Letnia burza zamiast sztormu, czyli Empire of Storms

00:42

Źródło
Na Empire of Storms czekałam od roku. Queen of Shadows, którą także czytałam w oryginale, tak mocno wcisnęła mnie w fotel, że tygodniami zastanawiałam się nad tym, jak wydarzenia będą mogły potoczyć się w kontynuacji. Siedziałam jak na szpilkach do premiery cudownego A Court of Mist and Fury, od którego nie oczekiwałam niczego więcej, jak chwili wytchnienia. Potraktowałam tę powieść niczym przypadkowo znalezioną gazetę w poczekalni u dentysty. Ten rodzaj magazynu, po jaki zazwyczaj nie sięgamy, ale gdy zdążyliśmy odpisać już na wszystkie wiadomości, dwa razy przejść się do toalety i zużyć miesięczny limit internetu w komórce - a wciąż nie nadeszła nasza kolej, aby usiąść na fotelu - chwytamy się wszystkiego.  Po kontynuację A Court of Thorns and Roses sięgnęłam z zainteresowaniem, bo sam ACOTAR przeczytałam z prawdziwą przyjemnością, ale jednak  ten głosik z tyłu mojej głowy wciąż skandował: Daj mi Empire of Storms, chcę Empire of Storms... I co się stało? Okazało się, że A Court of Mist and Fury to prawdziwe fajerwerki. Żadne zimne ognie pocieszenia, które dostajesz do ręki od babci na sylwestra, bo wciąż jesteś za mały, żeby ze starszym rodzeństwem puszczać coś większego kalibru, o nie. ACOMAF to bomba, jakiej się nie spodziewałam. Czytałam tę powieść cztery miesiące temu, a wciąż nie potrafię mówić o niej bez wypieków na twarzy. 

Dlatego, kiedy w końcu na czytnik załadowało się moje upragnione Empire of Storms, byłam przygotowana na prawdziwy sztorm, na burzę dziesięciolecia. Na pioruny, pożary, kace książkowe i zakazy zbliżania się do SJ Maas, jakie niewątpliwie podeśle mi sąd, niedługo po skończeniu czytania książki. Niestety i tym razem moje oczekiwania nie przecięły szlaku, jakim podążyła amerykańska pisarka. Powiedziałabym nawet, że moje oczekiwania od trzech dni tułały się zagubione w jakimś Stumilowym Lesie, zanim zrozumiały, że to nie ta bajka. Tym razem bowiem zamiast fajerwerków były zimne ognie; zamiast sztormów - letnia, licha burza.  

Nie zrozumcie mnie źle - to nie oznacza, że Empire of Storms to najgorsza powieść z cyklu, a w ogóle to najlepiej by było, gdyby jej istnienie usunąć ze spisu twórczości Maas. Piąta część Szklanego tronu wiernie kontynuuje nowo powstałą ścieżkę, jaką autorka zaczęła kroczyć przy Dziedzictwie ognia. Jest to ścieżka porywających plot twistów, zapierających dech wydarzeń i genialnie wykreowanych bohaterów. Wciąż nie potrafię pozbyć się tego uczucia zachwytu, które ogarnęło mnie podczas wkraczania tychże zmian - to całkiem tak, jakby Maas nagle przy trzecim tomie Szklanego tronu stwierdziła, że chce napisać całkiem inną historię. Lepszą, ciekawszą historię. Tyle że i ta nowa opowieść ma wady. Warsztat pisarski Sarah ma wady. I najbardziej widoczne są one właśnie przy lekturze Empire of Storms

O ile  dwie pierwsze części Szklanego tronu chciałabym pominąć milczeniem, tak trzeba przyznać, że chociaż trzecia i czwarta wypadły na tym tle zdumiewająco dobrze, tak niestety nie brakowało w nich mankamentów.  Akcja tych powieści jest nierówna, czasem naprawdę potrafi powiać nudą. Zdawać by się mogło, że pisarka zbyt wiele czasu poświęca na budowanie relacji pomiędzy bohaterami, a mniej na samo opisywanie wydarzeń. Biorąc pod uwagę objętość obydwu tych tomiszczy oraz fakt, że od Dziedzictwa ognia SJ Maas opisuje wydarzenia z punktu widzenia różnych bohaterów, każda z wymienionych uwag trafia ze zdwojoną siłą.  W Empire of Storms zaś podobnych przestoi nie widać prawie wcale. Pisarka świetnie stopniuje akcję, dobrze wychodzi jej przedstawianie historii z perspektywy wielu postaci, podobnie jak równomierne rozkładanie wydarzeń. Napięcie trzyma do ostatnich stron, a za taki cliffhanger, jaki jest w tej książce, można by zabić! Wszystko byłoby więc bajecznie i fantastycznie, gdyby tylko nie kilka szczegółów...


Jedno trzeba przyznać - chociaż EoS ma mnóstwo wad, to wciąż czyta się tę powieść z prawdziwą przyjemnością

Rozpocznę od rzeczy najmniej istotnej, ponieważ jest to punkt, który zapewne przez wielu czytelników nie zostanie rozpatrzony jako niedociągnięcie, a kilkoro mogłoby się o to ze mną pokłócić. W piątym tomie Szklanego tronu bowiem pojawia się wiele postaci znanych z nowelek. I TYLKO z nowelek. Dla osób, które nie czytały pisanych przez Maas opowiadań o Zabójczyni, Empire of Storms może się momentami wydawać niejasne, jeśli też nie chaotyczne czy infantylne.  Maas bowiem niczym profesjonalny czarodziej wyciąga nam tutaj przeróżne króliki i gołębie z cylindra, nie tłumacząc, skąd tak naprawdę je bierze. I - o ile w cyrku widz miałby przy tym mnóstwo zabawy - tak czytelnik trzymający w rękach powieść Sarah zastanawia się, dlaczego autorka nie znalazła prostszego sposobu na załatanie dziur w fabule, jak przez tworzenie na pęczki nowych bohaterów, którzy przypadkiem pojawiają się zawsze wtedy, gdy są potrzebni. Sama czytałam opowiadania i widziałam geniusz w sposobie, jak Maas poradziła sobie z niektórymi kłopotami, z którymi zmagali się nasi bohaterowie. Cieszyłam się za każdym razem, kiedy na scenę wkraczała nowa - ale - znajoma postać. Jednak niezmiennie jestem zdania, że opowiadania to tylko dodatek do książek; do głównej historii opisywanej w sadze. A takie opieranie najważniejszych rozwiązań fabularnych na charakterach znanych tylko z nowelek? To wciąż strzał w kolano. 

Zanim całkiem zrobi się gorąco, przejdźmy na chwilę do głównej bohaterki. Nigdy za bardzo nie lubiłam Aelin. Ani jeszcze wtedy, kiedy znaliśmy ją jako Celaenę, ani gdy wróciła już do swojej prawdziwej tożsamości. Jednak widać pewną różnicę w sposobie prowadzenia tej postaci w trzech pierwszych tomach oraz w tych dwóch najnowszych. I niestety, jestem zdania, że jako Celaena, królowa Terrasenu miała łatwiejsze życie ze swoją autorką. Na początku Maas nie robiła z niej takiego osła do pchania do przodu fabuły - ponieważ właśnie do tego zadania sprowadza się teraz istnienie Aelin w powieści. Postacie, które pojawiły się niedawno - Manon, Elide, Fae - posiadają jeszcze jakieś pole do popisu. Mają ogromny wpływ na fabułę, ale czytając książki, nie miałam wrażenia, że dosłownie trzymają te wszystkie wydarzenia na swoich barkach, tak aby przedstawiane sytuacje wciąż miały sens. 

 Co nie zmienia faktu, że z resztą postaci też w Empire of Storms nie jest zbyt różowo. Pewne spłycenie charakterystyki bohaterów pobocznych było już widoczne w Queen of Shadows, ale to piąty tom Szklanego tronu jest częścią, gdzie ta sytuacja zaszła za daleko. Rowan, Aedion, Dorian? Trzy przykłady z samego brzegu - istotne dla fabuły postaci, postawione pod ścianą w roli podpórek i to takich do dekoracji. Nie czułam, aby w najnowszej powieści Maas choć trochę wykorzystała ich potencjał -  o dynamice, rozwoju nawet już nie wspominając. Przez całą lekturę książki nie mogłam wyzbyć się odczucia, że panowie zostali sprowadzeni do roli ochroniarzy/ służących naszej ulubionej protagonistki. Protagonistki, która - przypomnijmy ku ścisłości - jest wyszkolonym ninja i ochroniarzy nie potrzebuje. Jak wcześniej byłam całym sercem #Team_Rowan, tak teraz cała Rowaelin staje mi ością w gardle. Mój ulubiony Fae w piątym tomie Szklanego tronu dostaje niewielką rólkę, polegającą na chodzeniu krok w krok za swoją królową i okazyjnym okazywaniu jej uczuć. O wcześniejszej brutalnej szczerości i porządnym doradzaniu nie ma mowy. Gdzieś ukryła się także ta głęboka więź przyjaźni, jaką oboje dzielili. Podstawa kolejno idącego zaufania i miłości. Dlaczego?


Empire of Storms się skończyło i nie ma więcej. Rafik nie potrafi spojrzeć tej prawdziwe prosto w obiektyw. Ja też nie

Nie lepiej ma się sytuacja z Aedionem. Być może w Queen of Shadows ten pierwszy foch był uroczy, lecz zapewniam Was, 77 raz w Empire of Shadows z urokiem nie ma nic wspólnego. Pamiętam takie czasy - gdzieś na początku czwartego tomu - kiedy królowa Terrasenu była dla generała ulubioną osobą. Te czasy chyba minęły, biorąc pod uwagę, że Aedion coraz częściej nie tylko obdarza bliskich fochami, ale przy okazji tupie też nóżką i załącza melodyjkę. Kuzyn głównej bohaterki został obdarty z jakiegokolwiek charakteru, jakim mógł być obdarzony, gdy pojawił się w Dziedzictwie ognia. Dorian zaś wiele zyskuje, kiedy na scenie pojawia się Manon. Ta dwójka ma chemię i Maas potrafi ją pokazać. Szkoda tylko, że poza tym jednym wątkiem król Adarlanu nie ma za wiele do roboty. A przypomnijmy o tym małym fakcie, że jest to postać tak samo ważna, jak Aelin. Zarówno stanowiskiem, co i rezerwami mocy. 

Absolutnie wymiatającą w tej części postacią była zaś Lysandra. Maas świetnie poprowadziła tę bohaterkę, wykorzystując pełen potencjał, jaki w niej drzemał, i dając jej niemałą rolę do odegrania w następnych wydarzeniach. Podobnie stało się także z Manon oraz Trzynastką - które ubóstwiam! - jak i z Elide. Jak w Dziedzictwie ognia lubiłam wątek Manon, ale nie mogłam doczekać się wstawek Rowana i Aelin, tak teraz było zupełnie odwrotnie. Z wypiekami na twarzy czekałam, aż znów wrócimy do Manon czy Elide. Podczas lektury pierwszej połowy książki to dla Czarnodziobej zarywałam noce. Nie mogłam spać, zanim nie doczytałam rozdziału. Gdyby całe Empire of Storms zostało napisane tak, jak ten jeden wątek, dostałabym fajerwerki, na które czekałam.  No i jeszcze Elide. Przewidywałam, że ta bohaterka dostanie w najnowszym tomie Szklanego tomu własny wątek, ale nie sądziłam, że będzie on tak dobrze, ciekawie napisany!

Moja relacja z twórczością SJ Maas jest skomplikowana, jak można wywnioskować z powyższej opinii. Z jednej strony uwielbiam Sarah za ACOMAF i widzę, że od czasu Szklanego tronu  niewiarygodnie udoskonaliła swój warsztat pisarski. Z drugiej strony jednak wciąż wracam do jej debiutanckiej serii i nie potrafię nie widzieć w niej wad. Chociaż pisarka mnóstwo rzeczy tutaj zmieniła, poprawiła, ulepszyła, to nadal jest to wszystko grubymi nićmi szyte - raz lepiej, raz gorzej. Empire of Storms opisałabym jako doskonałą mieszankę wszystkich wad i zalet, jakie znajdziecie w tej serii. Niektóre rzeczy można puścić płazem, inne wybaczyć, a przy reszcie zaczekać na premierę ostatniego tomu Szklanego tronu. W nadziei na sztorm roku i sylwestrowe fajerwerki w środku lata. Przynajmniej ja zamierzam. 



autor: SJ Maas
tytuł: Empire of Storms
seria: Szklany tron tom 5
data wydania: 6 września 2016
ISBN: 1619636077
liczba stron: 704
język: angielski

Również może Ci się spodobać

0 nie zagryzła klawiatura

Prenumarata :)

zBlogowani

zBLOGowani.pl