Efekt burzenia czwartej ściany, albo HoC sezon 4

23:27

Źródło
Z wieloma serialami jestem do tyłu, ale z żadnym z nich nie mam tak specyficznej relacji, jak z House of Cards. Chociaż uwielbiam tę netflixową produkcję, a dwa pierwsze sezony połknęłam w ciągu jednego tygodnia, z trzecim i czwartym trwało to trochę dłużej. Muszę przyznać, że po premierze trzeciego sezonu w ubiegłym roku nie miałam zbyt wielkiej ochoty na bezlitosne dramaty, toczące się za zamkniętymi drzwiami pięknych pomieszczeń. Minęło sporo czasu zanim w ogóle zabrałam się za ten sezon, a jeszcze więcej, zanim go obejrzałam. Biorąc pod uwagę, jak bardzo wymęczyła mnie przedstawiona tam historia - chociaż była ciekawa, to trochę słabsza niż wydarzenia opisywane w poprzednich sezonach - nie pokładałam zbyt wielkich nadziei w tegorocznym sezonie. Byłam pewna, że znów czeka mnie pięć miesięcy wracania do House of Cards i przypominania sobie, co działo się w poprzednich odcinkach. Nie mogłam pomylić się bardziej. Gdzieś w okolicach piątego odcinka złapałam bakcyla i nie mogłam doczekać się momentu, aby włączyć kolejny i kolejny, i kolejny...

Twórcy tym razem zagwarantowali widzom niemałe, interesujące show, w którym ponownie intryga goni intrygę, a Underwoodowie muszą stawić czoła całemu światu. Biorąc pod uwagę, że minęło już trochę czasu od momentu premiery najnowszego sezonu, pozwolę sobie na spoilery, snucie teorii i przeróżne gdybania, czyli to, co tygryski lubią najbardziej. Jeżeli zaś jeszcze nie jesteście na czasie z najnowszymi wydarzeniami ze świata House of Cards, jak najszybciej obejrzyjcie nowy sezon - bo naprawdę warto i już teraz polecam - a potem wróćcie.


!SPOILER ALERT!

Zacznijmy od tego, że chociaż skłócenie ze sobą Underwoodów, którzy wcześniej zawsze prezentowali jednolity front, było całkiem interesujące. Niestety, miałam tej dramy już dosyć w trzecim sezonie, a przeciąganie jej w czwartym mnie nie zachwyciło. Ucieszyłam się więc z faktu, że rozwiązanie tego wątku nadeszło wcześniej niż myślałam i przyniosło ze sobą wiele ciekawych wydarzeń. Twórcy dobitnie pokazali nam, że - choćby nie wiem, jak bardzo się starali - Claire i Francis nie istnieją bez siebie. Mogą z lepszym bądź gorszym skutkiem próbować coś wskórać, zdziałać, samodzielnie decydować, ale nigdy nie osiągną takiej siły rażenia, jak razem.  Już podczas oglądania pierwszych odcinków pierwszego sezonu stwierdziłam, że Underwoodowie to naprawdę dziwne małżeństwo. Może to tylko mój niefart, ale jeszcze ani razu nie spotkałam się w serialach czy filmach z podobną relacją pomiędzy małżonkami, co w House of Cards. To najdziwniejszy rodzaj więzi z jaką miałam do czynienia. Chciałam dodać do tego też przymiotnik "toksyczną", ale - szczerze - zaczynam wątpić czy Underwoodowie w jakikolwiek sposób są dla siebie toksyczni. Kiedy się nie dogadują? Być może. W każdym innym przypadku toksycznie działają tylko na resztę otoczenia. To partnerzy w zbrodni od ponad trzydziestu lat i chyba jeszcze w żadnym sezonie nie było tego tak dobrze widać, jak w czwartym. Ich małżeństwa nie cementują dzieci, namiętność czy romantyczna miłość. U podłoża ich relacji przede wszystkim widać partnerstwo i wzajemny szacunek. 


Źródło
Najdziwniejsze. Małżeństwo. Ever.

Myślałam, że nie zrobi się już dziwniej, ale do serialu wrócił Tom Yates, powieściopisarz, który miał wcześniej napisać książkę o programie AmWorks, a popadł w zachwyt nad Uderwoodami i zaczął pisać o nich, przez co w końcu został wykopany. Postanowił wrócić, przez chwilę był dziką kartą, ale szybko okazało się, że jego wątek ewoluował w najdziwniejszy możliwy sposób, a biorąc pod uwagę, że mówię to w kontekście House of Cards, to coś znaczy. Jego romans z Claire jest dla mnie czymś niepojętym, ale nie dlatego, że nie potrafiłabym uwierzyć, że podobny układ umiałby się sprawdzić u Uderwoodów - serio, gdyby już gdziekolwiek miałby się sprawdzić, to właśnie u nich - ale dlatego, że motyw romansu w HoC już się pojawiał. I nigdy nie wychodził to za dobrze. Najpierw była Zoe Barns, którą Frank wykorzystywał za "pozwoleniem" Claire, był też fotograf Adam, do którego Claire chyba najzwyczajniej miała słabość, a którego Francis nie tolerował. Teraz zaś pojawia się Tom Yates, powieściopisarz, potrafiący przejrzeć Underwoodów i postanawiający, że będzie z nimi koegzystował. Nie tyle pomagając, nie tyle współpracując, a najzwyczajniej obserwując. Nie mam pojęcia gdzie to zabrnie, ale jestem strasznie ciekawa, co pojawi się w tej jego książce!

Kiedy miałabym wymienić dwie charakterystyczne dla House of Cards cechy, bez wahania wskazałabym właśnie na tę dziwną relację Underwoodów oraz na burzącego czwartą ścianę Francisa, który co i rusz mówi coś prosto do kamery, do widza.  Underwood buduje w ten sposób pomiędzy sobą, a widzami pewnego rodzaju intymną więź. Na przestrzeni kilku sezonów widzimy, jak główny bohater manipuluje ludźmi, plecie intrygi, kłamie, dopuszcza się krzywoprzysięstwa, podrzuca innym kłody pod nogi, oszukuje, morduje, szantażuje i grozi. A nam to nie przeszkadza. Przyznam szczerze, że dopóki, gdy gdzieś w środku trzeciego sezonu Frank nagle rzadziej zaczyna się odzywać, ta relacja słabnie, dopiero wtedy pomału przestaję kibicować Francisowi. I chociaż od samego początku postrzegałam go jako czarny charakter, to dopiero w momencie, kiedy ta szczególna więź między Underwoodem a mną, jako widzem, słabnie, zaczynam wątpić w swój wcześniejszy osąd. Zaczynam się zastanawiać czy faktycznie nie byłoby lepiej, gdyby przyłapano ich na gorącym uczynku. I wszystkie te myśli i rozterki znikają, jak za dotknięciem magicznej różdżki, kiedy w czwartym sezonie Frank ponownie zaczyna mówić do widzów - choć nie tak często, jak wcześniej - oraz gdy ponownie zapala papierosa z Claire (co jest pewnego rodzaju symbolem ich małżeństwa, partnerstwa). 


Źródło
Nie dajcie uśpić swojej czujności. Frank wciąż knuje. 

Co dosyć ciekawe, gdzieś od połowy sezonu na dłużej pojawia się Will Conway, kandydat republikańskiej partii, wraz z rodziną. Od pierwszych chwil nie pałam do nich sympatią, co nie byłoby dziwne, gdyby nie fakt, że na pierwszy rzut oka, Conway'e to zwykła, normalna rodzina. Powiem nawet więcej - są kompletnym zaprzeczeniem Underwoodów, przynajmniej na razie. Były żołnierz, który postanowił wejść w świat polityki, jego młoda żona, uśmiechnięta brytyjka pałająca niechęcią do broni palnej i ich dwójka dzieci - uroczy chłopiec i mała dziewczynka. Za każdym razem, kiedy twórcy House of Cards poświęcają im chwilę czasu, widzimy, że ich życie to pewnego rodzaju sielanka, dom jest ciepły i zapraszający, a w żadnym kącie nie kryją się duchy zamordowanych polityków czy dziennikarzy. I chociaż z biegiem czasu możemy dostrzec, że Will Conway ma parcie na szkło, obojgu nie brakuje wad, a bezlitosnym zachowaniem Conway potrafiły obdzielić ich oboje, to wciąż daleko im do Underwoodów. I prawdopodobnie, gdyby spojrzeć na to z obiektywnej strony, to Conway byłby mniejszym złem, gdyby wygrał w wyborach. Widzowie praktycznie powinni mu kibicować, żeby wygrał i zabrał bezdusznemu i chłodnemu Frankowi stołek. Tylko, że to nie ta bajka, to nie Conway jest naszym specjalnym bohaterem, z którym rozmawiamy, a Francis. W czwartym sezonie znów wracamy na utarte koleiny schematu, który głosi, że jeśli Underwoodowie mają wrogów, to "ma" ich też widz. 

Szczerze mówiąc, zauważyłam to dopiero teraz, kiedy usiadłam na moment, żeby szerzej przeanalizować ten sezon i zastanowić się nad nim trochę  dłużej. Nie potrafiłam wyjaśnić sobie tej irracjonalnej niechęci, którą zaczęłam żywić do Willa Conway'a od pierwszej chwili, chociaż ten jeszcze nie dał mi do tego powodów. Przyczyna była jedna - Francis Underwood.

Zakończenie czwartego sezonu też należy do tych mocniejszych. I nie dlatego, że na jaw dzięki emerytowanemu dziennikarzowi wychodzą występki Underwoodów; nie dlatego, że Francis jako prezydent USA silnie przeciwstawia się wschodnim terrorystom; w końcu nie dlatego, że Claire i Frank postanawiają wywołać chaos i wyciągnąć ostatnie asy z rękawa. O nie. Już cierpię z niecierpliwości, żeby obejrzeć piąty sezon serialu, ponieważ w ostatniej scenie finałowego odcinka Francis Uderwood znów zwraca się do widzów, a Claire się mu przysłuchuje, aby później razem z nim spojrzeć prosto w kamerę. 

Dokładnie na mnie. 


Również może Ci się spodobać

0 nie zagryzła klawiatura

Prenumarata :)

zBlogowani

zBLOGowani.pl