Tonąc w bezczasie, albo Toń Marty Kisiel

11:39

INSTAGRAM
Po Toń sięgnęłam jedynie z uwagi na nazwisko Marty Kisiel. Ominęła mnie akcja promocyjna przed premierą książki, ominęły mnie również przeróżne informacje na temat znanych już czytelnikom postaci, które miałyby się w najnowszej powieści Kisiel nieoczekiwanie pojawić. Jedyną rzeczą, jaką znałam, była nazwa. Nazwa i w sumie okładka (bo tak pięknej grafiki się w Internecie przegapić nie dało). Kiedy więc mój brat zauważył, że czytam coś nowego i zapytał, co to jest, nie do końca potrafiłam mu odpowiedzieć – byłam dopiero na trzecim rozdziale. Mimo to mogłam oznajmić mu już jedno – wiedziałam, że dobre.

Najnowsza książka Kisiel od pierwszych stron wciąga tak, że nawet po przekręceniu ostatniej strony nie można się od niej odkleić. Mija trzeci tydzień, odkąd zapoznałam się z przygodami sióstr Stern, a wciąż nie potrafię przestać myśleć o opisanych w powieści wydarzeniach, możliwych ich konsekwencjach i całym tym galimatiasie, jakim jest życie Eleonory, Dżusi i ich ciotki, Klary. Zdradzanie Wam fabuły w momencie, kiedy sama tak dobrze się bawiłam podczas lektury, nic o niej nie wiedząc, uważam za jawną niesprawiedliwość. I chociaż wiem, że w Internecie pojawiło się już mnóstwo recenzji i informacji na temat Toni, to wciąż postaram się nie zdradzać Wam za wiele. Uwierzcie, że najprawdziwszą frajdę będziecie mieć wtedy, kiedy zaczniecie odgadywać wszystkie fragmenty układanki samodzielnie.

Starając się więc nie opisywać fabuły, napiszę o dwóch aspektach Toni, które najbardziej chwyciły mnie za serce. Pierwszą z nich jest historia Dolnego Śląska – to tutaj się urodziłam i wychowałam, więc mogło by się zdawać, że jest to wybór bardzo subiektywny. A wcale nie! Marta Kisiel opisuje moje województwo tak, że zastanawiam się, ile tak naprawdę wcześniej na jego temat wiedziałam; sprawia, że nachodzi mnie ochota wparowania do biblioteki i odnalezienia wszystkich książek na temat dolnośląskiej historii i wszelkich jego zagadek. Nie inaczej ma się sprawa Wrocławia, w którym bym pewnie kilka lat temu zamieszkała, gdyby sprawy potoczyły się inaczej.

Tak jak swego czasu spojrzałam na Toruń oczami Anety Jadowskiej czy na Kraków oczami Magdaleny Kubasiewicz, tak teraz bardzo trudno będzie mi myśleć o Wrocławiu i nie łączyć go automatycznie z Martą Kisiel. Na Pyrkonowym spotkaniu autorka przyznała, że Toń wymagała od niej mnóstwo reaserchu, a żeby napisać jedno ze zdań, które pojawiło się w powieści, przeczytała około tysiąc pięćset stronicową książkę. I chociaż mam trochę inne spojrzenie na tę sytuację niż pisarka (Marta Kisiel reaserch bardzo lubi; dla mnie ta perspektywa jest odrobinę przerażająca), to trudno mi się nie zgodzić, że to przygotowanie w Toni naprawdę widać. Miasto zdaje się dostawać tutaj własną rolę do odegrania; ma duszę i jest tętniącym sercem całej powieści.

Niemniej ważna i równie ogromnie przeze mnie uwielbiana jest relacja sióstr Stern wraz z ich ciotką, Klarą. Już na wstępie napiszę, że przez Toń przewija się mnóstwo zjawiskowo wykreowanych i wspaniale poprowadzonych postaci, ale do żadnej z nich nie wyhodowałam sobie takiej słabości, jak do kobiet Stern. Marta Kisiel nigdy nie miała problemu ze stworzeniem barwnych, ciekawych bohaterów, ale myślę, że to w Toni przekroczyła pewien Rubikon. Nie brakuje tutaj znanego czytelnikom, uwielbianego Kiślowego humoru, ale nie jest on też wepchnięty w każde możliwe zdanie. Atmosfera szybko się zagęszcza, jest poważniej, odrobinę mroczniej – i to objawia się też w charakterystyce postaci oraz relacji pomiędzy nimi.

Toń bowiem to przede wszystkim książka o rodzinie. O tym, ile zła potrafimy sobie nawzajem wyrządzić, lecz też o tym, że w najczarniejszej godzinie umiemy wyciągnąć do siebie rękę. To powieść o toksycznych relacjach, wieloletnich, nawarstwiających się urazach i czynionych sobie nawzajem wyrzutach. Nie brak też jednak tutaj tematu wybaczania, lojalności czy wydobywania z siebie tego, co w nas najlepsze.

Ile razy nie wstrzymywałabym oddechu podczas czytania Nomen omen – zachwycając się wartką akcją i wciągającą fabułą; i ile razy nie wybuchłabym śmiechem na każdej kolejnej stronie Dożywocia – uwielbiając ten oryginalny humor i niezliczone zdania złożone – to ani trochę nie umywa się to do radości, jaką czerpałam z lektury najnowszej powieści Marty Kisiel. Toń to początek czegoś nowego – szczerze wierzę, że to zarazem też początek czegoś wielkiego i wyjątkowego. Jeśli ma być kontynuacja, to mam nadzieję, że już niedługo. Jeżeli zaś nawet seria (za co trzymam kciuki!), to kolejnych części chcę przynajmniej pięć. 

Toń, Marta Kisiel, wydawnictwo Uroboros, 2018

Recenzję znajdziecie również na stronie Gavran. 

Również może Ci się spodobać

0 nie zagryzła klawiatura

Prenumarata :)

zBlogowani

zBLOGowani.pl