Żeby było smoczo!, Smokopolitan 1/2015

23:03


Miną już z dwa lata, kiedy po raz pierwszy usłyszałam o Smokopolitanie - nowym magazynie fantastycznym, tworzonym przez fanów dla fanów. Przeczytałam o nim nigdzie indziej, a właśnie na Gavranie, moim ulubionym portalu internetowym (opinia mało obiektywna, wiem, ale nic nie poradzę).  Ze znanym już powszechnie urokiem i lekką, lecz wciąż zdrową dla życia nieogarniętością, musiałam oczywiście pozwolić, żeby upłynęło mnóstwo czasu, zanim zapomniałam i znów o tym piśmie sobie przypomniałam. Dziś przychodzę do Was, aby fantastyczną nowinę podać dalej i przestrzec - ściągnijcie i zacznijcie czytać już dzisiaj, a nieogarniętość Was nie pochłonie. Nie zmarnujecie tyle czasu, co ja, a lekturą kwartalnika będziecie mogli cieszyć się odrobinę regularniej. 


Na początku zaznaczę, że prasę fantastyczną czytam rzadko, a raczej - Nową Fantastykę, która obecnie jest najpopularniejszym i najwytrwalszym pismem na tym rynku, czytam rzadko. Przez fakt, że mieszkam za granicą, najczęściej po prostu dwa razy do roku kupuję sobie archiwalne numery i przeglądam je, kiedy znajdę chwilę czasu. Lubię też z doskoku pobrać sobie Szortala na wynos, ale na pobieraniu, przeglądaniu i zdrowej zazdrości publikowania opowiadań na łamach bardziej znanego czasopisma zazwyczaj moje zafascynowanie się kończy. Przy Smokopolitanie sytuacja ma się trochę inaczej. Najpierw na próbę pobrałam sobie na czytnik pierwszy numer, później z wielkim entuzjazmem wszystkie pozostałe, a pod koniec usiadłam przed komputerem i zaczęłam sprawdzać dostępność archiwalnych numerów w papierze, bo - umówmy się - jak ktoś tworzy coś tak fajnego, to przyzwoitym by było, aby jednak dać mu za to jakieś pieniądze. 

Dzisiaj w skrócie postaram się napisać dla Was coś o pierwszym numerze i zachęcić do sięgnięcia po niego - chociaż po darmową wersję elektroniczną. W końcu nikt na tym nic nie straci, a można coś zyskać. :)

Tematyka pierwszego wydania kręci się wokół "wychodzenia z szafy" - publikowania pierwszych tekstów, porad dla osób, które może nie czują się zbyt komfortowo z prezentowaniem swojej twórczości większemu gronu. Poza tym znajdziemy tutaj także opowiadania. No właśnie. Przyznam szczerze, że po przeczytaniu całego wydania, proza w nim zawarta o wiele bardziej przypadła mi do gustu niż artykuły, dlatego to od niej chciałabym zacząć. Na początek czytelnik dostaje Szkolne wspominki Andrzeja Pilipiuka, które niczym dobrze zarzucony haczyk, wabią do siebie zainteresowanych, aby potem bardzo nietypowo i nieoczekiwanie się skończyć, zaostrzając ząbki na coś większego. Trudno mi nazwać się fanką Pilipiuka, kiedy na koncie mam tylko trzy przeczytane jego powieści i żadna jakoś specjalnie mnie nie wciągnęła. Opowiadanie zawarte w Smokopolitanie nie zmieniło tego stanu rzeczy, ale nie szkodzi. Jeszcze będę próbować. 

Jako druga w kolejce, historia Macieja Maciejewskiego, Protea 1. Opowieści przedstawione w formie e-maili wymienianych przez bohaterów nie wzbudzają we mnie zbyt wielu ciepłych uczuć, ale Proteę 1 czytałam, siedząc jak na szpilkach. Wszystko było tutaj niejasne, mętne i nic nie zdradzało w jakikolwiek sposób kolejnych wydarzeń. Do samego końca trudno było ocenić, co autor swoim tekstem chce mi przekazać, a kiedy w końcu dobrnęłam do końca, była to prawdziwa bomba. Ciekawie zrealizowana i dobrze poprowadzona krótka forma - nic dodać, nic ująć. Wydaje mi się, że to chyba najlepszy tekst, który przeczytałam w tym numerze. Może nie tyle pod kątem chęci sięgnięcia po jakąś kontynuację, a właśnie tłoczących się po jego lekturze myśli w głowie, które niczym okręgi na tafli wody wokół wrzuconego kamienia, namnażają się i namnażają. 

Dlaczego tylko "wydaje mi się", że najlepsze opowiadanie? Otóż dlatego, że od razu później przeczytałam Bajkę o pogrzebie Anny Jakubowskiej. Niezwykle nastrojowy, ni to bajkowy, ni budzący grozę tekst. Oryginalny, wciągający, fascynujący. Bardzo barwnie i żywo opisujący sylwetki trzech całkiem różniących się od siebie bohaterów. Aż chciałabym przeczytać coś więcej pióra tej autorki. Później odrobinę zaskakująca i naprawdę dobrze narracyjnie poprowadzona historia Michała Marca-Remiszewskiego: Zmartwychwstałem jako android. Odrobinę zaskakująca, ponieważ już na początku udało mi się w większej części przewidzieć zakończenie historii. Motyw przewodni być może odrobinę oklepany, ale za to ładnie przedstawiony. No i morał nie taki, jak zakładałam, co automatycznie sprawiło, że poświęciłam całości dłuższą chwilę po przeczytaniu, zastanawiając się, jakie skutki mogłyby przynieść czyny bohaterów.

Wszystkiemu winne są gady Jarosława Urbaniaka nie porwały mnie wcale, a w Oko cyklonu Pawła Majki wydaje mi się czymś na styl zapowiedzi przyszłej opowieści publikowanej w odcinkach, więc na razie wstrzymam się z oceną. Bardzo jednak przypadł mi do gustu wywiad z tym pisarzem. Został tam całkiem ciekawie poruszony temat całego numeru, czyli co robić, kiedy chce się publikować swoją twórczość. Poza tym Paweł Majka opowiada też trochę o swoich doświadczeniach, robiąc to w naprawdę interesujący sposób. Później wpada też w łapki recenzja jednej z jego książek, Pokoju światów. Biorąc pod uwagę, że ten tytuł już czytałam i sama recenzowałam, przeleciałam Smokopolitanową recenzję tylko wzrokiem, aby się przekonać, co ma do powiedzenia na temat tej pozycji autor tekstu. 

Niestety, jak bardzo nie podobałaby mi się część numeru poświęcona opowiadaniom, tak część publicystyczna trochę kuleje. Jest tutaj mnóstwo tekstów, które za pierwszym razem przyjemnie się czyta, ale za drugim słabo wspomina. Doskonałym przykładem jest tutaj Simon Znak i jego ABC wychodzenia z szafy czy Jak porzucić klasyków Katarzyny Koćmy. Pierwszy wydaje mi się za bardzo ekspresyjny, drugi zaś za bardzo przekombinowany. Autorka rzuca wieloma wyspecjalizowanymi pojęciami, jednak tekst sam w sobie nie wydaje się dzięki temu bardziej profesjonalny czy fachowy. Od czasu do czasu spada jedynie chęć do dalszego czytania. Podobnie analiza afer przy rozdaniu nagród Hugo, napisana przez Marcina Kłaka. Wiele odwołań, wiele załączników, mnóstwo treści, a samo streszczenie takie... nijakie. Czytelnik nie chłonie tego podświadomie, niczym gąbka, przy okazji ciesząc się lekturą tekstu, a musi przeznaczyć chwilę, aby zagłębić się w całą tę sytuację i non stop nadążać za podrzucanymi faktami. 

Za to wspomnienie o Pratchettcie Piotra W. Cholewy wzbudziło masę emocji, czego właśnie oczekiwałabym po tym tekście. 

Moje pierwsza przygoda ze Smokopolitanem skończyła się naprawdę bardzo przyjemnie. Oczywiście, jeśli dopiero usłyszeliście o tym piśmie, a cokolwiek w moim tekście wywołało u Was odczucie, że nie jest to pismo dla Was, proszę, nie dajcie mu się za bardzo ponieść. Trzeba pamiętać, że od wydania pierwszego numeru Smokopolitana minęło mnóstwo czasu, kiedy kwartalnik mógł przejść kilka, albo nawet kilkanaście, zmian. Ja jestem mile zaskoczona pierwszym numerem i dam się mile zaskoczyć podczas czytania drugiego. A Wy? Pozwolicie sobie na fantastycznie smoczą lekturę? 




Wersję elektroniczną można pobrać <<tutaj>>

Również może Ci się spodobać

0 nie zagryzła klawiatura

Prenumarata :)

zBlogowani

zBLOGowani.pl