Wymęczona Władczyni Mroku, albo debiut Hiddenstorm

22:24


Uwielbiam czytać porady pisarskie dla początkujących autorów. Znani pisarze co i rusz publikują podobne teksty na różnych portalach, że nie wspomnę już nawet o książce Stephena Kinga, która w sumie w połowie jest także autobiografią autora. Czytając debiut polskiej autorki, kryjącej się pod pseudonimem K.C. Hiddenstorm, na myśl szczególnie przychodziła mi jedna z rad udzielonych swego czasu przez Kurta Vonneguta - Zacznij jak najbliżej końca. Myślę, że wskazówkę amerykańskiego autora w pełni zrozumiałam dopiero podczas lektury powieści Hiddenstorm.


Zanim jednak przejdziemy do wad i zalet, kilka słów o samej powieści. Władczyni mroku jest  jedną z tych książek, które na pierwszy rzut oka wydają się przyjemnym czytadłem - w tym wypadku paranormal romance - przy którym można sympatycznie spędzić czas i dobrze się bawić. Czego bowiem tu nie mamy? Opis z okładki zapowiada supernaturalny romans, mnóstwo akcji, zdrady, intrygi i ponadczasową miłość. Gdybym miała strzelać, powiedziałabym, że patrząc na resztę podobnych historii, łatwo byłoby postawić na Władczynię mroku i po dłuższym dniu usiąść z nią z herbatką w drugiej ręce i ulubionym pupilu rozłożonym obok.  Kiedy zaczęłam zagłębiać się w lekturę książki, wszystko wydawało się w porządku. Historia miała potencjał, miała też klimat. Główna bohaterka już od pierwszych stron pokazywała pazurki, a ja wiedziałam, że to jedna z tych charakternych, konkretnych postaci, o jakich lubi się czytać. Z biegiem stron jednak cała melodia, jaką jest ta historia, zaczęła łapać coraz więcej fałszywych nut, tak, że nie można było odróżnić początkowego dźwięku. I niestety, pozostało tak do końca.

O ile od strony fabularnej wiedziałam, że sięgam po paranormal romance i czego się spodziewać, tak całkiem nie przewidywałam, że książka będzie całkiem leżeć od strony technicznej. Widziałam opinie innych czytelników, którzy skarżyli się na złą robotę wydawnictwa, ale nic nie przygotowało mnie na to, co zastałam. Władczyni mroku wydaje się powieścią, której redaktor i korektor nie widzieli na oczy. Jest to historia z potencjałem, ale kulejąca od strony technicznej - przydałaby się jej osoba potrafiąca wskazać elementy do usunięcia, sceny do przeróbki. Tymczasem czytelnik dostaje - mogłoby wydawać się - surowy produkt. Dopiero co wyciągniętą spod palców autora powieść, nie ochrzczoną poprawkami czy radami kompetentnego redaktora. 

Dla mnie Władczyni mroku mogłaby być z połowę krótsza. Autorka od czasu do czasu potrafiła mnie zainteresować bieżącymi wydarzeniami, żeby zaraz  zamieścić tony opisów, które kompletnie spowalniały akcję. Temu debiutowi przede wszystkim brakuje konkretnie wyznaczonego początku, rozwinięcia i końca.  Wracając do rady Kurta Vonneguta z pierwszego akapitu - K.C. Hiddenstorm powinna zacząć swoją historię jak najbliżej końca.  W większości powieści - kiedy dostajemy głównego bohatera, który jest dorosły - nie potrzebujemy streszczenia całego jego trzydziestoletniego życia, aby móc zrozumieć kolejne wydarzenia. Jasne, czytelnik może dostać coś na styl podsumowania czy retrospekcji. Czasem przeszłość bohatera jest podana nam w formie zagadki, albo przytaczana krótkimi fragmentami. We Władczyni mroku natomiast pojawia się mnóstwo anegdot, dygresji. Zamiast kilku zdań wytłumaczenia, czytelnik dostaje  w pełni przedstawione sytuacje z przeszłości bohaterki, które nie mają aż tak wielkiego impaktu na następne wydarzenia, aby poświęcać im tyle miejsca. Jest to zrobione na tyle chaotycznie, że nie zawsze potrafiłam stwierdzić, jaką rolę dla całości pełni dany fragment książki. Czy to służy lepszemu poznaniu bohatera? Jego motywów? Czy po prostu pojawiła się okazja, więc trzeba opowiedzieć połowę jego życia? Powieści brakuje dobrej dynamiki, przy której czytelnik nie traciłyby co i rusz zainteresowania czytaną pozycją. 

Do tego dochodzą nam bohaterowie. Choć większość z nich jest naprawdę dobrze wykreowana i na dłużej zapada w pamięć, a na pewno już odróżnia się od reszty, muszę przyznać, że jest ich tutaj zdecydowanie za dużo. K.C. Hiddenstorm wprowadza mnóstwo postaci, które pojawiają się na chwilę, aby później nigdy na karty historii nie wrócić. Taka plejada bohaterów działa negatywnie na rzecz fabuły, ponieważ czytelnik nie ma nawet szans, aby na dłużej przywiązać się do któregokolwiek z nich (mówię przede wszystkim o postaciach drugoplanowych). Główna bohaterka, Megan Rivers, jest osobą bardzo dominującą, ma silny charakter i oryginalne podejście do życia. Naprawdę żałuję, że tak bardzo poległa tutaj techniczna strona książki, ponieważ wiem, że gdyby Władczyni mroku po prostu została lepiej napisana, to zapewne wpisałaby się na listę moich guilty pleasure. To mogła być bardzo wciągająca historia! Tym bardziej z tak dobranym duetem, jakim jest Megan i ... jej love interest. Zostawmy to na tym, żeby nie było spoilerów.  

A tak niestety Władczynię mroku najzwyczajniej w świecie wymęczyłam. Bywały momenty, kiedy powieść bardzo mnie wciągnęła, żebym po kilku stronach znowu straciła zainteresowanie i odłożyła ją na dłuższą chwilę, sięgając po coś innego. Później znów byłam wybita z rytmu i trudno było mi wrócić do świata przedstawionego przez K.C.Hiddenstorm. Przyznam szczerze, że chyba gdyby nie obiecana przeze mnie recenzja tego tytułu, dawno powędrowałby na półkę niedokończonych powieści.  Autorka ma styl - pisze naprawdę przystępnie, lekko, a przede wszystkim żywo. Dialogi między postaciami są niczym z życia wzięte, a same opisy postaci z punktu widzenia głównej bohaterki czy jej przemyślenia na temat danej sytuacji często bywały naprawdę zabawne i napisane z ikrą. Powieści nie zabrakło też błyskotliwości czy czarnego humoru. Poza tym zachwyca też kreacja postaci - to plusy. K.C. Hiddenstorm musi jednak popracować nad swoim warsztatem i, jak podejrzewam, zaprosić do współpracy osobę, która pomoże jej przy redakcji i korekcie kolejnych historii. 

Władczyni mroku, K.C. Hiddenstorm, wyd. Ebookowo.pl

Również może Ci się spodobać

0 nie zagryzła klawiatura

Prenumarata :)

zBlogowani

zBLOGowani.pl