Powrót na planetę poetów

23:49

Źródło

Czytając Hyperiona, niezwykle silnie zachłysnęłam się opisywaną przez Dana Simmonsa historią. Science fiction to nie jest gatunek, po który sięgam bardzo często, ale pamiętam, że nazwisko pisarza obijało mi się o uszy już od jakiegoś czasu, a kiedy w końcu nadszedł moment, gdy mogłam sięgnąć po jedną z jego powieści, nie wahałam się. Jak pewnie zdążyliście już zrozumieć podczas czytania mojej recenzji Hyperiona, ta książka zawładnęła mną od pierwszych do ostatnich stron. Już dawno nie czytałam niczego, co jednocześnie tak bardzo by mnie oczarowało, wstrząsnęło, a także niemożliwie wciągnęło między swoje stronice. Gdy odłożyłam Hyperiona na półkę, jasnym było, że po kontynuację sięgnę już szybciej niż później. Koniecznie musiałam bowiem się dowiedzieć, jak to wszystko potoczy się dalej. Chciałam jeszcze raz pooddychać powietrzem na Hyperionie, zgłębiać tajemnice siódemki pielgrzymów. To nie była pozycja, która mogła zaczekać. 

Sięgnęłam więc po Upadek Hyperiona. 


Zanim przejdę do swojej opinii, muszę jednak Wam powiedzieć, że w Internecie można spotkać się naprawdę z wieloma pozytywnymi recenzjami kontynuacji niezwykłej historii Dana Simmonsa. Mało tego! Przed rozpoczęciem lektury Upadku Hyperiona mogłam przyrzec, że gdzie tylko nie słyszę tej nazwy, razem z nią idą słowa, że kontynuacja bije pierwszą część na głowę i sam Hyperion to jeszcze nic wielkiego w porównaniu z Upadkiem... . Niestety, jak miło i satysfakcjonująco nie spędziłam czasu przy drugiej części tej serii, nie mogę zgodzić się z podobną opinią. Nie jestem pewna, czy to przez fakt, że - jak wspomniałam wcześniej - Hyperionem na samym początku się zachłysnęłam i ta fascynująca historia orzeźwiła mój już trochę zmęczony i znudzony czytelniczy umysł, ale jednak Upadek Hyperiona nie wywarł na mnie tak ogromnego wrażenia co początek tej niesamowitej serii popełnionej przez Simmonsa. 

Nie zrozumcie mnie źle - nie jest to w żadnym stopniu książka jakkolwiek przeciętna. Jestem pewna, że gdybyście porównali inną, podobną tematycznie powieść do Upadku Hyperiona, to wciąż nie sięgałaby ona twórczości Simmonsa do pięt (rany, jak ten autor potrafi pisać!). Jednak fakt dla mnie pozostaje faktem - Upadek Hyperiona to już nie jest to samo, co sam Hyperion. Pisarz w kontynuacji wprowadza wiele zmian, które w pewien sposób zmieniają dynamikę fabuły, a jednocześnie też ją przeobrażają. Nie ma ona już na przykład struktury szkatułki  - Hyperion był powieścią tak naprawdę podzieloną na siedem części, gdzie każdy z pielgrzymów opowiadał współpodróżnikom swoją historię, jednocześnie też dzieląc się z czytelnikami swoimi losami, przeszłością oraz tajemnicami. Upadek Hyperiona całkowicie odchodzi od tej metody. Akcja kontynuacji rozpoczyna się już od momentu, gdzie w pierwszym tomie pozostawił nas autor i od tego czasu obserwujemy przez oczy przeróżnych bohaterów kolejny rozwój wydarzeń. Nie dochodzi wiele postaci, ale te, które się pojawiają, odgrywają w opisywanych przez pisarza wydarzeniach niebagatelną rolę. Podobnie jest także z kilkoma postaciami, które w Hyperionie raczej trzymały się z tyłu - teraz grają pierwsze skrzypce, wychodzą naprzeciw różnym niebezpiecznym sytuacjom i zagrożeniom oraz podejmują istotne dla dalszych wydarzeń decyzje.

Upadek Hyperiona jest jedną z tych książek, których zakończenie podejrzewa się od samego początku. Ba! Nawet sam pisarz momentami nie zostawia złudzeń, w jaką stronę stara się sprowadzać akcję. Jest to również jedna z tych pozycji, w których największą rolę odgrywają szczegóły. Czytelnik nie martwi się już o sam upadek planety Hyperion - powiedziałabym nawet, że nie ma nawet złudzeń, że bohaterom tego upadku uda się uniknąć. Jednak czytając książkę, przyłapujemy się na tym, że wciąż drżymy o losy pielgrzymów, cały czas nie mamy zielonego pojęcia, kim lub raczej czym tak naprawdę jest sam Dzierzba - mistyczny potwór zamieszkujący Grobowce Czasu na Hyperionie. Nie potrafimy przestać zamartwiać się o postacie, których wątek długo nie powraca. Dan Simmons bowiem prowadzi akcję, posługując się niemałą liczbą charakterów przedstawionych w powieści - nierzadko i tych pobocznych. Oczywiście istnieją kluczowi bohaterowie, od których - jak przeczuwamy - najwięcej będzie zależeć - oni jednakże nie dostają specjalnych względów od pisarza. 

Nie mogę pozbyć się myśli, jakoby zarówno Hyperion, jak i Upadek Hyperiona mogły być jedną, zamkniętą historią. Początkiem i zakończeniem. Chociaż wiem, że przed czytelnikami wciąż dwa tomy serii, a znając Dana Simmonsa, autor pewnie jeszcze nie raz zamiesza w fabule i życiach znanych nam postaci, odkładając Upadek Hyperiona na półkę, nie mogłam odrzucić uczucia, że coś się skończyło. Autor bowiem bardzo sprawnie pozamykał wszelkie istotne dla fabuły wątki, wyjaśnił największe niezrozumiałe czy mętne punkty, które odrobinę uwierały podczas zapoznawania się z historią, budziły pytania. Ach, i oczywiście! Pisarz zostawił niemały cliffhanger pod sam koniec, odrobinę na nowo wzniecając niepohamowaną ciekawość czytelnika. 

Dlatego też, choć z jednej strony niezwykle niecierpliwię się na myśl złapania w swoje łapki kolejnej części z serii Dana Simmonsa, to jednocześnie przeczuwam też, że będę tę najnowszą przygodę w Hyperionowskim uniwersum odbierać jako coś odrobinę znanego, lecz w jakiś sposób także nowego. Obiecałam sobie, że nie będę o tym tomie wyszukiwać w Internecie informacji ani rozmawiać o nim ze znajomymi. Po prostu poczekam. Będę czekać i jednocześnie trzymać kciuki, aby przy trzeciej części znów zadziała Simmonowska magia, a mnie science fiction ponownie tak bardzo oczarowało i zafascynowało. Poczekam na kolejną przygodę.



autor: Dan Simmons

tytuł: Upadek Hyperiona
tłumaczenie: Wojciech Szypuła
tytuł oryginału: The Fall Of Hyperion
data wydania: 4 listopada 2015
ISBN: 9788374805841
liczba stron: 611
seria wydawnicza: Artefakty
kategoria: science fiction

język: polski

Recenzja została opublikowana we współpracy z portalem Gavran. 

Również może Ci się spodobać

0 nie zagryzła klawiatura

Prenumarata :)

zBlogowani

zBLOGowani.pl