Kojot, masło orzechowe i zbrodnia

22:41


Każdy bloger ma zapewne jakąś serię książek, przy której zdążył już sobie powiedzieć pas. W końcu nie oszukujmy się - pisząc o przeczytanych powieściach, w jakimś momencie trafiamy na serię, która zwala nas z nóg. Podekscytowani, publikujemy na blogach recenzję pierwszej części, później drugiej, trzeciej... Ani się obejrzymy, rzeczona seria za granicą ma już tomów piętnaście, a na naszym blogu wisi z dziewięć postów na temat książek, które wyszły u nas. Kiedy człowiek tak pisze i pisze, powoli zaczyna zauważać, że ma coraz mniej do powiedzenia na temat tych powieści. Spójrzmy na to ostatecznie w ten sposób - przy siódmej, ósmej części nie trudno zauważyć, że klepie się o tym samym, a kolejna oryginalna myśl na temat warsztatu pisarskiego autora to już wyżyny kreatywności. Są takie cykle, które w pewnym momencie trzeba zostawić same na placu boju, wychodząc z założenia, że jeśli do tej pory potencjalnych czytelników nie przekonało dziewięć notek spod pióra zachwyconego i rozgorączkowanego z ekscytacji blogera, to i dziesiąta nie przekona. Dla mnie taką serią kilka lat temu była Śliwka, czyli sławny cykl przygód Stephanie Plum autorstwa Janet Evanovich, a parę miesięcy temu Akta Harry'ego Dresdena Jima Butchera. 

Kiedy jednak przychodzi pora na mówienie o powieściach moich ulubionych pisarek - Patricii Briggs i Ilony Andrews - nigdy nie potrafię powiedzieć sobie dość. Wciąż bowiem mam wrażenie, że nie są one doceniane przez czytelników tak, jak powinny. Nieustannie łudzę się, że potrafię coś na to poradzić.


Tym bardziej teraz, gdy światło dzienne ujrzał Żar mrozu, siódma część z serii o przygodach Mercedes Thompson. Jak wielkiej bowiem nie miałabym słabości do całego cyklu i jak bardzo bym się nie zachwycała poszczególnymi tomami, tak właśnie ten siódmy jest dla mnie wisienką na torcie warsztatu pisarskiego Patricii Briggs. W odróżnieniu od innych polskich czytelników, mam tę niesamowitą możliwość czytania powieści autorki w oryginale, dzięki czemu z Mercy Thompson jestem na bieżąco, właśnie wyczekując zaznaczonej w kalendarzu marcowej premiery 10. tomu przygód naszego ulubionego kojota. Żadna z przeczytanych części - tych sześciu pierwszych czy dwóch następnych - nie sprawiła mi jednak tak wielkiej radości, co Żar mrozu

Istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że wynika to z faktu, że w siódmym tomie przygód Mercy zachodzi kilka istotnych zmian, zwrotów akcji, które mają niebagatelne znaczenie dla reszty fabuły. Możliwe, że przyczyną tego jest pędząca do przodu akcja, niemały rozwój bohaterów pobocznych i nadanie im większego znaczenia, roli do odegrania w opisywanych wydarzeniach. Prawdopodobnie po raz kolejny zakochałam się też w narracji Mercy; jej stopniowym dochodzeniu do zdrowia po druzgocących wydarzeniach, których skutki przewijały się przez ostatnich kilka części. Gdyby bowiem tak porównać, jak autorzy podchodzą do tragedii, jakie spotykają ich bohaterów, można zauważyć, że postacie w większości przypadków bardzo szybko się z nich otrząsają. Dramaty  - przeplecione przez kolejne punkty do odhaczenia na liście ratowania świata - są jedynie irytującymi kłodami pod nogami głównych bohaterów. Ci zaś upadają, szybko wstają, strzepują bród i ruszają do walki, nie poświęcając temu upadkowi dłuższej chwili zastanowienia. Patricia Briggs zaś, jak w trzecim tomie przygód Mercy postanowiła rzucić protagonistce wcześniej wspomnianą kłodę pod nogi w postaci pewnej tragedii, tak sprawiła także, że główna bohaterka ze skutkami i traumami po wydarzeniach opisanych w Pocałunku żelaza, zmagać się musi jeszcze przez kilka kolejnych tomów. 

Czasem ten wątek mnie irytował i przyprawiał o ból głowy, ale żywszacunek do pisarki, że nie rozstała się z tym tematem zbyt szybko; nie potraktowała go, jako coś mało istotnego. Podobnie sprawa ma się także z bohaterami drugoplanowymi. Chociaż przeczytałam już dziewięć części tego cyklu i cztery tomy spin-offowej serii, postacie poboczne wciąż potrafią zaskakiwać, wydawać się wielką niewiadomą. Żar mrozu to książka, która bardzo skupia się na stadzie Adama, męża Mercy, pokazując wszelkie zależności pomiędzy wilkołakami; ich relacje. Dla mnie osobiście jest to jednak część, która należy do Honey i Petera. Małżeństwo wilkołaków czytelnicy co prawda mieli już możliwość poznać wcześniej, myślę jednak, że nie tak gruntownie i szczegółowo, jak w siódmym tomie cyklu. Sama na pewno nie byłam świadoma, jak wielkie znaczenie dla stada i jego członków miał Peter, jak bardzo skomplikowaną i charakterną postacią może być Honey. 

Dla mnie - co normalne przy twórczości Patricii Briggs - Żar mrozu skończył się zdecydowanie zbyt szybko. Odkładając tę powieść na półkę, przypomniało mi się, jak kiedyś mój brat podszedł do mojego regału z książkami i spojrzawszy na równo ustawione sześć tomów serii o Mercedes Thompson, zażartował mówiąc: Spójrz tylko. Ona nie robi tego dobrze. Trudno bowiem nie zauważyć, że z części na część trochę na tych tomach ubywa. Każda z nich jest trochę cieńsza. Zawartość, jakość jednakże... Co nie sięgnę po nową Mercy, jestem jeszcze bardziej zakochana w tej serii. Jak każdy tak długi cykl, ma on swoje wady - to jasne. Briggs czasem za bardzo się rozdrabnia, zdarza jej się też mało elegancko zakończyć jakiś wątek, aby inny popchnąć do przodu. Zawsze jednak podczas lektury tych powieści dobrze się bawię, zawsze coś z nich dla siebie wyciągnę.  I to już zostanie ze mną na dłużej. 

autor: Patricia Briggs
tytuł: Żar mrozu
oryginalny tytuł: Frost burned
seria: Mercedes Thompson
wydawnictwo: Fabryka słów
data wydania: 11 listopad 2016
ISBN: 9788379642007
gatunek: fantastyka, urban fantasy      


Chciałbyś dowiedzieć się czegoś więcej o urban fantasy? Koniecznie zajrzyj tutaj! 

Również może Ci się spodobać

0 nie zagryzła klawiatura

Prenumarata :)

zBlogowani

zBLOGowani.pl