Klub parasolki, albo Nieskończone światy Jane

11:59

INSTAGRAM

Kristin Cashore jest w Polsce mało znana. W sumie nic w tym dziwnego. Kilka lat temu wyszły u nas dwie jej powieści nakładem Naszej Księgarni – dokładnie dwa z trzech tomów trylogii Siedmiu Królestw. Te zresztą nie cieszyły się też popularnością. Ja w Wybrańcach i Iskrze się zaczytywałam, stawiając swoje pierwsze kroki w uzależnieniu od pochłaniania książek (tzn. gdy jeszcze bardzo mało czytałam i nie zawsze koniecznie potrafiłam odróżnić dobre rzeczy od złych). Do dzisiaj nie miałam szansy, żeby sprawdzić swój ówczesny gust, ale kiedy okazało się, że na rynku książki ma pojawić się nowa historia Kristin Cashore, nie wahałam się ani chwili. Jak więc moje odczucia do warsztatu jednej z bardziej lubianych pisarek sprzed lat?

Bardzo… zróżnicowane. Z jednej strony Nieskończone światy Jane są oryginalną, nietypową historią (mają kilka zakończeń!), z drugiej – chociaż podziwiam pomysł autorki na świat przedstawiony – nie potrafiłam się wciągnąć w opisywaną historię, odrobinę mnie nawet nudziła, a gdyby nie fakt, że zobowiązałam się do napisania tego tekstu, kto wie, możliwe, że odłożyłabym Nieskończone światy… niedokończone na półkę.

I wiele bym wtedy straciła. Najnowsza książka Kristin Cashore zalicza się bowiem do tych, które najpierw trzeba poznać od początku do końca, aby pojąć ich złożoność i potencjał; aby móc się zachwycać się pięknem zagmatwanej zagadki, jaka – z której strony by na nią nie spojrzeć – co i rusz pokazuje inne rozwiązania a nawet najbardziej dziwne, lecz wciąż wiarygodne, odpowiedzi na zadawane przez czytelnika pytania. Główna bohaterka, osiemnastoletnia, tytułowa Jane, to postać mająca warstwy ( niczym Shrek! :). W ogóle, skoro już przy tym jesteśmy, to muszę powiedzieć, że niemalże wszyscy przedstawieni w powieści bohaterowie mają warstwy, co mi się szalenie podobało. Odgadnięcie motywów którejkolwiek z postaci było niesamowicie trudnym zadaniem. Zazwyczaj wcale nie okazywali się być tym, za kogo mogliśmy ich mieć, a nie w każdej wersji przedstawionych wydarzeń ich historia była opisywana, co z jednej strony mnie irytowało – bo wiedziałam już, że to opowieść godna wygłoszenia i powinna dostać na to szansę; a z drugiej bardzo cieszyło, ponieważ reprezentowało tajemnicę życia, gdzie nie zawsze wszystkie zagadki są rozwiązane, a przygody przeżyte.

Wróćmy jednak do Jane. Jane nie jest typową bohaterką powieści młodzieżowej. To małomówna, zamknięta w sobie dziewczyna z tatuażem meduzy na ręku, który niejednokrotnie pomaga jej w ćwiczeniach umiarkowanego oddychania. Jej ulubionym zajęciem jest tworzenie nietypowych parasolek, ale od dawna nie miała na to czasu, ponieważ mieszka w małej klitce z innymi studentami. Sama jednak już od kilku miesięcy nie studiuje, bo postanowiła rzucić naukę na uniwersytecie. I wciąż opłakuje śmierć najważniejszej osoby w swoim życiu – cioci, która ją wychowała. Umówmy się – można spokojnie powiedzieć, że przeżywa właśnie najgorszy moment swojego życia. W takiej chwili po wielu latach ponownie spotyka swoją byłą korepetytorkę, Kieran Trash, której ojciec posiada luksusową posiadłość po brzegi wypełnioną artefaktami, rzeźbami i cennymi dziełami sztuki. Dawna przyjaciółka zaprasza ją do siebie na coroczną galę. Jane w żadnym wypadku by się tam nie wybrała… gdyby przed śmiercią cioci nie złożyła jej dziwnej obietnicy, że kiedy dostanie taką możliwość, skorzysta z niej. Dlatego więc nawet nie poświęca dłuższej chwili, aby się nad tym zastanowić, a już wraz z Kieran są na miejscu. W najśmielszych snach nie spodziewają się połowy tych wszystkich dziwnych, a jednocześnie fantastycznych i wyjątkowych przygód, które przeżyją. A jeśli nie one, to inne Jane i Kieran w nieskończonych światach.

Pisarka przechodzi samą siebie, jeśli mowa o fabule. Nie jest tajemnicą, że autorka podejmuje tutaj temat nieskończonych rzeczywistości właśnie, a ich tworzenie uzależnia od decyzji podejmowanych przez główną bohaterkę. Czasem byłam rozczarowana obrotem spraw, czasem zachwycona ponad miarę, ale zawsze – ale to zawsze – żałowałam, że Jane nie może przeżyć tych wszystkich przygód po kolei i dostać odpowiedzi na każde zadane przez siebie pytanie.

Koniec końców, myślę, że Nieskończone światy Jane to historia, z którą warto się zapoznać. Nawet jeśli tylko po to, aby móc ją samemu osądzić. Jeśli mowa zaś o porównaniu moich poprzednich doświadczeń z warsztatem pisarskim Cashore, to chyba dostałam odpowiedź na pytanie, co tak bardzo ujęło mnie w jej poprzednich powieściach. Otóż Kristin może nie mieć najbardziej zachwycającego stylu pisarskiego na świecie – pisze raczej prosto i mało plastycznie – ale nietrudno zakochać się w jej słabości do suspensu, plot twistów oraz nieoczywistych rozwiązań. Chyba w końcu się przełamię i przeczytam Wybrańców oraz Iskrę ponownie, a Wam – jeśli tylko lubicie powieści zaskakujące i przełamujące znane schematy – polecam Nieskończone światy Jane z całego serca. 

Nieskończone światy Jane, Kristin Cashore, wydawnictwo Jaguar, 2018

Recenzję znajdziecie również na portalu Gavran.

Również może Ci się spodobać

0 nie zagryzła klawiatura

Prenumarata :)

zBlogowani

zBLOGowani.pl