Oceany asfaltu, walki z lampartami i inne rzeczy w mojej głowie

13:25

Źródło


 Sponsorem wpisu są pandy. Mogłoby się Wam wydawać, że pandy nie mają żadnego związku z tematem posta, ale spokojnie. Sens jest!

Tegoroczne wakacje minęły dla mnie bezpowrotnie miesiąc temu i wrócić nie chcą. W przyszłym tygodniu mam już pierwszy sprawdzian, który rozpoczyna szaloną gorączkę zaliczania przedmiotów tuż przed feriami jesiennymi, nawet nie wspominając już o zdawaniu testu teoretycznego z prawa jazdy i tego wynalazku szatana, jakim jest sprzęgło.
Wróćmy więc na chwilę do pociesznego okresu, jakim były moje wakacje! Bardzo proszę?

Chociaż już w maju miałam wielkie plany zarabiania milionów, aby później móc pływać w ogromnych basenach wypełnionych szampanem, albo – trochę bardziej typowo – kupować kolejne stosy książek, sporo także podróżowałam. I jak pewnie niedługo sami się przekonacie, to bardziej post o środkach transportu niż o trafianiu do celu. Albo zwiedzaniu. Nieważne. Samoloty, pociągi, samochody i wasze własne stopy też mają prawo do własnych historii! 

NA PIESZO

Na początku trochę popracowałam, chociaż znalezienie etatu tylko na lato graniczy z cudem. Nie wiem, jak sytuacja ma się u Was; tutaj wszyscy chcą ludzi na pół etatu, ale nie ma mowy, że tylko na wakacje – ha! – od razu na pół roku, przy czym ta osoba ma być w pełni dyspozycyjna. Ma mieć możliwość przychodzenia na zmianę zarówno rano, jak i popołudniu czy wieczorem, na dwie godziny dziennie też.  Pracodawcy nie wykluczają także prawdopodobieństwa, że będą tej osoby potrzebować w jakimś nagłym wypadku, więc jak zadzwonią o drugiej po południu, to pracownik ma być na miejscu za piętnaście minut i już. Nawet ćwiczące od lat gimnastyczki nie są takie elastyczne. No nie ma bata.

Usłyszałam ten tekst o pół rocznym zatrudnieniu na pół etatu przynajmniej w sześciu miejscach, które miały wywieszoną informację, że szukają pracownika. O internetowych ogłoszeniach, na jakie nie dostałam odpowiedzi, nawet nie wspomnę. A gdy szukałam pracy na wakacje już w maju to mówiono mi – przyjdź w lipcu, w lipcu będzie praca, bo dużo ludzi wyjeżdża, pfff...

Nie licząc kilku wypadów ze znajomymi i takiego błogiego, domowego lenistwa, kiedy miałam robić coś pożytecznego dla świata, albo dla siebie przynajmniej, a usiadłam i obejrzałam całe dwa sezony Orange Is The New Black (bosssskie!), przeczytałam z dziesiątki książek po angielsku i po polsku razem włącznie, albo po prostu zdychałam z upałów, to udało mi się także odwiedzić przyjaciółkę w Krakowie. Zauważcie proszę, że napisałam "udało", bo ta akcja w pewnym momencie zaczęła przypominać misję ratowania świata – a przynajmniej mojej godności – z filmu akcji klasy B, a nie normalny wyjazd na wakacje. 

Źródło
 W każdym z nas czai się jakiś zwierz. Moim jest panda...

SAMOLOTEM

Zaczęło się od samolotu. Do Krakowa mam 15h jazdy autobusem, więc kiedy bilet na samolot wyszedł mi tylko 10 euro drożej, to się nawet nie zastanawiałam. Francja, elegancja – żadne kanapki na podróż przez oceany asfaltu, bo szlachta zje kolację w domu i niecałe dwie godziny później dostanie kubeczek herbaty przed snem.
No nie. 

Przy czym wcześniej pragnę nadmienić, że większość mojej rodziny już latała. Mama i jej partner byli w ubiegłym roku w Warszawie. Nie licząc incydentu, kiedy to na odprawie dziwnie się na nich patrzyli, bo wieźli jakieś ustrojstwo z czachami w ramach prezentu dla znajomych, nie wydarzyło się nic nienaturalnego. Mój brat w tym roku był w Krakowie na wycieczce szkolnej – mieli być na lotnisku 2h wcześniej, totalny odlot (metaforyczny, bo wciąż byli na lotnisku), ale nie ma co się dziwić, bo wycieczka, bo nauczyciel, bo trzeba wszystkich policzyć i przypilnować, żeby nikomu nic nie odpaliło (tym razem nie metaforycznie). No ale lot był ponoć "nudny, nic się nie stało, świat nas nie zapamięta" – mój brat ma czasem dziwne poczucie humoru, nie odpowiadam za to. Mnie zaś nie było do śmiechu wcale. Bo na odprawie nic się nie działo, dalej w poczekalni grzecznie czekałam, nawet powstrzymałam się przed wyciągnięciem czytnika, chociaż w końcu zaczęło mi się naprawdę nudzić, ludzie do Porto już dawno odlecieli, drugiego samolotu wciąż nie było na pasie, a reszta pasażerów do Polski, którzy stali wokół mnie, zaczęli wysnuwać teorie, że ten samolot to niewidoczny jest, że polecimy samolotem, jakiego świat nie widział. No dobra, może ciut zmyśliłam, może tylko mnie takie myśli przebiegły przez głowę, ale trzeba szczerze dodać, że samolot okazał się iście wyjątkowy, niewidoczny, nieistniejący wręcz.
Lot odwołano. 

Zdążyłam napisać do mej matki rodzicielki w smsie, że: Cały czas czekam, tęsknicie już?, aby dostać po minucie odpowiedź: Tak, tęsknimy bardzo! i po dwóch odpisać: No to wracajcie, lot odwołany i 30 sekund po wysłaniu wiadomości, odebrać mentalny przekaz: Cholera! (wykonany telepatycznie, jak to matki i ich potomstwo potrafią) oraz połączenie przychodzące: Dlaczego? Czy jestem pewna? Jak to możliwe?

Skierowano nas po odbiór bagażu, potem do informacji. Cała kolejka ludu, bo samolot miał być pełen. Wszyscy czekają, żeby dostać dwie kartki po polsku, jak to linie nas bardzo przepraszają, ale tak po szczerości to nie mają za co, bo to wina pogody, więc oni odpowiedzialności ponosić nie będą. Przede mną stoi jakaś studentka z wymiany, mówi, że ponoć: takie rzeczy się zdarzają, ale jej pierwszy raz, nagle kobieta patrzy gdzieś do przodu i odchodzi pospiesznie, ale nie zauważam gdzie, bo nadchodzi Matka Rodzicielka. Następuje wymiana informacji, zmartwione spojrzenia, zapewnienia, że zadzwoniłam do mojej biednej przyjaciółki, która tak swoją drogą, myślała, że przylecę dopiero następnego dnia, a potem miała bieg z przeszkodami, bo akurat tej niedzieli, kiedy miałam wylatywać, kończyły się Dni Młodzieży w Krakowie. Wyobraźcie sobie to tylko: wszystko pozamykane, a żeby wejść do pociągu, trzeb oddać diabłu swą grzeszną duszę i wszystko inne, co ma równie ogromny balast, bo tłumy się wycofują z oblężonego miasta. Zadzwoniłam do Sary (tak ma na imię moja BFF), ale ta już była niestety na miejscu (dokładnie, była na lotnisku, żeby mnie odebrać, jeszcze zanim ja odleciałam ze swojego. Nie, nie wiem, gdzie znajduje się takich ludzi, po prostu z całą elektrownią szukać <3). 

Wracając do mamy – wymiana informacji została zaliczona i padło pytanie dlaczego nie stanę w tej krótszej kolejce. Zaczynam się rozglądać, a tam faktycznie wszystkie ludy z samolotu stoją w długaśnym wężu, jakby się zmówili, żeby zrobić z tego jakiegoś Snejka w realu i zjadać biedne panie z informacji niczym świeże jabłka, a zaraz obok pięć osób samotnych przy drugim punkcie stoi. Wraz z  dziewczyną z wymiany, która tak szybko się ulotniła. Podeszłyśmy do krótszej kolejki, dostałyśmy te kartki z przeprosinami, o których wspominałam wcześniej i dowiedziałyśmy się, że teraz zostaje tylko możliwość przebukowania lotu. Jeśli chcemy, możemy też napisać reklamację, aby oddano nam całą sumę z biletu, ale pani z informacji nie sądziła, aby to się udało, ponieważ za wszystko winna była pogoda (na niebie nie było ani jednej chmurki, ale okej), a oni wobec pogody są bezsilni, nie można odpowiadać za pogodę, tak jak nie można odpowiadać za wolę Bożą. No dobra, to gdzie to przebukowywanie, ja się pytam? Pani wskazuje trzecią kolejkę – wcześniej myślałam, że to jakaś kolejka za bułkami, bo wszyscy stali tam z jakimś żarciem, ale nie, to tylko te osoby, które odpadły z żywego węża stojącego do pani z informacji. Pewnie stwierdziły, że nie warto, że to chyba już kanibalizm i wyciągnęli odpowiedniki kanapek z kiełbasą. 

Źródło
Tyle, jeśli chodzi o: nie wezmę kanapek bo godzina lotu, bo Francja elegancja, bo szlachta i herbata. Pocieszała mnie jedynie myśl, że od domu, snu, lodówki i zawiedzionej miny mojego brata – który się dowie, że jednak nie wyjechałam – dzieli mnie tylko pół godziny jazdy, a taksówkę rodzinną złapałam zanim jeszcze zdążyła odjechać i cieszyć się z mojego odlotu. Stoimy z towarzyszącą mi teraz wiernie mamą w tej trzeciej kolejce. Przed nami starsza para, pan podjada kanapkę, pani żywo gestykuluje i informuje wszystkich którzy chcą słuchać – a chcą słuchać wszyscy, bo to, jako żywo, nasza wspólna tragedia, dramat niczym z telewizji, nigdzie nie znajdziesz wierniejszego przyjaciela, jak w osobie, która została poszkodowana równo co ty. Starsza pani opowiada, że oni mieli lecieć do Krakowa, bo tam jutro rano powinien czekać autokar i wycieczka do Grecji, polskie biuro podróży, tak tanio im wyszło i naprawdę miało być fajnie, ale przecież ludzie na nich nie poczekają, nawet jakby mieli podstawić następny samolot jutro z samego rana!

Jak się okazało, nawet to podstawianie to czcze marzenia, bo przebukować lot można tylko na jakiś kolejny w planie, a następne wolne miejsca dostępne dopiero za trzy dni, ponieważ reszta zapakowana już od skrzydła do skrzydła, od jeżdżącego sklepiku po pilota. Wolne loty to tylko dla 4-5 osób i znów miejsc nie ma i ludzie stoją i czekają rozgoryczeni, bo jakoś te kilka dni muszą na miejscu przesiedzieć, a nie widzą opcji noclegowania na dworcu, więc niech lotnisko opłaci koszta. To mnie już nie dotyczy, bo jak pisałam wcześniej – łóżko, lodówka, małe przyjemności z denerwowania młodszego rodzeństwa – więc patrzę na mamę i mówię, że zrobię to online. Mama się zgadza, chociaż pała słusznym gniewem. Na wszelki wypadek jeszcze tylko ją proszę, żeby z tym słusznym gniewem i moją walizką poczekała w kolejce, a ja idę na sam początek i upewniam się, że jednak niczego za darmo tam nie rozdają, że naprawdę nie będzie ani dodatkowych samolotów, ani kanapek z kiełbasą, a dwadzieścia osób, które wciąż przede mną stoi i drugie tyle, które ustawia się w kolejce za moją mamą, muszą być rozlokowane w lotach odbywających się planowo w przyszłym tygodniu. 

Do mnie jeszcze nie dochodzi cała ta sytuacja, ja mam w głowie tylko tę trzydziestominutową  podróż do domu i kundelka w ręku, bo ta książka wciąż na mnie czeka i  tłumi burczenie w brzuchu lepiej niż zakłócona radiostacja. Przypomina o sobie głośniej niż kanapka, kubek herbaty czy jakakolwiek kolacja w innej konfiguracji.

Zawracamy z lotniska na parking, po drodze słysząc mnóstwo historii typu: Ja tu przyleciałam tylko na ślub, a para młoda na wakacjach i nie znam nikogo.., ... i te wakacje były od dawna opłacone, a jutro..., Ach, to dlatego te bilety były takie tanie!. Tragedia, płacz i zagryzanie gniewu schabowym w sreberku! Zostałabym dłużej, żeby posłuchać, ale jednak idziemy do domu. 

Następnego dnia udało mi się przebukować bilet dopiero na następną sobotę, chociaż tyle, że nie musiałam do niego dopłacać. Następny oryginalnie wypadał dwa razy drożej, ale ja dostałam specjalny kod. Kod dla osób, którym zawsze wiatr w oczy i kłody pod nogi. 

Źródło
 Czy wciąż ktoś się dziwi, dlaczego głęboko utożsamiam się z pandą?

Teraz przewijamy do tej właśnie soboty, bo oprócz użalania się nad sytuacją, doczytywania ebooka i umierania z gorąca za dużo przez te sześć dni nie robiłam. Sobota – odprawa i poczekalnia mnie jakość nie rajcują, już mam to za sobą. Ale, ale! Wchodzimy do samolotu. Już siedzę, już lawiruję swą makówką między głowami starszego małżeństwa, które dostało miejsce obok okna, żeby coś tam dojrzeć. Ekscytacja powraca, mój pierwszy lot się ziści! W myślach widzę siebie w dwudziestu innych samolotach w przyszłości w biznes klasie, jak popijam szampana, jak ląduję między drzewami w dżungli, żeby zwiedzać świat, albo walczyć o życie z lampartem.
No nie. 

Nie dość, że pierwszy lot samolotem kompletnie mi się nie spodobał – raz, że byłam zmęczona tym pierwszym anulowaniem i tygodniowym czekaniem na następny, to jeszcze, jak już się wznieśliśmy, okazało się, że jestem strasznie wrażliwa na ciśnienie i moje uszy urządzały sobie koncert bębenkowy w środku. Nawet przełykanie co chwila śliny nie pomagało. Dochodzimy jednak do najgorszego – okazało się, że latanie to dla mnie w sumie coś podobnego do fajnego zjazdu z kolejki górskiej. Niestety, samolot to kolejka górska pozbawiona tego niesamowitego pędu, wiatru wiejącego ci w twarz i zastrzyku adrenaliny, czyniącego ją atrakcyjną. Samolot jest więc nieatrakcyjną kolejką górską, ot co.

Kiedy wylądowałam, pierwszą moją myślą było, że jednak nie będę sławna. Stanowczo zbyt wiele czasu spędzonego z bratem. W samym Krakowie było za to fantastycznie. Nieziemsko. Z miejsca pokochałam to miejsce. Miasto z duszą – lekko zaczadzoną, ale jednak! –  i niespotykanym nigdzie indziej klimatem. Kazimierz to sama magia. Poza tym jest tam też wystarczająco wiele księgarń i sklepików z książkami, żebym z miejsca poczuła do tego miejsca słabość. Chociaż podejrzewam też, że mój pobyt nie byłby tam choć w połowie tak uroczy i pamiętny, gdybym pod ręką nie miała przyjaciółki. Okazała się ona nie tylko wspaniałym przewodnikiem, który zgrabnie przedstawia zabytki Krakowa i wplata w tę prezentację własne anegdotki i przeżycia wiążące się z tym miejscem, ale także Człowiekiem Numer Jeden, potrafiącym przy pięciodniowym pobycie, cały jeden dzień poświęcić na zwiedzanie księgarń, antykwariatów, mniejszych sklepików z książkami, salonu mang oraz komiksów i wszelkiej maści innych miejsc, gdzie mogłam pomacać coś papierowego. 

Jeśli to nie jest definicja przyjaźni, to ja nie wiem co to jest.

Źródło

POCIĄGIEM

Po pięciu dniach zwiedzania, stołowania się we wspaniałych miejscach i rozmawiania na każdy możliwy temat z mą bratnią duszą, pociągiem wyruszyłam do dziadków. Uwielbiam podróżować w ten sposób. Jak z jednego ze starszych wpisów możecie się dowiedzieć, w ogóle lubię też jeździć samochodem, a najbardziej, to kiedy ktoś mnie nim wozi. Pociągi jednak to całkiem inna bajka, ten bardziej czarujący, uwodzący klimat. Można byłoby wręcz powiedzieć, że odczuwam pociąg do pociągów. Czy ta zgrabna gra słów to przypadek? Nie sądzę!

Zapomniałam jednak o jednej bardzo ważnej kwestii podróżowania samemu. Mianowicie: podróżujesz samotnie. Tak wiem, wiem. Jestem czarującą pandą nieogarniętości, droga mego życia powinna być usłana czekoladą i innymi łakociami. Też nie rozumiem dlaczego wszechświat ze mną nie współpracuje. No właśnie - sam, samemu, samotnie. Sam podróżujesz, samemu drogę odnajdujesz, samotnie torbę targasz. I to nie byle co, a trzynaście kilogramów rzeczy jedynie podstawowo-kryzysowych z rodzaju: "Apokalipsa nadchodzi, tego właśnie będę potrzebował!". W końcu leciałam samolotem, to wiem. Jak się okazało, pociąg gwarantuje nie tylko magiczne klimaty, wspaniały terkot podczas jazdy i pogodę ducha, lecz także starsze panie ze spojrzeniem bazyliszka i cztery osoby w kwiecie wieku, tak jak ja, każda pozbawiona funkcji pomocy. Przy czym jestem idealistką. Wierzę, że ludzie nie wyszli z fabryki narodzin tacy wybrakowani; to później jakiś pięciolatek z gniewem w oczach i agresją w sercu nam tę funkcję wydłubał, odciął nożyczkami od zasilania. 

Niestety, kiedy tak stanęłam przed zapchanym do granic możliwości stojakiem na większe bagaże i rosnącą świadomością, że swoją torbę będę musiała zarzucić na górną półkę, to nie temu gniewnemu pięciolatkowi miałam okazję wydłubać oko ołówkiem.

W porządku. Trochę techniki, trochę mięśni, o których posiadanie się nie podejrzewałam i dałam radę. Zaraz po tym, kiedy wydałam z siebie niewielki okrzyk radości, napotkałam bazyliszkowe spojrzenie starszej kobiety. Jak wywnioskowałam z sytuacji, pani całą sytuację obserwowała w przerażającej ciszy, by potem patrzeć się na mnie z pogardą. Nie odwróciłam spojrzenia. Pojedynkowałyśmy się prawie do momentu, kiedy ruszył pociąg i chociaż przyznaję, że pierwsza opuściłam wzrok, to tylko dlatego, że musiałam znaleźć swoje miejsce. Po dwóch godzinach podróży Bazyliszkowa Dama chyba stwierdziła, że ma na mnie zły widok, bo przesiadła się na wolne siedzenie rząd za mną. Do dzisiaj czuję to chłodne, wykalkulowane spojrzenie na swoich plecach. Nie mniejszej radości przysporzyła mi rozmowa z sąsiadką-pasażerką. Także troszkę starsza kobieta, o niezwykle ciepłym usposobieniu.  Co nie zmienia faktu, że jak mam już na koncie dwadzieścia wiosen, tak jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się podróżować obok jakiegoś przystojnego przedstawiciela płci przeciwnej, chętnego do wkroczenia na ścieżkę Losu i Przeznaczenia. Wielkich miłości i adoptowania szczeniaków.

Harlequiny kłamią. Nie nabierzcie się.

Źródło
Każda panda dostanie kiedyś własną Piłkę Losu do poturlania. Niestety, samotnie.

Po tym, jak udało mi się zataszczyć bagaż na górną półkę, później go stamtąd samodzielnie ściągnąć, znaleźć drugi pociąg i stację w mieście, gdzie miałam się przesiadać, wiedziałam, że w życiu mogę już wszystko. Nikt mnie nie pokona. U dziadków zjadłam kolację, wyspałam się, następnego dnia wstałam radosna, gotowa do podboju świata i zamawiania autokaru do domu na następny tydzień, ponieważ samolot to byłoby dla mnie już zdecydowanie za dużo. Jeszcze miałam w uszach echo poprzedniego koncertu. Poza tym z mojej rodzinnej miejscowości do domu mam tylko siedem godzin podróży, a nie piętnaście. Nawet te metaforyczne kanapki z kiełbasą nie wydawały się już takie złowieszcze. Więc wybieram ten numer, już wyobrażając sobie, jak bez przeszkód za tydzień wysiądę na przystanku, wezmę tę torbę – tę torbę, dzięki której udowodniłam przecież już sobie, że mogę wszystko – i pójdę do domu.
No nie. 

AUTOKAREM

Dzwoniłam z pięć razy, żeby się w końcu poddać i wybrać inny numer. Jak się później okazało, zapisałam sobie pod nazwą tej firmy przewozowej, z którą podróżuję, zły numer telefonu. Numer do mojego instruktora ze szkoły jazdy, który w tym czasie, dzięki Ciemności niestworzona!, przebywał na urlopie i miał wyłączony telefon. Osiągnęliście kiedyś taki poziom nieogarniętości?

Żywe pandy nieogarniętości, mistrzowie rozstaju dróg logiki i dzikiej paniki, łączmy się! Tyle naszego, że czy panda, czy koala, ludzie uważają nas za uroczych. Ale gatunek grożący wyginięciem? Ha! Jeszcze czego!

Źródło
Jest nas wielu! I wszyscy jesteśmy przytulaśni!

Wreszcie dodzwoniłam się, gdzie trzeba, myślałam, że to już; finisz w zasięgu wzroku! Jak się okazało, nie do końca. Pani po drugiej stronie telefonu bardzo grzecznie mnie poinformowała, że linia, którą zazwyczaj jeździłam, przestała istnieć i nie mogę wrócić tego dnia, którego chciałam. Jeśli już, to trzy dni później, a to wyjdzie drożej, ale nie bójcie ducha, wszystko dla mojego komfortu! No dobra, niech im będzie, ja po prostu chcę normalnie wrócić do domu. Zabłysnęłam numerem stałego klienta, zapewniłam, że zapłacę, zamiast uciekać po podróży w krzaki. Co trzeba jednak przyznać – droga była naprawdę niezła, szybsza i wygodniejsza. Jechaliśmy 9-osobowym samochodem, a nie autobusem. Towarzystwo zaś także zacne, choć w porywach i 30 lat starsze ode mnie. Dowiedziałam się mnóstwa niestworzonych rzeczy o pracy, jako osoba do pomocy, niańka i opiekunka, aby stwierdzić, że szkoła jeszcze nie jest taka zła i chyba trochę w niej zostanę.

Szczęśliwa w domu, po objedzie i dużym kawałku ciasta, zaczęłam rozważać możliwość dożywotniego poruszania się na hulajnodze. Wiecie, już nie na piechotę, trochę szybciej, ale to wciąż nie to samo niebezpieczeństwo, które niesie za sobą rower, albo – łomatkoboskoczęstochowsko! – samochód. Nie wiem czy się orientujecie, kilka miesięcy coś mnie tknęło – pokusa straszliwa! – i zaczęłam kurs na prawo jazdy. Dziś jestem pewna, że sprzęgło to stworzenie, które wylęgło się w najgorszej otchłani piekła, nawet szatan przestraszył się swego dzieła. A ludzie, którzy zdają prawko za pierwszym razem? Podpisali zapewne cyrograf własną krwią, albo krwią jakiegoś przypadkowego niemowlęcia, które porwali w tym celu z deptaka i kochających ramion matki.
Bankowo.

A Wasze wakacje? Też byliście podczas nich pandami czy przeobraziliście się w jakieś inne zwierzę? :)

Również może Ci się spodobać

0 nie zagryzła klawiatura

Prenumarata :)

zBlogowani

zBLOGowani.pl