To the stars who listen, czyli A Court of Mist and Fury

16:51


Zapewne nie będzie dla Was wielkim zaskoczeniem, kiedy napiszę, że lekturę A Court of Mist and Fury przeżywałam bardzo mocno. Czasem, kiedy czytam coś w oryginale, nie potrafię opędzić się od wygłaszania komentarzy w tym samym języku. Kiedy zaś odkładałam ACOMAF na półkę, w głowie kołatała mi tylko jedna myśl - This book literally blew my mind.  Już czytanie A Court of Thorns and Roses sprawiło mi mnóstwo radości i zwróciło wiarę w SJ Maas, która z książki na książkę pisze lepiej, ciekawiej, udoskonalając swój warsztat pisarski. Przy Queen of Shadows, czwartej części przygód Celaeny Sardothien, dosłownie piałam z zachwytu nad zaskakująco rozwiniętą historią zabójczyni i tymi wszystkimi plot twistami, jakimi uraczyła mnie autorka. To jednak po skończeniu A Court of Mist and Fury przez wiele dni cierpiałam na kaca książkowego, nie potrafiąc wyrzucić z siebie choćby jednego słowa, które nie byłoby poprzedzone piskiem zachwytu. To ACOMAF ścisnął mnie za serce, zaparł dech w piersi, sprawił, że moja fangirlowa dusza mola książkowego śpiewała z radości. Ta powieść nie tylko spełniła wszystkie oczekiwania, ale także wciągnęła mnie do świata pełnego dworskich tajemnic i intryg, magii i poświęcenia, sprawiając, że nawet po skończeniu lektury najnowszej książki Maas, nie chciałam opuszczać tej rzeczywistości ani na moment. Wciąż nie chcę. 


Zacznijmy może od tego, że A Court of Mist and Fury różni się od pierwszej części jak dzień od nocy. A Court of Thorns and Roses (zwany dalej ACOTARem) był jedynie początkiem, niewielkim zarysem tego, co czeka nas w kontynuacji tej historii. W ACOTARze mieliśmy szansę poznać wszystkich bohaterów, ich motywacje, nadzieje i marzenia.  Podobnie jak Feyre, po raz pierwszy przekraczaliśmy mur i wstępowaliśmy do świata pełnego zagadek, magii i sekretów. Mimo emocjonującego i pełnego napięcia zakończenia pierwszego tomu trylogii, musicie mi uwierzyć, że nic nie jest Was w stanie przygotować na wydarzenia opisywane w ACOMAFie. A Court of Mist and Fury nie posiada żadnych objawów syndromu drugiej części, gdzie zachwyceni kreacją świata przedstawionego z pierwszego tomu i wyczekujący zapierającego dech w piersi finału z trzeciej, jesteśmy złapani w pułapkę drugiej części, która jakby jest tylko przedłużeniem, postojem. Nieodmalowaną i zniszczoną, dworcową ławką, na której przysiedliśmy, żeby zaczekać na przesiadkę do ostatniego tomu trylogii. ACOMAF jest emocjonalnym rollercosterem, wyciskającym z czytelnika ostatni pot i łzy. Nie dość, że opisywane przez Maas wydarzenia tak angażują, że mogłoby się wydawać, że sami bierzemy w nich udział, to pisarka nie szczędzi nam też zaskakujących i zniewalających plot twistów. 

Źródło
Wpis będą obrazowały piękne funarty, ponieważ jest to pokarm, którym będę się żywić przez następny rok, w oczekiwaniu na ostatnią część trylogii

ACOMAF nie zostawia żadnych złudzeń - Sarah J Maas jest Królową plot twistów. Tak, tak - Królową przez wielkie K. Już dawno nie czytałam tak mistrzowsko i strategicznie zaplanowanej historii. Jeśli bowiem myślicie, że przeczytaliście ACOTAR dokładnie i z uwagą, to jesteście w błędzie.  Dopiero w drugiej części wychodzą na jaw wszelkie motywacje bohaterów, których dotąd nie byliśmy świadomi. Pobudki, jakimi się kierowali, marzenia, jakie ich napędzały. Przez chwilę patrzymy na historię opowiedzianą w A Court of Thorns and Roses z punktu widzenia innego bohatera, co sprawia, że od nowa musimy zbudować naszą opinię na temat tych wydarzeń, odnieść się do tej szerszej perspektywy, która wyjaśnia wszelkie wątpliwości.  ACOMAF o wiele bardziej zagłębia się też w charakterystykę i dynamikę wcześniej już przedstawionych nam postaci, dzięki czemu wydają się oni bardziej ludzcy, realni.  

Uwielbiam sposób, w jaki zmienia się Feyre, ten kierunek, w którym popchnęła ją Maas. Jest to bohaterka, która przez pierwsze 100 stron ACOMAFu piekielnie mnie irytowała, przyznaję. Autorka jednak znakomicie przedstawia czytelnikom powody, dlaczego Feyre zachowuje się tak a nie inaczej, co sprawia, że naprawdę trudno przyczepić się do motywacji naszej protagonistki. Feyre zmaga się bowiem z wieloma problemami - traumą, pozostałością po wydarzeniach, które miały miejsce w Under the Montain; z nowym wcieleniem, zmianami, jakie w niej zaszły od finału ACOTARu i w końcu pojawia się także problem jej przynależności. Co powinna teraz ze sobą zrobić? Żyć długo i szczęśliwie? Problem w tym, że długo i szczęśliwie ma wiele odcieni, a Feyre nie jest stworzona do uległości i ograniczania się do zwykłej egzystencji, pozbawionej nuty adrenaliny i przygody. Niemniej zdumiewają, a czasem i wprawiają w szok zmiany, jakie zachodzą w reszcie bohaterów. Mowa przede wszystkim o Lucienie, Rhysandzie i Tamlinie, z którymi mieliśmy najczęściej do czynienia w pierwszej części trylogii. Jeśli mowa o Rhysie - to jest postać, która ma warstwy. A ja uwielbiam bohaterów, którzy mają wartwy. :) Sarah świetnie poradziła sobie z rozwinięciem tej pełnej tajemnic i intryg postaci. ACOMAF należy do Rhysanda i ani trochę nie mówię tego z fanowskiego punktu widzenia (serio, ani trochę! Ehmem..., #TeamRhysand!). 

Źródło
Trochę gorzej ma się sytuacja z Tamlinem i Lucienem. Mam wrażenie, że to ten sam problem, który pojawił się także w Queen of Shadows. Jeśli czytaliście, doskonale będziecie wiedzieli, jakiego bohatera - który przechodzi dziwną, sztuczną wręcz zmianę zachowań - mam na myśli. A Court of Mist and Fury to następna powieść, w jakiej Maas nie do końca potrafi podołać własnej wizji rozwinięcia wątku danej postaci. I chociaż to nie tak, że czytelnik nie potrafi zrozumieć przyczyn wprowadzania tych zmian - Maas ma pomysł, przedstawia przyczyny, przez które postanawia zmienić kierunek rozwoju bohatera. Ale. No właśnie. SJ Maas wciąż strasznie szarpie się z samym wykonaniem przez co cierpią bohaterowie, nad którymi pracuje. Sposób, w jaki Maas rozpisuje ten wątek w książce nijak ma się do samej wizji, która za tym wszystkim majaczy. Przez to bohater, który zmienia sposób działania, wydaje nam się sztuczny, fałszywy. Jego zachowania są nienaturalne, a nawet pretensjonalne. 

Maas wynagradza nam to odrobinę, wprowadzając w A Court of Mist and Fury szereg nowych, barwnych sylwetek.  Nie chcę Wam tutaj psuć zabawy z czytania, więc nie będę zbyt wiele pisać na temat nowych postaci. Musicie jednak wiedzieć, że absolutnie się w nich zakochałam i żądam więcej! Czego nie można byłoby jeszcze powiedzieć o kierunkach, w jakich Maas popycha swoich biednych bohaterów, kreuje ich znakomicie. Podobnie jak w serii Szklany tron i tutaj postacie drugoplanowe są jednym z największych atutów książek. Pełni pasji, charakteru, mający istotny wpływ na fabułę i własne wątki, które toczą się gdzieś poza główną historią, ale jednak na nią oddziałują.  

Źródło
Poza tym świat przedstawiony! <3 (Tak mocno serduszkuję!). Ten temat powinien dostać całą notkę, ponieważ mogłabym tutaj pisać i pisać, ale ograniczę się do osobnego akapitu. Jeśli ACOTAR zachwycił Was magicznymi opisami Fae i pięknym nęcącym Dworem Wiosny, to podczas czytania ACOMAFu padniecie. W tej kontynuacji o wiele lepiej bowiem poznajemy rzeczywistość, w jakiej przyszło żyć Fae. Mało tego! Odwiedzamy także inny Dwory (nie będę zdradzać jakie) i oczywiście - co zapewne nikogo nie zdziwi - tym razem to Dwór Nocy poznajemy od deski do deski. Jestem oczarowana. Nie, poczekajcie. Jestem urzeczona. Totalnie się zakochałam. Sarah J Maas‬ wykorzystała każdy możliwy sposób, żeby the Night Court stał się najbardziej niesamowitym, tajemniczym i fascynującym Dworem. Zapiera mi dech na samą jego myśl, a palce odmawiają pisania, kiedy na próżno zastanawiam się, jak najlepiej mogłabym oddać Wam w tym tekście swoje odczucia, tak, żeby też za dużo nie zdradzić. Opisy tego Dworu ujęły mnie już od pierwszych akapitów, a potem porwały w głąb tajemniczych i intrygujących terenów, które zaskakiwały skrywanymi sekretami i swoimi mieszkańcami. Dwór Nocy ani trochę nie różni się od swojego Wysokiego Lorda (czy tak tłumaczy się 'High Lord'?). Podobnie jak Rhys, the Night Court ma warstwy. Jest niemniej fascynujący, czarujący czy oszałamiający niż mój ulubiony Fae. To jedno z tych miejsc, o których marzysz, żeby Ci się przyśniło. To miejsce, w którym chciałoby się zamieszkać na stałe. 

ALL THE COURT FEELINGS, moi drodzy, ALL THE COURT FEELINGS!

Naprawdę nie spodziewałam się, że A Court of Mist and Fury tak bardzo zajdzie mi za skórę czy że jego czytanie sprawi mi tyle radości. Powieść oczarowała mnie na wiele nowych, intrygujących sposobów. W pewnym momencie przyłapałam się na tym, że podczas czytania zdrętwiała mi ręka - tak mocno trzymałam książkę, zaabsorbowana opisywanymi wydarzeniami. :D ACOMAF bez wątpienia stał się moją ulubioną powieścią napisaną przez SJ Maas, a cała trylogia ACOTARu przeskoczyła w prywatnym rankingu cykl Szklanego Tronu. Tak, dokładnie. Bardzo przepraszam Celaeno, bo - chociaż wciąż pozostaję wierna ‪#‎TeamRowan‬ - Feyre wygryzła cię z biznesu. 

Ach, zapomniałabym o najważniejszym! Oczywiście pozostaję ‪#‎TeamRhysand‬. Możecie sobie zabrać Tamlina, ja tam zaklepuję Rhysa. ^_^



autor: Sarah J Maas
tytuł: A Court of Mist and Fury
cykl: A Court of Thorns and Roses (tom 2)
data wydania: 3 maja 2016
ISBN: 1619634465
liczba stron: 624
kategoria: fantastyka, fantasy
język: angielski

Również może Ci się spodobać

0 nie zagryzła klawiatura

Prenumarata :)

zBlogowani

zBLOGowani.pl