Wymazując z pamięci słodycz życia na Ziemi

19:11


Po Stację jedenaście sięgnęłam pod wpływem impulsu, kierowana bardziej instynktem niż usłyszanymi wcześniej o niej rekomendacjami. Nie wiem bowiem, jak to się stało, ale premiera tego tytułu przeszła mi całkiem koło nosa - byłam niezwykle zdziwiona, kiedy dowiedziałam się, że powieść została u nas wydana już w październiku ubiegłego roku! Można powiedzieć: To wcale nie tak dużo, w końcu mowa tylko o kilku miesiącach. Biorąc jednak pod uwagę, że wszelkie nowości i zapowiedzi wydawnicze na polskim rynku śledzę uważniej niż stan własnego konta bankowego, to już coś znaczy.  Po wyłapaniu więc w Internecie takich zlepek haseł, jak podróżująca symfonia, postapo, Szekspir i zabójcza grypa, zaufałam swojemu instynktowi i sięgnęłam po powieść Emily St. John Mandel praktycznie w ciemno. Jak się potem okazało, nie mogłam trafić lepiej, ponieważ Stacja jedenaście to zaskakująca mieszanka pięknie napisanej historii, zgrabnie wplecionych nawiązań do Szekspira oraz mądrego, poruszającego przekazu.  


Pierwszym, co mnie oczarowało w tej powieści, był plastyczny, obrazowy język, jakim posługiwała się autorka. Oczywiście zdaję sobie sprawę z faktu, że w tym przypadku ogromna pochwała należy się także tłumaczowi, który potrafił w tak dobry sposób oddać styl Emily Mandel. Stacja jedenaście to bowiem jedna z tych książek, w których wszelkie opisy smakuje się na końcu języka, szukając także drugiego, głębszego znaczenia. Tutaj słowa bardziej przypominają starannie dobierane puzzle, jakie pisarka układa w tylko znany przez siebie obraz. Od początku do końca lektury, zanim skończyłam dany rozdział, wracałam do fragmentów, które mnie w nim urzekły. Nie przypadkiem do tej grupy trafiły także prawie wszystkie cytaty z pojawiającego się w książce komiksu, który wraz z rozwojem fabuły nabierał niemałego znaczenia dla przedstawianych wydarzeń. 

Choć powieść Emily St. John Mandel ma równy, raczej spokojny rytm i nie doświadczymy tutaj żadnych zrywów akcji czy przyspieszenia tempa prowadzenia narracji, to pisarka nie raz łapie czytelnika na haczyk, posługując się niedopowiedzeniami, tajemnicami czy intrygującymi historiami bohaterów. W Stacji jedenaście to nie tyle przedstawiane przez autorkę wydarzenia są ważne, a raczej relacje pomiędzy różnymi postaciami, ich przemyślenia, marzenia i nadzieje, które rozwijają się na przestrzeni tych czterystu stron. Warto też wspomnieć, że jak na powieść poprowadzoną z punktu widzenia kilku bohaterów, książkę tę czytało mi się niespodziewanie przyjemnie i szybko. Nie jestem zbytnio fanką narracji trzecioosobowej podzielonej aż pomiędzy piątkę postaci, ale w przypadku Stacji jedenaście nie tylko zdało to egzamin, ale także nadało historii niepowtarzalnego, oryginalnego klimatu. 

To bowiem tak jakbyśmy poznawali jednocześnie jedną opowieść z pięciu punktów widzenia, a także pięć innych, również całkiem odmiennych od siebie historii. Losów pięciorga ludzi, które w niebywały, niemożliwy, ale także jakiś naturalny sposób łączą się ze sobą nierozerwalnymi i widocznymi jedynie dla czytelnika więzami.

Nie wspominając już o tym, że poza kilkorgiem bohaterów, którzy prowadzą nas przez opisywane w książce wydarzenia, występuje tu paleta barwnych, intrygujących i całkowicie odmiennych od siebie charakterów. Emily Mandel wspaniale zarysowuje sylwetki wykreowanych przez siebie postaci, niezależnie czy pełnią w fabule niezwykle istotną, czy jakąś pomniejszą rolę. Niesamowicie spodobał mi się tutaj fakt, że niektórzy z nich - przede wszystkim mówię o członkach podróżującej symfonii - nie dostają na kartach powieści nawet imion. Jak udało mi się zauważyć, ci bohaterowie drugoplanowi, którzy pojawiają się na kartach powieści częściej, na przykład Dieter, są nazywani w powieści po imieniu. Istnieje jednak gro postaci, które do samego końca zostają dla nas jedynie gitarą czwartą czy gitarą szóstą, czyli instrumentem, na jakim grają podczas przedstawień. 

Co jednak najbardziej istotne, kiedy mowa o Stacji jedenaście - jest to nie tylko niezwykle urzekająca i fascynująca historia, ale także mądra, błyskotliwie napisana powieść. Chociaż dostajemy do ręki niedużo, bo raptem czterysta stron - taką tradycyjną objętościowo książkę - jeśli mowa o zawartości i jakości, jest to niewątpliwie perełka wśród swego gatunku. Choć trudno tak do końca zakwalifikować tę postapokaliptyczną historię do jednego rodzaju. Wielu czytelników mówi o science-fiction, z czym nie zgadza się sama autorka, a ja muszę przyznać jej rację. Niewiele w tej powieści z sf oprócz samej wizji przyszłości jako takiej, oczywiście. Uważam jednak, że nie trzeba tej książki gdziekolwiek przydzielać, aby dostrzec jej mądrość, sięganie drugiego dna, wywoływaną przez nią refleksję czy melancholię. Emily St. John Mandel w Stacji jedenaście nie tylko pochyla się nad jedną z możliwości tego, jak może wyglądać wizja postapokaliptycznego świata, ale także nad naszą własną rzeczywistością, darowanymi nam możliwościami i różnorakimi ułatwieniami, które już dawno przestaliśmy dostrzegać. 

I w końcu, choć jest to kwestia nie mniej ważna od reszty, pisarka udowadnia nam, że przetrwanie nie wystarcza. Nawet w obliczu końca świata i chaosu, który mu towarzyszy, ludzie są w stanie odnaleźć piękno w sztuce i muzyce oraz czar w opowiadaniu sobie historii.


  

tytuł: Stacja jedenaście
autor: Emily St. John Mandel
tłumaczenie: Magdalena Lewańczyk
tytuł oryginału: Station Eleven
data wydania: 17 listopada 2015
ISBN: 9788361386742
liczba stron: 426,
kategoria: fantastyka, fantasy, science fiction
język: polski

Recenzja została napisana dla portalu Gavran

Również może Ci się spodobać

0 nie zagryzła klawiatura

Prenumarata :)

zBlogowani

zBLOGowani.pl