Złodziej może być tylko jeden, albo Złodziej Wrót

17:47


Zaginione wrota czytałam baardzo dawno temu - mgliście sobie przypominam, że było to chyba na samym początku mojej "kariery" blogerskiej, czyli najprawdopodobniej z pięć lat temu. Doskonale pamiętam ten niespodziewany zachwyt, który mnie ogarnął, kiedy dowiedziałam się, że Card napisał młodzieżowe fantasy o magach z Midgardu, posiłkując się mitologią nordycką i tworząc coś na styl urban fantasy. Pamiętam, jak wchłonęłam tę pierwszą część trylogii niczym gąbka wodę i jak rozczarowana byłam, kiedy okazało się, że na kontynuację przyjdzie czytelnikom trochę poczekać. 

Później zapomniałam o Złodzieju wrót. Przypomniała mi o nim premiera Ojca wrót, czyli ostatniej części trylogii. Ze zniecierpliwieniem chwyciłam więc za tę drugą, pewna, że czeka mnie niezapomniana przygoda i dwie książki do nadrobienia. Tymczasem kontynuacja Zaginionych wrót nie przypomina mi ich w najmniejszym stopniu. Zamiast pochłonąć ją w kilka godzin, męczyłam, jak pięciolatek znienawidzoną gotowaną marchewkę na talerzu - cały czas zdziwiony, że tak się męczy, a rzeczona marchewka nie znika.


Za największy mankament Złodzieja..., o ironio!, uważam Danny'ego Northa. Jak w pierwszym tomie to właśnie główny bohater powieści był jej siłą napędową, tak teraz - już nie dziecko, a nastolatek - zmienił się nie do poznania. Z jednej strony rozumiem, że autor chciał pokazać to przeistoczenie protagonisty - z niechcianego dziecka bez mocy w rodzinie, w której to właśnie magiczne umiejętności liczą się najbardziej, zmienił się w potężnego maga, osobę, z którą muszą się liczyć nie tylko krewni, lecz także członkowie wrogich rodzin magicznych. Bardziej mi przeszkadza, jak Orson Card nieudolnie to zrobił. Danny w teorii powinien być sprytnym, inteligentnym chłopakiem o dobrym sercu - jak w jednym z ostatnich rozdziałów opisuje go w swoich przemyśleniach Klucha. Szkoda tylko, że pisarz nie potrafił pokazać tych cech Danny'ego jego czynami. Po sposobie w jaki główny bohater reaguje na różne sytuacje, jak odnosi się do innych postaci... Powiedziałabym raczej, że straszny z niego dupek i kawał chama się zrobił, a nie rzeczony inteligentny chłopak o złotym sercu. 

Odrobinę zabawne jest też podejście Danny'ego do wszelkich flirtów i romansów. Mam dziwne przeczucie, że przedziera tutaj światopogląd pisarza. Naprawdę osobliwym było dla mnie czytanie, jak główny bohater nie zamierza umówić się z dziewczyną (chociaż w pewnym momencie interesowały się nim trzy, co barwnie ujął już jako czworokąt, ehkem) ani wyjść poza sferę pocałunków, ponieważ gdyby zdecydował się z kimkolwiek na coś poważniejszego, to od razu małżeństwo i rodzenie dzieci. Wiadomo. W pewnym momencie przewracałam te kartki w Złodzieju wrót i zastanawiałam się czy na pewno trzymam w ręku fantastykę młodzieżową czy to jednak jakieś romansidło z lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku.  

Trudno mi napisać cokolwiek składnego o postaciach drugoplanowych, ponieważ niemalże żaden z nich nie zapisał się w mojej pamięci w jakikolwiek sposób. Klucha za bardzo się tutaj nie liczy, ponieważ jest on przez większość powieści obserwatorem, nie wspominając już nawet, że zaliczałabym go bardziej do jednego z głównych bohaterów, biorąc pod uwagę jaki wpływ ma potem na fabułę i akcję powieści. Mam niejasne wrażenie, że postaci, które zrobiły na mnie duże wrażenie w poprzedniej części - Hermia na przykład - zostały tutaj strasznie spłycone, stały się bezbarwne. W ogóle w Złodzieju... brakowało mi postaci kobiecej, która nie pełniłaby roli miłostki Danny'ego czy nie spełniałaby figury siostry/ matki.  W Zaginionych wrotach miałam jeszcze Hermię. Tutaj nawet ona jest duchem samej siebie.

Podsumowując, zawiodłam się. Zawiodłam się strasznie. Już pomijając fakt, że staram się oddzielać książkę od autora (z wieloma poglądami Carda się nie zgadzam), ale przynajmniej do tej pory zawsze mogłam liczyć, że te historie będą trzymać poziom. Gra Endera to seria mojego dzieciństwa, pierwsze science fiction, które wciągnęłam szybciej niż tabliczkę czekolady, doczytując powieści w każdej możliwej chwili, chociaż wcześniej sf było dla mnie strasznie trudnym do przebrnięcia gatunkiem.  Zaginione wrota to niezapomniana przygoda, do której zapewne jeszcze kiedyś wrócę, ale o Złodzieju wrót postaram się jak najszybciej zapomnieć. 


 
autor: Orson Scott Card
tytuł: Złodziej wrót
tłumaczenie: Tomasz Wilusz
cykl: Mither Mages
wydawnicstwo: Prószyński i Ska
tytuł oryginału: The Gate Thief
data wydania: 20 marca 2014
ISBN: 9788378397236
liczba stron: 440
 
Za możliwość powrotu do przygód Danny'ego Northa dziękuję wydawnictwu Prószyński i Ska

Również może Ci się spodobać

0 nie zagryzła klawiatura

Prenumarata :)

zBlogowani

zBLOGowani.pl