są dostrzegalne dopiero po chwili, kiedy w końcu zdaje się, że ochłonęliście po seansie. Tak naprawdę bowiem produkcja Johna Crowleya to czarująca, ściskająca za serce historia, którą - jestem tego pewna - pokocha mnóstwo osób. Brooklyn bawi, kiedy trzeba, ale też wyciska łzy, gdy przychodzi na to pora. Chociaż akcja filmu ma miejsce w latach pięćdziesiątych, nietrudno jest poruszaną tam tematykę przenieść na aktualne czasy. Trochę tylko szkoda, że reżyser nie wyszedł poza tęsknotę za domem i nie poruszył innych problemów wiążących się z emigracją do obcego kraju. Bardzo ubolewam także nad zmarnowanym potencjałem postaci drugoplanowych, które raczej spełniają funkcję pomagierów Eillis i nic poza tym. 

Nie zmienia to jednak faktu, że Brooklyn ogląda się z prawdziwą przyjemnością. To jeden z tych filmów, do których jeszcze wrócę. Wielokrotnie.     



Również może Ci się spodobać

0 nie zagryzła klawiatura

Prenumarata :)

zBlogowani

zBLOGowani.pl