Najlepsze zostawili na koniec, czyli Kingdom of Ash

15:00

INSTAGRAM
Uwaga!
Bardzo duże prawdopodobieństwo znalezienia w recenzji spoilerów do sześciu pozostałych części serii. Jeśli nie czytaliście tego cyklu wcale, albo jesteście z niektórymi tomami do tyłu, wróćcie, kiedy przeczytacie. To tyczy się również Wieży świtu, która oficjalnie liczy się, jako 6. tom serii.


Natomiast spoilerowy komentarz do Kingdom of Ash, dla tych, którzy już 7. tom przeczytali i chcieliby o nim porozmawiać, pojawi się jutro.


Jakoś w połowie lektury Kingdom of Ash, kiedy zapytana przez brata, co obecnie czytam, odpowiedziałam, że najnowszą część Szklanego tronu, spotkałam się z ogromnym zdziwieniem. Widzicie, możliwe, że mojemu bratu również mogłam odrobinę ponarzekać na książki Sarah. Możliwe, że biedak wysnuł z tego wniosek, że nie lubię tych powieści wcale. Nie dziwię mu się. Kiedyś sama tak myślałam. Ja i twórczość Maas przeszliśmy długą drogę. Od nieporozumienia, jakim była Korona mroku (bo przed Koroną mroku NIE BYŁO innych książek) przez miłą niespodziankę w postaci Dziedzictwa ognia, fangirling Królową cieni i lekkie rozczarowanie Imperium burz, nadszedł czas na Królestwo popiołu


I wiecie co? W sumie cieszę, że zostałam z Sarah tak długo, bo to jej najlepiej napisana książka. 


Sarah J. Maas jest jednym z niewielu autorów, których karierę obserwuję od samego początku i muszę powiedzieć, że za każdym razem jest to niesamowite doświadczenie. Widzieć, jak styl pisarza – niejednokrotnie jego cały warsztat – zmienia się na przestrzeni powieści. Jak przeobraża się z autora na pisarza właśnie. I pomimo, że wciąż potrafiłabym wskazać kilka wad w najnowszym tomie Szklanego tronu; pomimo świadomości, że wciąż jest naprawdę całe mnóstwo bardziej wartościowych powieści fantasy od tej opowieści o młodej zabójczyni, która walczy o swoją wolność, a po czasie o wiele, wiele więcej; to trzeba przyznać SJ Maas kilka plusów za nadanie jakości swojej historii, wyznaczenie jej nowego, lepszego toru po trzecim tomie oraz trzymanie się go wiernie aż do końca. 


Nie wiązałam z Królestwem popiołu wielu nadziei z dwóch powodów. Po pierwsze, wydawało mi się, że Maas nie potrafi pisać zakończeń. Takie wnioski przynajmniej pozostawił po mnie Dwór Skrzydeł i Zguby, późniejsza nowelka oraz trzy tomy zaplanowanych spin-offów z serii. Biorąc pod uwagę, że ostatnia część przygód Aelin została opóźniona o rok, bo z nowelki o Chaolu powstała powieść (ale, jak wiadomo, nie jest nam przykro, bo Nesryn <3), a siódma część Szklanego tronu miała liczyć – i liczy – prawie tysiąc stron, nie widziałam tego w jasnych barwach.  Okazało się, że martwiłam się na zapas. 

ŹRÓDŁO

Królestwo popiołu okazało się dokładnie takim zakończeniem Szklanego tronu, na jakie miałam nadzieję w Dworze Skrzydeł i Zguby dla trylogii Dworów. Było niezwykle emocjonująco, zapierało dech w piersi, dostaliśmy momenty radości, ekscytacji, jak również strachu i łez – mnóstwa łez. Chusteczki poszły w ruch niejednokrotnie, to wam zapewniam. Wśród tego wszystkiego znalazł się jednak balans – ta drogocenna równowaga, której zabrakło w Imperium burz – w prowadzeniu postaci. Każdy z bohaterów drugoplanowych dostał swój czas ekranowy i wykorzystał go w pełni. Nie zostałam z takim poczuciem, jak przy poprzedniej części, że przez większość historii niektóre postacie pełniły rolę rekwizytów w przedstawieniu marionetkowym Aelin. Poza tym nie zabrakło też czasu na rozwój postaci, przeprowadzenie ich przez tą mętną drogę podejmowania decyzji i  rozprawienia się z wewnętrznymi demonami.


Nie okłamujmy się – od Królowej cieni, a w Imperium burz to już na pewno – każda kolejna część Szklanego tronu zaczęła przypominać szkatułkową opowieść, składającą się z kilku mniejszych, zamkniętych historii każdego z bohaterów. A było ich całe mnóstwo – Aelin, Dorian, Chaol, Aedion, Nesryn, Elide, Manon – każde z nich praktycznie w pewnym momencie zostało odpowiedzialne za własny, osobny kawałek opowieści, który  zazębiał się z resztą. To nie była już tylko historia zabójczyni. Być może dlatego na samym początku Królestwa popiołu wszystko tak bardzo wydawało mi się dłużyć. Coś się w każdym z tych wątków działo, ale nie za wiele – autorka mnóstwo czasu poświęcała na podkreślenie beznadziejności sytuacji, w jakiej znaleźli się bohaterowie oraz dalsze rozwijanie ich charakterów. Napięcie narastało, czytelnik miał szansę lepiej zrozumieć powagę sytuacji, zacząć się o nich zamartwiać. Nagle ostatni tom stał się nie tyle historią o uwolnieniu Aelin ze szpon Maeve, żeby mogła uratować resztę ferajny (a tak się nastawiałam), a opowieścią o zjednoczeniu się kilkunastu różnych jednostek, zrezygnowaniu z własnych ambicji i pragnienia zemsty dla wspólnego dobra. 


Pisarka świetnie poradziła sobie z cierniem Szklanego tronu, jakim niestety był nieprzerwanie rosnący merysuizm Aelin. Autorka nie tylko nie udawała, że go nie ma (o co się obawiałam), a również bardzo sprawnie się go pozbyła. Królowa Terrasenu w tym tomie jest dojrzalszą postacią, lepiej opisaną. Sarah J Maas w końcu pokazuje, że – chociaż główna bohaterka jest skłonna wypełnić swoje zadanie – odczuwa również zmęczenie. Ostatnie lata odcisnęły na niej piętno, ale mam wrażenie, że w poprzednich częściach nie zostało to tak dobrze opisane, jak w tej. Tutaj Aelin ma słabości, ma wady. Poza tym musi radzić sobie z pewnymi traumami, jakie pozostawiają na niej kolejne wydarzenia. Bardzo ciekawie została przedstawiona tutaj też kwestia jej ogromnych mocy, a raczej fakt, że nawet z nimi Aelin nie jest wszechmocna.

Źródło

Bałam się, że wątki postaci drugoplanowych – a szczególnie Elide czy Manon – zostaną odsunięte na margines. Jak wspomniałam wcześniej, na szczęście wcale się tak nie stało, a każdy z bohaterów ma swoje pięć (albo raczej piętnaście) minut. Co jednak warte jest wspomnienia, to fakt, że niestety Maas w końcu zdała sobie sprawę, że kiedy przedstawia czytelnikom tak przepastną paletę bohaterów drugo- i trzecioplanowych, a pisze się opowieść wojny oraz ogromnych bitew to… z niektórymi bohaterami wszyscy będziemy musieli się pożegnać. Jako czytelnik byłam zdruzgotana. Jako recenzent jestem wniebowzięta. Rozpacz mimo to wygrywa. Zegnamy ważne postacie – nie takie stworzone tylko do tego celu. Serio ludzie, to bolało. Niemniej jednak zostało to ładnie opisane, a ładunek emocjonalny stosownie wyważony.


Królestwo popiołu to przede wszystkim tom zamkniętych wątków, wyjaśnionych tajemnic, dobrze napisanych scen walk i zakończeń. Przy czym nie miałam wrażenia, że Maas, przed napisaniem tej powieści, stworzyła sobie jakąś listę w punktach, co miało się tutaj pojawić i raz za razem wykreślała z niej kolejne rzeczy. Wydaje mi się, że nauczyła się na swoich błędach, a chociaż rozczarowanie po trzeciej części Dworów pozostanie, to Królestwo… wiele na tym zyskało. 


Wciąż mam kilka zastrzeżeń do  stylu SJ Maas – naprawdę nie ma potrzeby, żeby tyle razy budować dramatyczne wejścia czy powtarzać, że od teraz Stefan Iksiński to nie tylko dorosły mężczyzna, ale również mąż Stefani, jej partner, współdomownik i ojciec przyszłych dzieci (czy jak to szło ;P) praktycznie za każdym razem, kiedy dana postać była opisywana z punktu widzenia innego bohatera – nie chodzi jedynie o Stefana, o Stefanię też. I kilku pozostałych. Poza tym ta pewna niekonsekwencja w prowadzeniu pewnych postaci. Niektórzy pojawiają się na jakiś czas, a później nagle znikają – to odłożenie ich na półkę, bo nie są już potrzebni przy prowadzeniu kolejnych wydarzeń wygląda po prostu zbyt sztucznie. I odniosłam takie wrażenie, niestety przynajmniej przy trójce, a nawet czwórce bohaterów. Pojawiają się również mniejsze luki w fabule, które odrobinę psują przyjemność z lektury. 


Kończąc narzekanie – znacie mnie, trochę musiałam! – Królestwo popiołu to naprawdę wspaniałe zakończenie całej historii, dobre podniesienie poziomu dla całości oraz interesujący krok w karierze pisarskiej dla Sarah J. Maas. Z książki na książkę każda jej kolejna opowieść jest lepsza od poprzedniej i nie mogę pozbyć się wrażenia, że ta amerykańska autorka jeszcze nie raz nas zaskoczy. Ze zniecierpliwieniem oczekuję na premierę Crescent City – które z resztą brzmi, jak kolejna odmiana, albo delikatna wariacja na temat Szklanego tronu, ale niech będzie, nie narzekam, wcześniej dostałam w prezencie Rhysa, więc kto wie?  - powieść ma się pojawić już w przyszłym roku. I być dla dorosłych, ekem, bo w końcu żadna wcześniejsza książka Maas nie była. 


I, och zgrozo!, po Królestwie popiołu szczerze polubiłam Aelin! Nie ma co, jakaś era na pewno się tutaj kończy.

Kingdom of Ash, Sarah J. Maas, Bloomsbury YA, 2018

Również może Ci się spodobać

0 nie zagryzła klawiatura

Prenumarata :)

zBlogowani

zBLOGowani.pl