Nienormatywny element, albo Post Scriptum

12:31

INSTAGRAM
W maju wraz z bohaterami Toni Marty Kisiel zwiedzałam ulice Wrocławia, a w czerwcu zostałam schwytana w sidła Sabiny i Piotra z Post Scriptum Mileny Wójtowicz i odwiedziłam mniejszą mieścinę nieopodal – Brzeg. Wieść o nowej powieści tej polskiej pisarki bardzo mnie ucieszyła. Dawno, dawno temu – tak dawno, że po samej książce nie zostało mi nic więcej, oprócz kilku niejasnych, lecz bardzo pozytywnych odczuć – przeczytałam pierwszą część Wrót. Poza ogólnym opisem fabuły i faktem, że podczas czytania umierałam ze śmiechu, zbyt wiele nie mogę Wam powiedzieć. Sięgając jednak po Post Scriptum, miałam nadzieję na poprawę humoru i dużą dawkę pozytywnego podejścia do życia. Nie zawiodłam się.


Nowa powieść Mileny Wójtowicz jest dokładnie tym, na co z opisu książki i akcji promocyjnej wydawnictwa wygląda – zabawną, lekko napisaną historią. Odrobiną urban fantasy i szczyptą kryminału. Gronem barwnych, interesujących bohaterów oraz prostą, lecz ciekawie zarysowaną koncepcją świata przedstawionego. Znajdziecie tutaj wszystkie składniki na humorystyczną powieść fantasy, która powinna umilić Wam dzień, poprawić nastrój. Rzeczy, składające się na niezłą, dobrze opracowaną historię, przewiązane piękną wstążką ciekawego stylu i lekkiego pióra Mileny Wójtowicz. Być może Post Scriptum nie jest książką, którą będziecie chcieli przeczytać już w momencie, kiedy się o niej dowiecie; lecz gdy – nawet przypadkowo – poznacie pierwszy rozdział, zapragniecie więcej. O wiele więcej.

Skoro udało mi się tak zgrabnie opowiedzieć Wam o największych plusach tej powieści, pozwólcie, że dodam coś o samej fabule. Jak wspomniałam wcześniej – rzecz dzieje się w małej miejscowości niedaleko Wrocławia, zwanej Brzegiem. To tutaj dwójka potwo… nienormatywnych głównych bohaterów – Sabina i Piotr – postanowiła założyć swoją firmę coachingową, specjalizującą się w problemach istot im podobnych, czyli paranormalnych. Mogłoby się zdawać, że popyt na bhpową wiedzę Sabiny czy psychologiczne wykształcenie Piotra będzie niewielki, lecz to tylko pozory. Przedsiębiorstwo naszych protagonistów rozwija się w dobrym kierunku i wszystko byłoby wprost doskonałe, gdyby nagle ktoś nie postanowił, że zacznie likwidować istoty nienormatywne w okolicy. Cóż więc może zrobić uzależniona od słodyczy specjalistka przepisów bhp i introwertyczny fan świec o zapachu lawendy? Przekazać sprawę komuś o wiele bardziej wykwalifikowanemu, oczywiście. Lecz tylko wtedy, kiedy uzgodnią, że kandydat na stanowisko się nadaje, a wycie do pełni księżyca dodaje mu punktów w ankiecie. No i „od czasu do czasu” przytrzymają rękę na pulsie, rzecz jasna.

Milena Wojtowicz wraca w wielkim stylu. Post Scriptum to powieść, którą poleciłabym największym fanom cyklu o Wolsze Rednej Olgi Gromyko czy Dożywocia Marty Kisiel. Rzeczą łapiącą czytelnika na haczyk u Wójtowicz jest nie tyle dobrze zarysowana fabuła czy ciekawie rozplanowana akcja – choć i tego tutaj nie brakuje – a wręcz mistrzowsko wykreowani bohaterowie. Wójtowicz ma do nich rękę – nie tylko głównych, lecz również drugoplanowych. Tutaj nawet postacie epizodyczne posiadają charakterek i cechy szczególne, które sprawiają, że nietrudno wyróżnić je z barwnego, licznego tłumu występującego w powieści.

Jeśli jeszcze o Post Scriptum nie słyszeliście, czas najwyższy, aby nadrobić braki. Ja już od pierwszych stron wyhodowałam sobie niemałą słabość do Sabiny i Piotra, a teraz żyję  nadzieją, że autorka powieści pokusi się o jakąś kontynuację. Mam do Was jednak prośbę - jeżeli postanowicie sięgnąć po najnowszą książkę Wójtowicz, nie czytajcie jej w komunikacji miejskiej. Krztuszenie się ze śmiechu pośród tłumu nieznajomych nie działa dobrze na ogólny wizerunek. :)

Post Scriptum, Milena Wójtowicz, wydawnictwo Jaguar, 2018

Recenzję możecie przeczytać również na portalu Gavran

Również może Ci się spodobać

0 nie zagryzła klawiatura

Prenumarata :)

zBlogowani

zBLOGowani.pl