Gdzie trzy muszkieterki, tam znajdzie się czwarta

18:39


Olga Rudnicka w ciągu dwóch miesięcy i trzech powieści zdołała awansować z nieznanej mi autorki na najlepszy rozweselacz całego stworzonego przeze mnie rankingu; twórczynię książek humorystyczno - kryminalnych, po której powieści sięgam zawsze wtedy, kiedy chciałabym się uśmiechnąć odrobinę szerzej niż zazwyczaj.
 
I ostatnio przeczytana przeze mnie powieść pani Olgi nie jest wyjątkiem od reguły. Mało tego. Może być ich przykładem. Nie brakuje tutaj niczego - jest trup; grupa trzech silnych bohaterek, do której dochodzi i czwarta; jest akcja; są zagadki i mnóstwo, naprawdę całe mnóstwo humoru. Poważnie zastanawiam się jak w przeszłości mogłam sobie radzić bez książek tej polskiej pisarki na poprawę nastroju, ponieważ wystarczyły mi trzy rozdziały Były sobie świnki trzy, aby nabrać dystansu do życia i różnorakich sytuacji. 

Były sobie świnki trzy to historia trzech żon, najlepszych przyjaciółek dodajmy do tego, które w pewnym momencie swojego życia decydują, że o wiele lepiej powodziłoby im się bez swoich mężów. Decydują się więc ich pozbyć. Komedia pomyłek i błędów, jakie nastąpią, gdy trzy kobiety wezmą sprawy w swoje ręce, istotnie była warta udokumentowania i opisania. Wydaje mi się, że Były sobie świnki trzy ma więcej wspólnego z serią o Stephanie Plum niż z poważniejszym kryminałem (w czym nie ma nic złego!), a prym wiodą tutaj zabawne gagi i żarty sytuacyjne. Poza tym, co trzeba od razu przyznać, jest to powieść przede wszystkim dla kobiet o kobietach właśnie. Najważniejsze postacie nie zostawiają suchej nitki na płci przeciwnej, a nawet jeżeli w książce trafi się jakiś przyzwoity mężczyzna, to i tak pozostanie jedynie tłem dla jednej z głównych bohaterek. A główne bohaterki tymczasem.... Są to postacie na wskroś przerysowane, charakterne, momentami nawet karykaturalne. Nie stanowi to jednak żadnej wady, ponieważ mowa tutaj o Były sobie świnki trzy, czyli powieści, która z każdej strony czerpie wodę do wiadra z napisem "humor" i świetnie jej to wychodzi.  

Kiedy sięgam po powieści Olgi Rudnickiej to niby już wiem czego oczekiwać, lecz za każdym razem czeka mnie jakaś miła niespodzianka. Żadna z książek tej autorki bowiem nie jest taka sama, każda zawsze posiada jakieś niuanse, szczegóły, które czynią ją wyjątkową i jedyną w swoim rodzaju. To tak, jakby pisarka wiedziała, że humorystyczne kryminały są jej gatunkiem, lecz za każdym razem, kiedy próbuje napisać nową historię, podchodziła do niej w inny sposób, zapominając o wszystkich poprzednich i koncentrując się na tej jedynej, teraz przedstawianej swoim czytelnikom opowieści. Obserwuję tę sytuację zawsze, kiedy tylko w moich łapkach znajduje się kolejna powieść spod znaku Olgi Rudnickiej, ponieważ, moi drodzy państwo, Olga Rudnicka to już klasa sama w sobie; nowe, dobre określenie na pewien rodzaj książek. 

Zazwyczaj nie cierpię podobnych porównań, ale pisząc tę recenzję trudno nie jest mi powiedzieć, że Były sobie świnki trzy to dziecko spotkania Stephanie Plum i Joanny Chmielewskiej.  Kiedy czyta się tę powieść, czuje się tego ducha naszej znakomitej królowej kryminału oraz zagranicznej gwiazdy humoru i rozrywki, jaką jest Janet Evanovich. Aczkolwiek w sytuacji, kiedy wspominam, że przy tej książce bardzo czuć ducha obydwu wspomnianych autorek, nierozsądnie byłoby jednak nie przyznać, że najwięcej w Oldze Rudnickiej jest Olgi Rudnickiej właśnie. Bo Olga Rudnicka to już rozpoznawalny styl i odrębny smak humorystyczno kryminalnej przygody. Już nie mogę się doczekać, kiedy wybiorę się na kolejną. 

 

autor: Olga Rudnicka
tytuł: Były sobie świnki trzy
wydawnictwo: Prószyński i Ska
data wydania: 15 marca 2016
ISBN: 9788380692664
liczba stron: 360
kategoria: humor, obyczajowe, kryminał


Za możliwość poznania niezrównanego trio i śledzenia ich przygód, serdecznie dziękuję wydawnictwu Prószyński i Ska.

Również może Ci się spodobać

0 nie zagryzła klawiatura

Prenumarata :)

zBlogowani

zBLOGowani.pl