Nocny seans #1: The Last Jedi, Baby driver, It i inni

18:31

Źródło
Koniec listopada i pierwsza połowa grudnia to był dla mnie bardzo męczący czas. Dość powiedzieć, że przerwa świąteczna zaczynała się dopiero od 25 grudnia (poniedziałek), a ostatniego dnia szkoły, jeszcze przed weekendem, miałam osiem godzin zajęć i egzamin językowy. Niefajnie. Większość czasu na przestrzeni tych dwóch miesięcy zajęło mi więc wyobrażanie sobie, jak zajadam się pierogami i krokietami, a w przerwach między jedzeniem nadrabiam zaległe lektury. Czym tan naprawdę zajmowałam się w tym czasie? Oglądaniem filmów i seriali. Och, cóż... Ale pierożki i krokiety też były! 

Dzisiaj więc postanowiłam opublikować coś na styl filmowo-serialowego podsumowania grudnia. Nie wiem czy takie wpisy będą pojawiać się częściej (na pewno nie takie długie!), ale muszę przyznać, że sama forma bardzo mi się podoba.


Star Wars: The Last Jedi (2017)

Zaczniemy od oczywistego, czyli Star Wars: The Last Jedi. O samej wyprawie do kina rozpisywałam się już tutaj, a dzisiaj chciałabym trochę opowiedzieć o samych wrażeniach. Kiedy mowa o Star Wars od razu krzyczę, że jestem niedzielnym fanem, ponieważ zauważyłam, że dyskusje w tym temacie potrafią być naprawdę zażarte, a fandom bardzo rozemocjonowany. Jako widz nie uważam, żeby Ostatni Jedi był w jakikolwiek sposób filmem wyjątkowym. Brakuje mu w sumie chyba wszystkiego, co tak bardzo zachwyciło mnie w Przebudzeniu mocy i szczerze mówiąc trochę drżę o ostatnią część trylogii. Rian Johnson chciał przełamywać ograne w Star Warsach motywy i czasem mu to wychodziło, czasem nie. Podobało mi się, jak reżyser odpowiedział na pytania pochodzenia Ray i Smoke'a, ale ani trochę nie przypadło mi do gustu na siłę wpychanie tutaj komicznych przerywników typowych dla MCU. Czy naprawdę nie możemy powiedzieć jasno, że Disneyowskie księżniczki mają sidekicki w postaci uroczych zwierzaczków, Avengersi lubią pożartować w specyficzny sposób, ale to nie znaczy, że inna animacja z takim sidekickiem też będzie porywać miliony dziecięcych serc, a film spoza MCU skopiuje lekarstwo na sukces? Dziękuję, byłoby miło. 

Ogólnie uważam Ostatniego Jedi za film zacny i dobrze zagrany, ale serio, starwarsy bywały lepsze.

 

The Marvelous Mrs. Maisel (2017 - )

The Marvelous Mrs. Maisel to moje serialowe zaskoczenie roku. No, tak, bo Dark oglądałam w styczniu. Amy Sherman-Palladino - znana już z kultowych wręcz Gilmore Girls - postanowiła wyprodukować nową komedię. Tym razem mamy lata 60. XX wieku, kiedy to młoda kobieta, Miriam "Midge" Maisel (Rachel Brosnahan), odkrywa, że jej mąż ma romans i postanawia od niej odejść. Wychowana do opieki nad dziećmi oraz prowadzenia domu, Midge niespodziewanie postanawia znaleźć pracę i poświęcić się swojej nowo odkrytej pasji, czyli zostać komikiem scenicznym.   

Serial wciąga się niczym krówki ciągutki - nawet nie zauważyłam, kiedy obejrzałam ostatni odcinek. I od razu zaczęłam sprawdzać, kiedy pojawi się kolejny sezon. Pierwszy całkowicie poświęcony jest zmaganiom Midge z utratą miłości, mieszkania i siłowaniem się z perspektywą rodziny i społeczeństwa, w którym kobieta powinna prowadzić dom i wychowywać dzieci. Mam nadzieję, że ta rola zapewniła Rachel Brosnahan (znanej też z House o Cards) pewien rozgłos, ponieważ autorka była fenomenalna. Z ogromnym zaciekawieniem obserwowałam jej wejście do świata komików i trzymam kciuki, że niedługo widzowie będą mieli szansę dowiedzieć się, jak dalej Miriam radzi sobie na scenie. 


Mroczna wieża (2017)

Ostatnio historie Stephena Kinga przeżywają swoje kolejne pięć minut. Ale serio. Ludzie uwielbiali ekranizować powieści króla grozy, a jeszcze częściej inspirować się nimi w innych produkcjach, ehkem Stranger Things ekhem, ale to, co się dzieje ostatnio, przechodzi wszelkie wyobrażenia. Mroczna Wieża, To, 1922, 11.22.1969, Pan Mercedes - niedługo Stephen King wyskoczy nam z lodówki. I niestety, ale część z tych produkcji ssie. 

Mroczna wieża mogłaby startować w konkursie najgorszego filmu, jaki widziałam w ubiegłym roku. Nie wiem, czy by go wygrała, ale na pewno zajęłaby jakieś miejsce na podium. Jestem pewna, że za kilka lat będą wyświetlać ten film w szkole filmowej, aby uczyć ludzi, jak nie powinno się na wielkim ekranie opowiadać historii. Nie czytałam książek, co pewnie w najbliższym czasie nadrobię, ponieważ świat przedstawiony i sama opowieść wydają się fenomenalne. Poza tym Stephen King wplata w fabułę wiele nawiązań do swoich innych dzieł, co można zauważyć nawet w filmie, a sama uwielbiam takie zabiegi. Takie smaczki byłyby świetnym sposobem na urozmaicenie dobrej produkcji. Gorzej, kiedy sam film jest zły. W Mrocznej wieży po prostu trudno o przywiązanie się do któregokolwiek z bohaterów. Trudno o chęć poznawania ich historii, drżenia o ich los. Zabrakło mi tutaj pewnego decydującego składnika, który wciągnąłby mnie w samą opowieść, zaabsorbował wydarzeniami. 


To (2017)

Kolejną ekranizacją powieści Kinga w tym roku jest To. Książka ma już swoją legendę - przyznam szczerze, że tyle się nasłuchałam o tym, jaka ona nie jest straszna, że w sumie do dzisiaj jej nie przeczytałam. I to nawet biorąc pod uwagę fakt, że jedynie filmowe horrory potrafią mnie porządnie wystraszyć - te książkowe zazwyczaj mnie nudzą. Tutaj prezentuje się za to ciekawa sytuacja, ponieważ - pomimo faktu, że nie oglądam filmowych horrorów, po prostu nie i już - To jako książka wciąż trzyma nade mną władzę i lękam się na samą myśl jego przeczytania, a To jako film, który wyszedł w tym roku... przede wszystkim podoba mi się jako historia obyczajowa.  

Andres Muschietti - chociaż korzysta w swojej produkcji z wielu wyświechtanych motywów horroru (muzyka sygnalizująca, że stanie się coś strasznego, pojawiający się znikąd potwór itp.), nie dał rady efektywnie mnie wystraszyć. To spodobało mi się przede wszystkim jako film opowiadający o grupie dzieciaków, posiadających własne rozterki, problemy rodzinne, przeżywających pierwsze miłości i zjednoczonych wspólnymi przeżyciami. Jako wielka fanka Stranger Things nie mogłam nie spojrzeć z rozczuleniem na te lata .80 i dzieciaki jeżdżące na rowerach. Widać inspirację twórców serialu dziełami Kinga i to uczucie, kiedy się to zauważy, jest bardzo przyjemne. 


Służące (2011)

Mnóstwo wody upłynęło do czasu, kiedy w końcu udało mi się obejrzeć ten rewelacyjny film, jakim są Służące. Już od kilku lat przymierzałam się, aby nadrobić ten obraz i w końcu udało się podczas przerwy świątecznej. Dobrze sportretowane lata .60 XX wieku, wspaniała Emma Stone i fenomenalna Viola Davis oraz świetna Octavia Spencer. Czego chcieć tu więcej? Film trwa niemal dwie i pół godziny, ale jest to prawie wcale nieodczuwalne. Dziwne, tym bardziej, że akcja filmu toczy się wolno i spokojnie. Jedyne, czego mi tutaj zabrakło, to kilku szarych postaci. Bohaterowie przedstawiani w Służących albo są dobrzy, albo źli, ale nie ma żadnych osób pomiędzy - takich wahających się nad wyborem czy nawet próbujących zmienić swoje zachowanie.


Ukryte działania (2016)

Odrobinę nowszy film, poruszający podobną tematykę co Służące, czyli Ukryte działania z 2016 roku.  Film opowiada o trzech młodych kobietach, afroamerykankach, pracujących dla NASA i pomagających przy pierwszym na świecie wysłaniu człowieka w kosmos. 

Chwila na zwierzenia - uwielbiam oglądać filmy o geniuszach, szczególnie o geniuszach matematycznych. Nic więc w tym dziwnego, że do Ukrytych działań od samego początku miałam pewną słabość. Zaistniał jednak pewien problem - produkcja Theodore'a Melfiego to produkcja bardzo nierówna. Z jednej strony mamy poruszanie ważkich tematów jak dyskryminacja płciowa czy dyskryminacja na tle rasowym, a z drugiej strony wyraźnie widać, że reżyser jak ognia boi się wzbudzania kontrowersji i opowiada o dyskryminacji, ale tylko do pewnego punktu. W ten sposób zawsze mamy tego jednego bohatera, który zauważa problem i go rozwiązuje. Przedstawione w filmie postaci wydają się na żywca wyjęte z jakiś sztucznie wyglądających ram - nie mają praktycznie żadnych wad, rys na charakterze - w tym również mowa o głównych bohaterkach, które w pewnym momencie wydają się widzowi całkowicie nierealne. A szkoda, ponieważ Ukryte działania to film bazujący na faktach i opowiadający o życiu prawdziwych ludzi -  Katherine G. Johnson, Dorothy Vaughan i Mary Jackson. 


Święta w El Camino (2017)

Wiecie co się mówi o oglądaniu świątecznych filmów w święta? Ja w sumie też nie, ale bardzo chciałabym się dowiedzieć, bo w grudniu obejrzałam kilka, ale żadnemu nie udało się mnie wprawić w nastrój. Chyba powinnam zostać przy książkach. Jednym z tychże świątecznych filmów były Święta w El Camino - netflixowa produkcja, po którą sięgnęłam po polecajce z Bałaganu Kontrolowanego. Nie chcę oszukiwać - trochę mi się ten film podobał, ale trochę jednak nie. Przede wszystkim dobrze wypadł scenariusz - to trzeba przyznać. Dialogi zostały świetnie napisane, a każdy żart wpadał w ucho. Rozczarowałam się chyba końcówką - było w niej mnóstwo stereotypowego, świąteczno-filmowego happy endu, ale nie w temacie, w którym na to liczyłam. Podsumowując, uważam, że to taka produkcja miła dla oka, świetnie spędza się przy niej czas rodzinnie, kiedy obiad świąteczny już zjedzony i fajnie byłoby razem obejrzeć jakiś przyjemny film i okrasić go mnóstwem zabawnych komentarzy. Szybko się jednak o nim zapomina. 


Baby driver (2017)

Cichy, introwertyczny i uzdolniony chłopak chce zerwać z przestępczą działalnością. Szef wysyła go na ostatnie zadanie - wszyscy wiemy, że to po prostu nie może skończyć się dobrze. Baby (Ansel Elgort) podejmuje się zadania, mając w pamięci piękną i młodą Deborę (Lily James), z którą planuje przyszłość. Brzmi oklepanie? A wcale tak nie jest!

To była dopiero zabawa! Podczas premiery filmu jakoś całkowicie umknął mi fakt o czym on właściwie jest - byłam pewna, że to film akcji typu Szybcy i wściekli, choć może lepszego poziomu. I bardzo, bardzo pozytywnie zostałam zaskoczona! Uwielbiam fakt, jak wielką rolę w produkcji reżyser, Edgar Wright, dał muzyce. A może nawet inaczej - w Baby driverze muzyka nie tyle pełni ważną rolę, co staje się niezastąpionym elementem, dyktującym tempo akcji, narrację oraz bieg wydarzeń. Montaż dźwięku i obrazu są fenomenalne. Nie wspominając już o świetnej Lily James czy pierwszorzędnym Anselu Elgorcie, którzy doskonale prowadzą swoje postaci i to, czego nie ma w scenariuszu, zastępują wyborną grą aktorską.  Nie miałam żadnych oczekiwań, co do tej produkcji, kiedy zastanawiałam się nad kolejnym filmem do obejrzenia, a dostałam coś wyjątkowego, na długo zapadającego w pamięć. Baby driver to film akcji wybijający się w swoim gatunku i proponujący coś nowego w tym temacie.


Bright (2017)

Kolejna propozycja od Netflixa. Tym razem film w fantastycznym wydaniu -  dwóch policjantów wybuchowej mieszanki, Scott Ward (Will Smith) i Nick Jakoby (Joel Edgerton), człowiek i ork, wpakowują się w kłopoty i starają się uratować świat.  Czyli dzień jak co dzień, nie ma czym się przejmować, można iść dalej. 

Bright to film tak nudny i przewidywalny, że naprawdę jestem pełna podziwu dla samej siebie, że udało mi się go obejrzeć do końca. Gdzieś czytałam, że scenariusz do niego przeleżał dwadzieścia lat. Cóż, w tym miejscu wystosuję apel do reżysera - drogi Davidzie Ayerze! Niektórych rzeczy po prostu nie powinno się nigdy wyciągać na światło dzienne. NIGDY. Twój ostatni film jest tego dobrym przykładem. I chociaż niektóre rzeczy całkiem fajnie tutaj zagrały - świat przedstawiony na przykład, w którym ludzie, orki i elfy są zmuszone do wspólnej egzystencji ( mamy też faerie, ale one nie są uważane za istoty rozumne). Niestety, przeważająca większość jednak nie spełnia oczekiwań. Od motywu zbawiciela i ratowania świata począwszy na samych bohaterach skończywszy. W Bright pojawia się villian, który ma szansę w całym filmie wypowiedzieć... cztery kwestie? Dwie się kilka razy powtarzają, ale poza tym kicha. Wynudziłam się strasznie. A na dokładkę usłyszałam ostatnio, że będzie kontynuacja. No potworność.  

Również może Ci się spodobać

0 nie zagryzła klawiatura

Prenumarata :)

zBlogowani

zBLOGowani.pl